Skandal z UPA. Zełenski przekroczył granice, a Donald Tusk się pogubił
Tolerowanie symboliki nawiązującej do SS-Galizien. Państwowy pogrzeb jednego z przywódców OUN Andrija Melnyka, sugestie szefa ukraińskiego IPN-u dotyczące przeniesienia szczątków Stepana Bandery na Ukrainę, a teraz nadanie Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”. Kijów przekroczył granice i pora na symetryczne odpowiedzi. Postulat odebrania Zełeńskiemu Orderu Orła Białego zgłoszony przez Karola Nawrockiego to krok w dobrą stronę.
Polska i Ukraina nigdy nie osiągną pełnej zgody w kwestiach historycznych. To po prostu nierealne. Dla Ukraińców UPA i OUN pozostają symbolem walki o niepodległość i oporu wobec ZSRR. Dla Polakówto synonim strasznego ludobójstwa. Tego konfliktu pamięci nie da się rozwiązać kilkoma gestami. Można nim jedynie zarządzać.
Problem polega jednak na tym, że Ukraina coraz mocniej dryfuje w kierunku normalizacji symboliki i narracji, które w każdym cywilizowanym kraju powinny budzić stanowczy sprzeciw. Nie chodzi już wyłącznie o pojedyncze środowiska nacjonalistyczne, marsze ulicami Lwowa czy czerwono-czarne flagi na cmentarzach wojskowych.
Najbardziej wymowne jest to, że nawet rosyjskojęzyczny Wołodymyr Zełenski z Krzywego Rogu, którego ciężko nazwać tradycyjnym ukraińskim nacjonalistą, uznał najwyraźniej, że politycznie opłaca się wykonywać ukłony w stronę tej skrajnej symboliki. To pokazuje skalę problemu.
Jarosław Kaczyński stwierdził kiedyś, że z Banderą Ukraina do Europy nie wejdzie. Dziś widać, że problem rzeczywiście istnieje i nie da się go wiecznie przykrywać sloganami o strategicznym partnerstwie. Jednocześnie jednak błędne jest popadanie w antyukraińskie wzmożenie.
Wołyń to sprawa realna i tragiczna. Pamięć o ofiarach, ekshumacje i polityka historyczna nie są – wbrew mniemaniom niektórych Ukraińców – efektem rosyjskiej propagandy ani polskim wymysłem. To kwestia wymagająca reakcji. Jednak polityka zagraniczna nie może być uzależniona w dominującym stopniu od polityki pamięci. W relacjach międzynarodowych istnieje hierarchia interesów.
Początek wojny dał Polsce ogromny wpływ na Ukrainę. Nasze wsparcie było jednym z kluczowych czynników umożliwiających Kijowowi dalszą walkę. Teoretycznie wtedy posiadaliśmy najsilniejszy możliwy lewar. Problem polegał na tym, że z perspektywy polskiej racji stanu priorytetem było przetrwanie Ukrainy jako bufora absorbującego rosyjską uwagę strategiczną.
Paradoksalnie właśnie dlatego staliśmy się później więźniami własnej polityki. Kijów uznał, że wsparcie Polski jest czymś oczywistym i wynika z naszego własnego interesu bezpieczeństwa, więc nie musi oferować niczego w zamian. Dziś część polskiej sceny politycznej odpowiada na to moralizowaniem o „niewdzięczności”. Wdzięczność nie jest jednak walutą w stosunkach międzynarodowych.
Równie jałowe i szkodliwe są apele części polityków obozu rządowego o dialog, dobrosąsiedzką zgodę i powtarzanie, że każde państwo ma prawo do własnej polityki historycznej. Oczywiście ma. Ale partnerstwo nie polega na zamykaniu oczu na działania, które są dla nas obraźliwe i lekceważące.
To nie musi oznaczać populizmu antyukraińskiego. Normalna polityka państwa polega na konsekwentnym sygnalizowaniu niezadowolenia, budowania instrumentów nacisku i wyciąganiu konsekwencji.
Postulat odebrania Zełeńskiemu Orderu Orła Białego zgłoszona przez prezydenta Nawrockiego sygnalizuje myślenie w kategoriach reakcji i kosztów, a nie wyłącznie apeli o przyjaźń i dialog niezależnie od okoliczności. Można się z tą decyzją zgadzać lub nie, ale jest przynajmniej próbą symetrycznej odpowiedzi, na skandaliczne działania Kijowa.
Z tej perspektywy premier Donald Tusk, stwierdzający na X, że prezydenci Polski i Ukrainy powinni zrozumieć, iż kłótnie o przeszłość przekreślają zwycięstwo w przyszłości, osłabia wiarygodność Polski wobec tego problemu.
Tego rodzaju apel oparty na próbie mediacji i fałszywym symetryzmie, zrównującym działania polskiego prezydenta z jego ukraińskim odpowiednikiem, najpewniej zostanie przez stronę ukraińską zignorowany lub potraktowany z politowaniem.
Jednocześnie w naszym kraju często przecenia się znaczenie samej polityki historycznej. Prawda historyczna w relacjach międzynarodowych niemal zawsze jest funkcją siły politycznej i sprawczości państwa, a nie odwrotnie.
Państwo słabe może mieć rację historyczną i nic z tego nie wynika. Państwo posiadające realne instrumenty wpływu znacznie łatwiej wymusza uznanie własnej narracji lub przynajmniej kompromis.
Dlatego zamiast miotać się od szkodliwej ukrainofobii do równie szkodliwego ukrainofilstwa, powinniśmy tworzyć takie instrumenty wpływu, które realnie zwiększają wagę Polski w relacjach z Ukrainą. Bez budowy własnej podmiotowości wobec Ukrainy nasze postulaty historyczne pozostaną jedynie pobożnymi życzeniami pełnymi frustracji. Apele zaś rzadko zmieniają politykę innych państw.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
