Marilyn Monroe. Pierwsza świecka święta kultury masowej
Już za życia stała się kimś dużo więcej niż aktorką. Marilyn Monroe jest nie tylko jednym z najważniejszych symboli nowoczesnej kultury masowej, który pokazuje moment przejścia między dawnym systemem gwiazdorskim Hollywood a współczesną kulturą celebrycką. Przede wszystkim została kimś w rodzaju pierwszej świeckiej świętej popkultury.
Pierwsza ikona społeczeństwa spektaklu
Norma Jeane Mortenson, dziewczyna z sierocińca i rodzin zastępczych, została wyparta przez „Marilyn Monroe” – produkt przemysłu rozrywkowego, erotyczny mit i globalny znak popkultury. W momencie gdy ów znak stał się bardziej popularny niż osoba za nim stojąca, tragedia była nieunikniona.
„Spektakl nie jest zbiorem obrazów, lecz społecznym stosunkiem między ludźmi, zapośredniczonym przez obrazy.” – to zdanie z książki Społeczeństwo spektaklu oraz rozważania o społeczeństwie spektaklu Guya Deborda mogłoby posłużyć za definicję życia Marilyn Monroe.
Jej kariera zbiegła się z momentem historycznego przełomu. Powojenne Stany Zjednoczone jako pierwsze stały się w pełni masowym społeczeństwem medialnym. Telewizja była kluczowym elementem amerykańskiego domu, a Hollywood przeżywało swój rozkwit, osiągając rekordowe zyski i budując stopniowo, lecz konsekwentnie globalny zasięg. Wszechobecna reklama nie tyle organizowała rynek, co przede wszystkim wyobraźnię społeczną.
W tak skonstruowanym nowym świecie potrzebne były już nie tyle gwiazdy filmowe, co (pop)kulturowe ikony. Postacie zdolne do ucieleśniania zbiorowych fantazji. A Marilyn idealnie odpowiadała temu zapotrzebowaniu, stając się wręcz modelowym narzędziem godzenia społecznych sprzeczności związanych z kobiecością w latach 50.
USA po II wojnie światowej poszukiwały do kulturowej reprezentacji kobiet nowoczesnych, ale nie do końca wyemancypowanych od mężczyzn. Pożądanych, ale nie autonomicznych. Przede wszystkim potrzebowano kobiet publicznych i jednocześnie wciąż podporządkowanych męskiemu spojrzeniu.
Słowa Simone de Beauvoir: „Kobietą nie rodzimy się, lecz się stajemy” zmieniają tu kontekst. Marilyn Monroe jest doskonałym przykładem kobiecości wyprodukowanej, starannie skonstruowanej pod oczekiwania rynku i kultury masowej. We współczesnej zbiorowej świadomości istnieje ona nie tyle jako osoba, ile raczej jako dynamiczny konglomerat obrazów, fantazji i projekcji.
Narodziny nowoczesnego celebryctwa
W dotychczas klasycznym modelu Hollywood aktor miał przede wszystkim odgrywać rolę, zmieniać się jedynie na potrzeby konkretnej produkcji. W kulturze celebryckiej, która zaczęła rodzić się równolegle z erą Marilyn, to sama osoba aktorki musiała stać się widowiskiem.
Być może to właśnie pod wpływem obserwacji kariery Monroe, Erving Goffman w dziele Człowiek w teatrze życia codziennego proroczo przewidział nadejście nowej ery w kulturze masowej. Ery życia społecznego jako nieustannego performansu.
Goffman opisywał elementy składowe nowego porządku. Wyróżniał na przykład narzędzia autoprezentacji, które miały być swoistą fasadą do budowania swojego wizerunku. Było to narzędzia doskonale widoczne w konstrukcie persony Marilyn: tlenione włosy; charakterystycznie ospały, wręcz odurzony (i to dosłownie) głos; kobiecy chód; seksualność pełna niewinności oraz infantylizowany styl bycia.
Goffmanowski teatr życia codziennego jest podzielony na scenę główną – w której świadomie odgrywamy swoje role społeczne – i na kulisy – sferę prywatną, w której zdejmujemy maski. W takim podziale zawierała się harmonia życia w społeczeństwie. Została ona jednak naruszona popytem na nowy model gwiazdy, takiej, która pozwalała nam – bezwstydnym podglądaczom – zajrzeć za kulisy.
Ten mechanizm sprawił, że Monroe przestała być interesująca jako aktorka. Interesujące było jej ciało, jej romanse, kryzysy psychiczne, małżeństwa, poronienia, a także jej uzależnienie od leków. Dla publiczności interesujące było jej cierpienie. Narzucony na Marilyn schemat sprawił, że scena zaczęła pożerać kulisy, a przybrana maska, zaczęła pożerać osobę. Raz rozpoczęty performans musiał trwać bez końca.
I tak oto my, 64 lata po jej tragicznej śmierci – powszechnie i świadomie żyjemy tą samą logiką, która ją uśmierciła. Stajemy się kuratorami własnego obrazu, wystawiamy swoje emocje na pokaz, produkujemy własne mikro-spektakle, nieustannie funkcjonując pod spojrzeniem wiecznie niezadowolonej publiczności, która pragnie więcej.
Co więcej, nie przestaje się domagać więcej, co widzimy analizując kolejne odsłony popkulturowych Marilyn. Jedną z nich niewątpliwie jest Britney Spears, której kobiecość i talent zostały tak silnie zmonetyzowane, a jej życie prywatne tak drastycznie naruszone, że w latach 2007-2008 ikona popu przeżywała swoje załamanie psychiczne pod czujnym okiem całego Internetu.
W tym czasie pojawił się również zaktualizowany model autokreacji, realizowany chyba najwyraźniej przez Paris Hilton, która wykorzystując podobne do Marilyn narzędzia autoprezentacji stworzyła w pełni świadomie personę „głupiej blondynki” z bogatego domu, którą publika mogła gardzić i nienawidzić, byle przysłowiowe „pieniądze się zgadzały”.
Współczesne i masowe publiczne obnażanie własnej prywatności przez influencerów – a często również cierpienia – to uczestnictwo w logice, której Monroe była jedną z pierwszych wielkich ofiar.
Andy Warhol i sakralizacja celebryty
Najbardziej ikonicznym przedstawieniem Monroe pozostaje dziś nie scena ze Słomianego wdowca Billy’ego Wildera czy wykonywany przez nią utwór Diamonds are a girl’s best friend w filmie Mężczyźni wolą blondynki, ale Marilyn Diptych Andy’ego Warhola z 1962 roku.
Na swoim obrazie Warhol przedstawia twarz zmarłej Monroe w dziesięciu odsłonach: raz w jaskrawych kolorach, raz coraz bardziej wyblakłą, aż niemal zanikającą. To już nie jest portret człowieka, a reprodukcja znaku. Uchwycił on intuicyjnie coś, czego kultura Zachodu miała dopiero się nauczyć: w epoce mediów masowych człowiek może zostać całkowicie zastąpiony przez własny obraz.
Ruth Adams w swojej pracy Idol Curiosity: Andy Warhol and the Art of Secular Iconography dostrzega katolicką wyobraźnię artysty. W końcu przecież, wychowany w katolickiej rodzinie Warhol , doskonale rozumiał kulturowo-religijny wymiar obrazów.
Sam format dyptyku przywołuje przecież sztukę sakralną. Przedstawiona na nim Marilyn jest wszechobecna, reprodukowalna i nieśmiertelna. Jest zatem czymś w rodzaju współczesnej świętej. A w zasadzie to świecką świętą kultury masowej.
A zatem artystyczny hołd staje się automatycznie elementem liturgii kapitalizmu medialnego, sugerując iż sacrum w społeczeństwie Zachodnim nie zostało wcale zlikwidowane, tylko przeniesione na celebrytów. W ten sposób Andy Warhol jawi się nie tylko jako twórca popularnych pop-artowych memów, ale jako swoisty teolog późnego kapitalizmu.
Ponadto Marilyn u Warhola – idąc za teorią socjologa Jeana Baudrillarda – jest czystym triumfem symulakru, to znaczy kopii bez oryginału. Kopii, która zastępuje rzeczywistość. Prawdziwa osoba znika pod mnogą warstwą fotografii, filmów, reklam, plotek oraz medialnych interpretacji. W tym sensie persona Marilyn Monroe jest dla odbiorców kultury masowej bardziej realna niż Norma Jean Mortenson.
Warholowska Monroe jest wręcz przerażająco współczesna. Media społecznościowe zradykalizowały proces rozpoczęty w epoce Marilyn, narzucając nam logikę, w której obrazy zastępują nasze doświadczenie, wizerunek zastępuje tożsamość, a internetowa widzialność zastępuje nam prawdziwe istnienie.
Mitologia kobiecego cierpienia jako widowisko
Roland Barthes pisał, że kultura masowa tworzy mity, czyli gotowe obrazy i historię, które zastępują rzeczywistość. Mit według jego rozważań to rodzaj komunikacji, która zostaje przez kulturę skradziona, a kolejno zwrócona w nowej, łatwo przyswajalnej formie.
Krucha i straumatyzowana Norma została „skradziona” przez Hollywood i zwrócona jako erotyczna niewinność, obiekt męskich fantazji. Co oznacza, że całe jej doświadczenie życiowe zostało odebrane jej samej i oddane społeczeństwu jako gotowy do użycia znak kulturowy.
Nie była więc to zwykła eksploatacja kobiety i jej cierpienia, tylko ontologiczna katastrofa życia przeżywanego wyłącznie jako prezentacja, stworzona na użytek kultury masowej. W tym miejscu, szczególnie nasuwa się najnowsze filmowe przedstawienie Marilyn Monroe – film Andrew Dominika Blonde z 2022 roku, oparty luźno na powieści Joyce Carol Oates.
Dzieło zostało odebrane jako kontrowersyjne, mizoginistyczne i estetyzujące przemoc wobec Monroe, co jest prawdą. Jednakże niedoceniana jest tu konstrukcja dyskomfortu własnego podglądactwa, która najlepiej pozwala nam zrozumieć współczesny fetysz podglądania cierpienia innych użytkowników mediów społecznościowych.
Blonde jest filmem dusznym i klaustrofobicznym. Nie oglądamy w nim kolejnej tragedii jednostki. Oglądamy człowieka, któremu całkowicie odebrano możliwość istnienia poza własnym obrazem. Norma Jeane portretowana tu przez Anę de Armas jest nieustannie przedstawiana z perspektywy oglądających ją kamer, producentów, mężczyzn w jej życiu, mediów oraz publiczności.
A w końcu również i przez nas samych – widzów. Film ten zatem działa jak brutalnie szczere lustro współczesnej kultury, które odbija nasze własne pragnienie oglądania wszechobecnego cierpienia bohaterki.
Większość wcześniejszych filmowych opowieści o Marilyn próbowała ją albo romantyzować, albo psychologizować. Andrew Dominik natomiast skupia się na ukazaniu, jak nowoczesna kultura masowa produkuje podmiotowość poprzez przemoc spojrzenia.
Wciąż pod działaniem czaru Marilyn
Monroe nie da się łatwo sklasyfikować. Była jednocześnie ofiarą i twórczynią strategii konstruowania osobistego mitu. Pozostawała jednocześnie krucha i niezwykle inteligentna, komercyjna i autentycznie samotna, infantylizowana, a jednak świadoma mechanizmów przemysłu rozrywkowego.
Może właśnie ten paradoks jej osoby sprawia, że każda epoka próbuje stworzyć własną Marilyn. Jej sobowtóra, zakotwiczonego w danym momencie panujących oczekiwań rynku wobec kobiet. Druga fala feminizmu widziała w niej ofiarę patriarchatu. Kultura neoliberalna uczyniła z niej niejako ikonę sukcesu. Internet zaś odkrył w niej figurę depresyjnej autentyczności.
Nie ulega wątpliwości natomiast to, że Marilyn Monroe była pierwszym człowiekiem na taką skalę skolonizowanym przez logikę spektaklu. Spektaklem tak doskonale zamienionym w ikonę, że dla osoby jaką była pod fasadą – dla Normy Jeane – nie pozostało już miejsca.
Pozostaje ona dla nas niepokojąco znajoma, swojska mimo różnic kulturowych, a wszystko przez to, że jako obywatele globalnej wioski mediów społecznościowych, jesteśmy nieustannie zachęcani do powielania podobnego procesu.
Być może dlatego też, sto lat po jej narodzinach, jej twarz wciąż zerka na nas z reklam, ekranów, galerii sztuki i mediów społecznościowych niczym świecka ikona nowoczesności. I to nie dlatego, że była największą aktorką swojego pokolenia, ale dlatego, że jako pierwsza zapłaciła pełną cenę za życie przeżywane wyłącznie jako obraz.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
