Czarne złoto vs. Zielony Ład? PiS dokonał rewolucji, a teraz się wstydzi
Polska prawica stoi dziś przed strategicznym dylematem: jak pogodzić rywalizację na radykalizm z koniecznością odzyskiwania wyborców centrum. Kluczowym polem tej walki staje się transformacja energetyczna – temat, który z jednej strony dzieli scenę polityczną, a z drugiej może stać się jej największym zasobem. W tle pozostaje pytanie, czy prawica potrafi odzyskać modernizacyjną opowieść o Polsce, czy też odda ją swoim konkurentom.
Polska prawica znalazła się na rozdrożu. Z jednej strony trwa wewnętrzny spór pomiędzy Prawem i Sprawiedliwością, Konfederacją Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena oraz Konfederacją Korony Polskiej Grzegorza Brauna.
Z drugiej zaś, polska prawica rywalizuje przecież o władzę nie sama ze sobą, a z Koalicją Obywatelską, Lewicą, Polskim Stronnictwem Ludowym, Polską 2050 oraz Centrum.
Sytuacja ta wymusza – z jednej strony – trzymanie prawicowego kursu, aby nie odstraszyć od siebie potencjalnych wyborców, z drugiej zaś – konieczność szukania elektoratu w centrum. Nawet przy bardzo dobrej kampanii i budowaniu przekazu nie da się na dłuższą metę trzymać radykalnie prawicowego kursu, a jednocześnie mówić do wyborców, którzy w 2023 r. zagłosowali na Trzecią Drogę albo zostali w domach.
Zielony ład to trup polityczny
Oczywistym zasobem dla prawicy łowiącej w centrum powinna być transformacja energetyczna, która domaga się nowej opowieści. Hasło „Zielony Ład” na polskiej scenie politycznej urosło bowiem do rangi Baby Jagi, którą jedna strona straszy wyborców drugiej i na odwrót.
Rząd i opozycja wzajemnie przerzucają się winą za obecną sytuację, zaś największy w Polsce związek zawodowy „Solidarność” właśnie pod hasłem walki z „Green Dealem” zgromadził w Warszawie w środku tygodnia kilkadziesiąt tysięcy osób.
Tej samej „Solidarności” referendum w tej sprawie obiecał prezydent Karol Nawrocki, kierując taką propozycję do Senatu. Trzeba powiedzieć wprost – „Zielony Ład” jako koncept jest dzisiaj w Polsce martwy i nie ma do niego powrotu.
Kto będzie się odwoływał z sentymentem do tego hasła, ten przegrywa. Z naszych badań w think tanku Project Tempo wynika, że zaledwie 19% Polaków wierzy, że „Zielony Ład” (rozumiany jako całość) jest dobry dla europejskiej gospodarki. Przeciwnego zdania jest 27% respondentów.
Wbrew pozorom, nie odstajemy tutaj wyraźnie od średniej dla UE, gdzie mocna wiara w „Green Deal” jako dopalacz gospodarczy przyszłości zatrzymała się na 25%. Jednocześnie aż 69% naszych rodaków zdecydowanie uważa, że polityki klimatyczne nie powinny być realizowane kosztem gospodarki.
Trudno jednak zaprzeczyć, że w ostatnich latach globalne wyzwania gospodarcze i geopolityczne postawiły przed Europą, w tym również Polską, bardzo konkretny problem – jak uniezależnić się od importu paliw kopalnych, żeby chronić gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa przed szantażami dyktatur? Jak zbudować na tej bazie nowy model gospodarczy, który pozwoli rywalizować globalnie?
Z pozycji posiadacza samochodu z silnikiem Diesla powiem, że aktualność tych pytań ani trochę się nie zmniejszyła. Wręcz przeciwnie – konflikt w Cieśninie Ormuz w sposób brutalny uświadomił nam, jak zależni jesteśmy od światowych konfliktów i rynku paliw kopalnych.
Według szacunków Instratu konflikt ten tylko przez 2,5 miesiąca kosztował nas już 10 miliardów złotych. Dla porównania – obniżka VAT na energię elektryczną w Polsce z 23% do 8% to koszt około 3,5 miliarda złotych rocznie. Oczywiście, jako konsumenci odczuwamy to słabiej, niż byśmy mogli, ponieważ ceny na dystrybutorach są regulowane przez państwo.
Zaproponowana przez rząd tarcza w mniejszym stopniu pomogła firmom, gdyż VAT jest dla nich neutralny i koszty transportu towarów czy paliwa rolniczego znacznie wzrosły. Nie żyjemy w próżni, zatem kryzys w Cieśninie musi się przełożyć na wzrost cen produktów w sklepach. Jednocześnie rywalizujemy z Azjatami, w szczególności Chińczykami, a także Stanami Zjednoczonymi o gospodarczy tort.
PiS wstydzi się swoich sukcesów
Wspomniana rywalizacja na prawicy sprawia, że Prawo i Sprawiedliwość stara się odbić tych wyborców, którzy przepłynęli do jednej lub drugiej Konfederacji. Robi to jednak poprzez całkowity zwrot wobec swojej własnej polityki gospodarczej oraz przyjęcie znacznie bardziej konserwatywnego kursu debaty, której symbolem stał się węgiel.
Tymczasem to w czasach Prawa i Sprawiedliwości zaczęły się największe projekty transformacyjne w Polsce. PiS po 8 latach rządów, startując w zasadzie od zera, zostawił w Polsce 1,38 mln użytkowników paneli fotowoltaicznych.
W tym czasie moc instalacji wzrosła w Polsce z 71 do ponad 17000MW. Na końcu tego krótkiego rachunku wyborczego zdecydowana większość tych osób jest ze swojej fotowoltaiki zadowolona, gdyż obniża im ona rachunki za energię elektryczną.
To w latach 2018-2023 zmodernizowano setki tysięcy domów, wymieniając przy okazji „kopciuchy”, które generowały smog. Tak, sformułowanie „przy okazji” nie jest tutaj przypadkiem – „Czyste Powietrze” stało się ogólnodostępnym programem modernizacyjnym, wykraczającym poza walkę ze smogiem.
Termomodernizacja to nie tylko trochę styropianu i nowe okno, to realny komfort życia i oszczędność na rachunkach, a dla polskiej gospodarki – potęgi w produkcji materiałów budowlanych – potężny impuls wewnętrzny.
Wreszcie, to w latach 2015-2023 w polskiej energetyce rozpoczęła się rewolucja. Zbudowano Baltic Pipe i rozbudowano gazoport LNG, a Orlen zaczął stawiać na wydobycie gazu na Morzu Północnym.
Rozpoczęły się także inwestycje związane z budową elektrowni jądrowej i wielu elektrowni gazowych, które mają zastąpić moce węglowe. Stworzono także mapy drogowe odejścia od węgla w Polsce w poszczególnych regionach, ze szczególnym uwzględnieniem Bełchatowa.
Nie przytaczam tych faktów dla przypominania zasług, ale ze względu na to, że owo dziedzictwo polityki PiS jest dziś przez tę partię nie tylko zapomniane. Politycy tego ugrupowania chcą się go wyprzeć – stąd liczne nawiązania do węgla w niedawnych wypowiedziach choćby Przemysława Czarnka, a nawet zapowiedzi uruchamiania nowych kopalni węgla kamiennego.
Na myśl przywodzą one poniekąd 2015 rok, kiedy węgiel był odmieniany przez wszystkie przypadki jako czarne złoto, a kwestia górnictwa była jedną z najbardziej palących w ówczesnej debacie publicznej. Bardzo dobrze pamiętam, jak Andrzej Duda w debacie z Bronisławem Komorowskim powoływał się w tej sprawie na autorytet rodziców – profesorów Akademii Górniczo-Hutniczej.
Przyszłoroczne wybory parlamentarne odbędą się jednak 12 lat po tych wydarzeniach – świat dookoła mocno się zmienił, a dawne recepty nie są odpowiedzią na współczesne pytania, co doskonale pokazuje tzw. „Plan Morawieckiego”.
W obszarze OZE i odejścia od węgla życie zwyczajnie przegoniło zakładane tam wskaźniki – taniejące technologie w postaci paneli fotowoltaicznych, pomp ciepła czy magazynów energii zbudowały podwaliby pod nową rewolucję energetyczną, której dekadę temu zwyczajnie nie mogliśmy się spodziewać.
PiS antymodernizacyjny to PiS słaby
3 lata temu PiS, rozpędzony narracją modernizacyjną, po 8 latach rządów w wyjątkowo trudnym okresie – wojny, pandemii COVID-19, globalnej inflacji i kryzysu energetycznego – uzyskał w wyborach około 35% głosów. Mimo że tamto głosowanie de facto wygrał, dzisiejsze sondaże notują tę partię wyraźnie poniżej tego pułapu. W tej sytuacji – nawet przy drobnych wzrostach poparcia – trudno wróżnić ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego wyborcze zwycięstwo.
Urosła za to Konfederacja Bosaka i Mentzena, przejmując rolę „umiarkowanego centrum”, nie dociskając PiS-u z prawej – wbrew wyobrażeniom samej Nowogrodzkiej. Konfederaci wydają się lepiej czuć nastroje społeczne; z pewnością są bardziej powściągliwi w wypowiedziach.
Z badań, które prowadzimy w Project Tempo, wynika, że Polacy są przywiązani przede wszystkim do dwóch wartości – pierwszą z nich jest wzrost gospodarczy, który Polska notuje nieprzerwanie od czasu upadku PRL; druga zaś to szeroko rozumiane bezpieczeństwo, w tym bezpieczeństwo energetyczne.
Zdecydowana mniejszość repondentów wierzy, że obie te wartości jest w stanie zapewnić węgiel pochodzący z polskich kopalń węgla kamiennego. Ogólnie jako źródło energii popiera go 22% społeczeństwa, zaś w obszarze zapewnienia autonomii przez „czarne złoto” słupki poparcia zatrzymały się na 38%.
Dla porównania: 70% społeczeństwa wierzy, że autonomię zapewni nam atom. Różnica ta powiększa się jeszcze, kiedy pytaliśmy o koszt dla końcowego użytkownika – pozytywnie atom postrzega 74% Polaków, zaś węgiel – 31%.
Świadomość kosztów wydobycia węgla w Polsce w ostatnich latach znacznie wzrosła i – w świetle kolejnych kryzysów, w tym przede wszystkim wybuchu wojny na Ukrainie, kiedy węgiel płynął do Polski z całego świata – postawiła poważne znaki zapytania przy wadze i kondycji sektora, do którego dopłacamy rocznie miliardy złotych.
Dyskusja o krajowym węglu nie jest równoznaczna z rozwiązywaniem problemów z rosnącymi kosztami życia. Wyborcy – w kontekście własnych doświadczeń, a takim było właśnie kupowanie węgla z importu po bardzo wysokich cenach – nie mają pamięci złotej rybki i dla polskiej prawicy byłoby dobrze, gdyby sobie to zakodowała.
Śmiem pójść o krok dalej: sentyment do własnej fotowoltaiki na dachu, dla wielu będącej symbolem niezależności i szeroko rozumianej wolności, jest dziś politycznie ważniejszy niż przywiązanie do węgla.
W sektorze węglowym pracuje już mniej niż 70 tysięcy osób. Dobrze te nastroje wyłapał Krzysztof Bosak, który pytany w ostatnich tygodniach nawiązał w tym kontekście właśnie do wolnościowego aspektu decyzji posiadaczy tego źródła energii.
Polacy – najbardziej proatomowy naród w Europie
Również indywidualizm w podejmowaniu decyzji w naszych badaniach jest widoczny ponad podziałami – zarówno wyborcy Prawa i Sprawiedliwości, jak i Koalicji Obywatelskiej sprzeciwiają się zakazowi kotłów gazowych i produkcji samochodów spalinowych po 2035 roku.
To, co stanowi wyzwanie dla osób zajmujących się klimatem, czyli przekonanie do elektryfikacji i zaprzestania spalania paliw kopalnych, dla partii politycznych jest „złotem”, po które wystarczy się schylić.
Widać za to szerokie poparcie społeczne dla elektrowni jądrowych w Polsce – od lewicy po odległą prawicy. Dziś na tej narracji korzysta zarówno Partia Razem, która swego czasu (ręka w rękę z Januszem Kowalskim!) zaproponowała dzierżawę wygaszanych niemieckich elektrowni jądrowych, jak i Grzegorz Braun, który wielokrotnie wspierał budowę energetyki jądrowej w Polsce.
W świetle badań Projectu Tempo widać, że Polacy są najbardziej proatomowym narodem w Europie w każdym obszarze – autonomii, bezpieczeństwa, kosztów dla użytkownika końcowego, konkurencyjności przemysłu i aspektów środowiskowych, a nawet tworzenia lokalnych miejsc pracy.
Największym poparciem atom cieszy się w segmencie nazwanym przez nas „zaangażowani klimatycznie”, jednak na drugim miejscu są „konserwatywni sceptycy”, którzy co do zasady sprzeciwiają się transformacji i w zdecydowanej większości nie wierzą w antropogeniczność zmian klimatu. To pokazuje, że dyskusja o transformacji dawno wyszła poza pole klimatu. W obu tych grupach poparcie przekracza 70%.
Na tę emocję – atomu jako filaru rozwoju i bezpieczeństwa – swobodnie może i powinna grać dzisiaj prawica. Zwłaszcza ta, która rządziła 8 lat i wdrażała określone polityki, dzięki czemu posiada w temacie odpowiednią wiarygodność.
W polityce transformacyjnej naprawdę jest z czego czerpać ponad politycznymi podziałami, i to w różnych jej obszarach – energia geotermalna czy elektrownie wodne są równie cenione, co atom, a Polacy chcą lokalizmu w postaci społeczności energetycznych.
Tym bardziej, że ryzyk – mimo zmian nastrojów społecznych – jest sporo. Podzielam obawy ministra Konrada Szymańskiego, który napisał w marcu, że polska prawica nie może dać się zagonić w narrację Polexitu, gdyż jest to zwiastun nieuchronnej porażki. Wejście z takim impetem w dyskusję na temat jednostronnego wyjścia z systemu ETS jest pójściem w tym kierunku.
O roli i skuteczności systemu handlu emisjami, a także jego rzeczywistej rewizji w taki sposób, by nie ograniczał europejskiego przemysłu, trzeba dyskutować, ale nie w ten sposób. Taka debata powinna być sensownie skonstruowana i kierować uwagę raczej na spekulacje czy globalne instytucje finansowe, a nie na Unię Europejską.
Na marginesie: sprowadzanie braku konkurencyjności i wyprzedzania nas przez Chiny wyłącznie do kwestii cen energii oraz CO2 jest daleko idącym uproszczeniem, które nie uwzględnia tamtejszego ustroju, kultury zarządzania i organizacji życia społecznego, a przede wszystkim – wieloletniego transferu technologii i wiedzy z całego świata do Państwa Środka.
Powszechnie przyjmuje się, że istnieją obszary, w których Azjaci są po prostu od nas lepsi i żaden ETS tego nie zmieni. Mogą to natomiast zmienić nakłady na badania i rozwój oraz innowacje. Po raz kolejny wrócę do badań Project Tempo: Polacy nie mają wątpliwości, że europejski przemysł prędzej czy później będzie musiał przyswoić zielone technologie, żeby zostać konkurencyjnym – tego zdania jest aż 73% respondentów.
Polska prawica porzuciła modernizacyjną opowieść
Najbliższe półtora roku, które dzielą nas od wyborów parlamentarnych, będzie ogromnym wyzwaniem dla prawej strony, ze szczególnym uwzględnieniem kontrukcji wizji Polski w przyszłości. To nie jest dyskusja o klimacie, nawet nie stricte energetyce, ale o gospodarce, miejscach pracy, przemyśle i cenach, a także bezpieczeństwie i niezależności oraz wolności.
Ta opowieść musi być wiarygodna dla szerszego grona wyborców – nie może opierać się wyłącznie na negacji. Silna prawica potrafiła narzucić własną narrację modernizacyjną i opowiadać o Polsce przyszłości. Dziś nie tylko nie potrafi tego zrobić, ale wręcz wstydzi się swoich sukcesów.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
