Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Red pill, hipergamia, Tinder. Czy prawdziwa miłość już nie istnieje?

Red pill, hipergamia, Tinder. Czy prawdziwa miłość już nie istnieje? źródło: kadr z filmu "Matrix"

Kryzys relacji nie jest spuścizną „współczesnych zepsutych kobiet” czy „zepsutych mężczyzn”, lecz architektury systemu, w którym przyszło nam funkcjonować. Nie ma tu tak naprawdę winnych. Wszyscy cierpimy w związku z rozjeżdżaniem się światów mężczyzn i kobiet.

Tekst został pierwotnie opublikowany w obszerniejszej wersji na łamach magazynu „Plus Minus”. Dziękujemy redakcji za możliwość przedruku!

Mężczyźni. O nierówności płci Michała Gulczyńskiego; O chłopcach i mężczyznach Richarda Reevesa; Miłość nie istnieje Tomasza Szlendaka. Co łączy te wszystkie książki? To, że stawiane w nich tezy, gdyby zostały wygłoszone 10 lat temu, zostałyby wrzucone do worka z napisem „manosfera”, „red pill”. Krótko mówiąc, ryzyko „scancelowania” byłoby niezerowe.

Zresztą, gdy w 2021 r. Klub Jagielloński publikował raport „Przemilczane nierówności” autorstwa właśnie Michała Gulczyńskiego, reakcje – zwłaszcza tzw. liberalno-lewicowej strony – były, mówiąc eufemistycznie, różne.

Dziś jest zupełnie inaczej. Książkę Gulczyńskiego polecają eksperci i ekspertki, publicyści i publicystki od lewa do prawa. Prof. Tomasz Szlendak po wydaniu Miłość nie istnieje również był chętnie słuchany. Minister równości Katarzyna Kotula zapowiadała, że kwestia nierówności mężczyzn jest czymś, czym warto się zająć.

Co więc się stało, że to, co wcześniej kojarzono z manosferą, jest dziś mainstreamem?

Czym jest red pill?

By zobaczyć, dlaczego taki prof. Tomasz Szlendak jest akceptowalny jako równoprawny aktor debaty publicznej, a np. Roman Warszawski – przedstawiciel polskiego ruchu red pill – już niekoniecznie, trzeba zestawić ze sobą te dwie narracje. Zacznijmy więc od opisu ideologii czy też ruchu red pill, który jest chyba najbardziej uporządkowanym systemem interpretowania rzeczywistości wypracowanym w ramach zjawiska, jakim jest manosfera.

Red pill swój opis bazuje – a przynajmniej tak twierdzą przedstawiciele ruchu – na empirycznych obserwacjach, teorii ewolucji, zwłaszcza na psychologii ewolucyjnej. Człowiek w tym ujęciu to istota kierowana przede wszystkim instynktem przetrwania i popędem seksualnym.

Na tym instynkcie nabudowane jest wszystko inne. Rozwój, samorealizacja, dbanie o ciało i psychikę, kariera – to wszystko ma nas wynieść jak najwyżej na drabinie społecznej i dać nam jak największe szanse na przekazanie swoich genów. Wszelkie więc działania ludzkie są jedynie funkcją najbardziej elementarnych instynktów.

W jaki sposób ludzie dobierają się w pary? Jak tworzą związki? Tutaj red pill zakłada zasadnicze różnice między płciami oparte na przyjmowaniu odmiennych strategii reprodukcyjnych. Mężczyźnie co do zasady zależy na spłodzeniu jak największej liczby potomków w celu przekazania swoich genów. Kobiecie zaś na znalezieniu takiego partnera, który zapewni jej i potomstwu bezpieczeństwo.

Stąd też mężczyźni co do zasady są bardziej rozwiąźli, kobiety zaś nieco bardziej ostrożne w kwestii podejmowanej aktywności seksualnej, gdyż takowa może potencjalnie generować dla kobiet więcej kosztów jak chociażby ciąża.

Mężczyzna, by mieć dostęp do jak największej liczby partnerek, powinien zainwestować swoje siły w zdobywanie zasobów materialnych, wspinanie się wyżej na drabinie społecznej oraz dobrą kondycję fizyczną (dla kobiet jest to oznaką zdrowych genów). Kobiety kierują się tzw. zasadą hipergamii, czyli wybierają sobie partnera głównie o wyższym, a co najmniej równym im statusie społecznym.

I tutaj dochodzimy do miejsca, które sprawia, że tezy stawiane przez przedstawicieli manosfery są postrzegane jako niebezpieczne. Chodzi o postawienie mężczyzn w roli ofiary. A jeżeli jest ofiara, to i musi być oprawca. To kto w takim razie jest oprawcą?

Choć red pill nie powie wprost, że są nimi kobiety, bo oficjalnie wini architekturę współczesnego świata, to związana z ruchem memosfera (z memami o rozwiązłych Polkach na czele) wskazuje jednak mocno obecny antykobiecy resentyment. Element obwiniania kobiet za problemy współczesnych mężczyzn jest z kolei czymś, co jest nieobecne w książkach Gulczyńskiego czy Szlendaka.

Tinder niszczy relacje

Kolejną tezą, która również wcześniej była głoszona przez przedstawicieli manosfery, jest zgubny wpływ aplikacji randkowych, które to mają – ich zdaniem – premiować kobiety, czyniąc jednocześnie większość mężczyzn niewidocznymi.

„70 proc. młodych Polaków randkuje online. Jednak w pokoleniu Z (osoby w wieku 18-29 lat) oraz millenialsów (30-44 lata) tylko 9 proc. osób w trwałych związkach poznało partnera w ten sposób” – pisze dr Anna Gromada, socjolożka z Polskiej Akademii Nauk, w eseju opublikowanym przez Politykę Insight.

Szlendak przyznaje, że Tinder psuje świat relacji. Jest tak z kilku powodów. Po pierwsze, aplikacje randkowe – ale także social media w ogóle – dają możliwość kreowania wyidealizowanego obrazu siebie samego. Lajki, liczba tzw. „par” na Tinderze mogą ten obraz utwierdzać. Do czego to prowadzi? I dlaczego – jak się wydaje – to kobiety są „rzekomo w lepszej” pozycji?

„Za sprawą rosnących zasobów ekonomicznych i społecznych kobiet, a także za sprawą nadmiaru opcji do wyboru, jakie pojawiają się na rynku aplikacji randkowych, miewamy dziś kłopot z realistyczną oceną własnej atrakcyjności.

Coraz częściej dzieje się tak, że kobiece szóstki pragną męskich dziewiątek, co daje tym ostatnim znaczącą przewagę na rynku. Mogą do woli wybierać i przebierać, jednak – co łatwe do przewidzenia – wcale nie czynią tego pośród damskich szóstek czy siódemek.

Ostatecznie coraz więcej mężczyzn zostaje uznanych za średniaków. Zostają usunięci poza nawias erotycznego zainteresowania, a z kolei średniaczki bezskutecznie walczą o uwagę osobników znajdujących się dużo wyżej w skali atrakcyjności. Ci zaś są coraz rzadziej skłonni do wchodzenia w trwałe związki. To rodzi u kobiet frustrację i coraz większe rozczarowanie mężczyznami” – czytamy w Miłość nie istnieje.

Powyższy język znów bardzo mocno kojarzy się z imaginarium manosfery. Atrakcyjność oceniana w skali od 1 do 10, rynek matrymonialny. Jednak znów, czy rzeczywiście to kobiety – jak twierdzą przedstawiciele red pilla – są w lepszej sytuacji?

Nie do końca. Jak zauważa socjolog, to właśnie panie częściej szukają stałego związku niż mężczyźni. Są one więc niejako ofiarami: wdrukowanej w siebie kulturowo lub ewolucyjnie homogamii czy też hipergamii oraz architektury świata społecznego i cyfrowego.

Ostatecznie więc frustracji tzw. inceli równolegle towarzyszy frustracja chcących wchodzić w trwałe związki kobiet. Człowiek, szukając dla siebie pary, zawsze starał się wybrać najlepszą możliwą opcję. Niezależnie od tego, czy chodziło o najlepszą możliwą opcję pod względem materialnym – jak za czasów małżeństw aranżowanych – czy pod względem atrakcyjności i dopasowania dusz.

Jednak w świecie przedinternetowym, przedtinderowym, łatwiej było dowiedzieć się prawdy o swojej faktycznej atrakcyjności. Media społecznościowe i aplikacje randkowe często bardzo znacząco utrudniają dowiedzenie się tego, jak rzeczywiście postrzegają nas inni. W związku z tym szukamy „partii”, u której realnie nie mamy szans i nie widzimy tych, które są w naszym zasięgu.

Prawda o tym, że mężczyźni i kobiety szukają najlepszego możliwego partnera prowadzi nas do kolejnej pułapki, jaką zastawiają aplikacje randkowe na szukających miłości mężczyzn i kobiet. Jest to wrażenie nieograniczonego wyboru, który prowadzi do jego braku.

W psychologii to zjawisko znane jest pod nazwą paradoksu wyboru. Dopóki wybór partnera ograniczony był do wioski, szkoły, miejsca pracy bądź zamieszkania, jego dokonanie nie stanowiło aż tak dużej trudności.

Aplikacje randkowe powodują zaś wrażenie, że ciągle gdzieś tam za rogiem, za „kolejną parą” czeka na nas jeszcze lepsza opcja, jeszcze lepszy model. Iluzja wiecznej alternatywy odwodzi nas od decyzji, by próbować związać się z „wystarczająco dobrą dziewczyną” i wystarczająco „dobrym chłopakiem”.

Ponadto taki nadmiar sprawia, że gdy już tego wyboru dokonamy, wiąże się on w pierwszej kolejności z doświadczeniem smutku i straty, aniżeli radości. Nadmiar opcji powoduje, że mamy wrażenie, iż wybierając jednego partnera, tracimy tysiące innych. Zatem wybór dziś jest związany raczej z doświadczeniem żałoby, aniżeli radości.

To nie wina ani kobiet, ani mężczyzn

Szlendak twierdzi, że wszyscy – czy tego chcemy, czy nie – jesteśmy nieświadomie kształtowani przez system socjoekonomiczny, w którym żyjemy, przez towarzyszącą mu kulturę oraz architekturę świata cyfrowego z symbolicznym Tinderem na czele. Gdyby nasze prababki, które rodziły po dziesięcioro dzieci, żyły dziś, miałyby dokładnie takie same problemy.

Nie jest to więc kwestia „współczesnych zepsutych kobiet” czy „zepsutych mężczyzn”, ale architektury systemu, w którym przyszło nam funkcjonować. Nie ma tu tak naprawdę winnych. Wszyscy cierpimy w związku z rozjeżdżaniem się światów mężczyzn i kobiet.

Przedstawiciele manosfery choć momentami dobrze rozpoznają symptomy i rozumieją niektóre mechanizmy, to – jak mi się wydaje – nie potrafią spojrzeć na całość problemu z perspektywy systemowej.

Bo niestety – jak twierdził pisarz Jacek Dukaj – człowiek zwykle robi to, co słuszne, tylko wówczas, gdy nie ma innego wyboru. Choć pojedyncze jednostki mogą – poprzez uświadomienie sobie powyższych mechanizmów i pracę nad sobą – „przekroczyć system” i wejść w satysfakcjonujący związek, to z perspektywy ogółu potrzebne są zmiany architektury całego systemu.