Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Suwerenność ponadtechnologiczna. Jak szukać sensu w epoce algorytmów?

przeczytanie zajmie 6 min
Suwerenność ponadtechnologiczna. Jak szukać sensu w epoce algorytmów? autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Kluczowe pytanie nie brzmi, jak szybciej zbudować własne procesory. Istotniejsze jest to, kim chcemy być jako społeczeństwo w świecie, który coraz sprawniej zarządza naszą uwagą, czasem, pragnieniami i sposobem myślenia.

Suwerenność technologiczna to jedna z tych fraz, które brzmią poważnie, bo są poważnym problemem. Od kilku lat słyszymy o niej z rozmaitych stolic, instytucji czy think tanków.

Wkładają ją na sztandar państwa, które jej nie mają, i nie jest przypadkiem, że najgłośniej mówi o niej Europa. Nasz kontynent odkrywa bowiem z niepokojem, że jego cyfrowa infrastruktura wyrasta z cudzych korzeni.

Emmanuel Macron oznajmił 6 lat temu, że nadszedł „czas, by Europa miała własną suwerenność technologiczną”. Ursula von der Leyen zapewniała z kolei: „Nie jest za późno, żeby ją [suwerenność technologiczną] osiągnąć”. Oboje mieli rację – uzależnienie od zewnętrznych technologii to miękkie podbrzusze w niepewnej epoce geopolitycznej.

Zagrożenia są realne i wielowymiarowe: paraliż infrastruktury energetycznej, kolejowej, dezinformacja, podatność systemów finansowych na zewnętrzną ingerencję. Chiny budują własny stos technologiczny od półprzewodników po chmurę obliczeniową.

Stany Zjednoczone traktują dominację technologiczną jako instrument polityki zagranicznej. Europa zaś przez dekady chętnie korzystała z cudzych narzędzi, cudzych platform i cudzych reguł gry. Choć często to regulacje europejskie były towarem eksportowym, więc i tu pojawiają się różne szanse np. w kontekście AI.

Natomiast roztropna i sprawna aktywność europejskich państw w kierunku suwerenności technologicznej jest tu nie tylko uzasadniona – jest konieczna. Ale w tych słusznych działaniach ukryta jest pułapka. I wpadamy w nią z rozmachem.

Właściwe pytania, złe odpowiedzi

Kluczowe pytania dominujące w przestrzeni publicznej koncentrują się wokół tego, jak rozwijać się szybciej i efektywnie osiągnąć technologiczną suwerenność. Budowanie podmiotowości w warunkach globalnych współzależności to wyjątkowo trudne zadanie.

Wymaga ono nie lada ekwilibrystyki dyplomatycznej, ale przede wszystkim ogromnych nakładów inwestycyjnych, unikalnego know-how, ofensywy biznesowej oraz ciągłego budowania kompetencji i konkurencyjności. Kluczem jest optymalizacja, efektywna produkcja, wdrażanie nowych produktów i innowacyjność.

Dziś siłę państwa mierzy się przez pryzmat kontroli nad krytyczną infrastrukturą cyfrową, własnych mocy obliczeniowych i produkcyjnych, niezależności od zagranicznych platform i systemów operacyjnych, suwerenności danych oraz zdolności do rozwijania rodzimego przemysłu technologicznego.

Wszystko to jest ważne i strategicznie uzasadnione. Wymaga roztropnej, długofalowej aktywności państwa – zwłaszcza w obecnym kontekście geopolitycznym. Suwerenność technologiczna to gigantyczne wyzwanie – ale czy największe? Czy nie umknęło nam po drodze inne, poważniejsze pytanie?

Podczas gdy Niemcy finansują Chips Act, Francja chwali się swoimi startupami, a Polska buduje centra danych, obywatele wszystkich tych państw spędzają średnio ponad 6 godzin dziennie przed ekranami, coraz trudniej im się skupić na jednej myśli dłużej niż kilkanaście sekund, a ich poglądy polityczne są w znacznej mierze produktem algorytmów rekomendacyjnych zaprojektowanych 8000 km od Europy w Dolinie Krzemowej.

Zwraca na to również uwagę papież Leon XIV w swojej pierwszej encyklice Magnifica Humanitas, wprowadzając celne określenie cyfrowej ekonomii uwagi: „Nie wolno lekceważyć subtelniejszych form uzależnienia związanych z cyfrową ekonomią uwagi, w której platformy i usługi są projektowane tak, aby pochłaniać czas i uwagę użytkowników, wykorzystując ich wrażliwość i osłabiając wolność wewnętrzną”.

Heidegger miał rację

Niemiecki filozof Martin Heidegger analizował istotę nowoczesnej technologii w swoim słynnym eseju Pytanie o technikę. Stwierdził, że największym zagrożeniem nie jest sama technologia ani jej poszczególne wytwory, ale nasza nieświadomość faktu, że jej istota – sposób, w jaki ukazuje świat jako zasób do wykorzystania – wciąga nas w określone tory myślenia i działania.

Kiedy ujawnianie techniczne staje się dominujące, wypiera inne postawy: kontemplację, uważność, poszukiwanie głębszego sensu, namysł nad wartościami. W efekcie ludzie sami stają się częścią owego zasobu, tracąc swoją podmiotowość, a świat jawi się jako przestrzeń przesiąknięta wyłącznie optymalizacją, kontrolą i zużyciem.

Heidegger pisał o tym w połowie XX wieku – zanim powstał internet, zanim algorytmy zaczęły decydować, co czytamy i czujemy. Gdyby żył dziś, mógłby wskazać na konkretne mechanizmy: modele językowe optymalizujące komunikację pod kątem zaangażowania, systemy rekomendacyjne nagradzające skrajność emocjonalną, interfejsy zaprojektowane tak, by nigdy nie chciało nam się wyjść.

Ale nie chodzi tylko o to, że za dużo czasu spędzamy na scrollowaniu TikToka. Problem jest głębszy: samo techniczne myślenie – nawet gdy projektujemy politykę, piszemy strategię, budujemy instytucje – już operuje w tym samym schemacie: optymalizuj, mierz, skaluj, zarządzaj.

Social media są tylko najbardziej widocznym i dość znanym objawem. To techniczne ujawnianie głęboko zmienia stawiane przez nas pytania i stawianeproblemy. Formatuje nas cicho, bez przymusu. Właśnie wobec tak zdefiniowanego zagrożenia kluczowym wyzwaniem państwa w erze rewolucji cyfrowej staje się suwerenność ponadtechnologiczna.

Nie jest to jedynie prywatny manifest w duchu higieny cyfrowej – stanowi systemową, długoterminową odpowiedź na to, jak technologia niepostrzeżenie formatuje nasze poznawcze, intelektualne oraz duchowe predyspozycje. I jako taka powinna znaleźć swoje miejsce w centrum debaty publicznej — nie na jej marginesie.

Zegarek i czas

Aby lepiej to zobrazować, warto posłużyć się metaforą zegarka. W suwerenności technologicznej chodzi o to, abyśmy posiadali nowoczesny zegarek, który mierzy czas niezależnie od zagranicznych ośrodków, a jego komponenty są produkowane w Polsce.

Własna tarcza i mechanizm gwarantują, że nikt z zewnątrz nie będzie mógł manipulować naszym czasem. To ważne i warto o taki zegarek się starać. Ale suwerenność ponadtechnologiczna stawia zupełnie inne pytanie: jak dobrze ten czas przeżyć? W tej logice czas staje się przestrzenią do kontemplacji i symbolem przemijania.

Tymczasem technologia jest strukturalnie antyreceptywna, tzn. opiera się na permanentnym zamawianiu, ustawianiu i dostępności wszystkiego na żądanie. Eliminując nudę, ciszę i pustkę, trwale upośledza ona naszą zdolność do przyjmowania tego, co niezaplanowane.

A przecież to właśnie w ciszy rodzi się refleksja. To właśnie nuda bywa matką kreatywności. Nie tylko o nią jednak chodzi. Papież Leon XIV słusznie zauważa w swojej encyklice, że w konsekwencji wysiłek dochodzenia do samej prawdy jest zagłuszany przez hiperstymulacje cyfrowych rozpraszaczy.

To nieprzewidziane spotkanie, przypadkowa rozmowa, chwila bez bodźców – otwiera nas na drugiego człowieka i na własne wnętrze. Wspólnota, która traci tę wrażliwość, staje się przerażająco krucha, gdy uderza w nią kryzys, którego algorytmy nie były w stanie przewidzieć.

W tę pułapkę wpadła współczesna Europa, która chętnie niesie na sztandarach modne, humanocentryczne hasła. W praktyce jednak europejski koncept human-centric został sprowadzony do wymiaru czysto konsumpcyjnego – człowiek jest w nim postrzegany zaledwie jako bezpieczny odbiorca cyfrowych usług i towarów.

To zdecydowanie za mało. Powinniśmy patrzeć na człowieka w jego egzystencjalnej pełni, uwzględniając wymiar intelektualny, kulturowy, moralny i duchowy. Prawdziwa podmiotowość wspólnoty to coś o wiele głębszego niż technokratyczne i powierzchowne ramy unijnych sloganów. 

Kim chcemy być?

Suwerenność ponadtechnologiczna stanowi zarazem cel, jak i warunek formułowania dojrzałych polityk publicznych. Jako cel wyznacza strategiczny kierunek, do którego państwo powinno dążyć w obliczu rosnącej presji systemów cyfrowych. Z perspektywy przyszłości społeczeństwa kluczowe jest zbudowanie takiej podmiotowości, która pozwoli przekroczyć narzucaną przez technologię logikę oraz mentalne schematy.

Jednocześnie bez suwerenności ponadtechnologicznej każda polityka fasadowość. Może się bowiem okazać, że zamiast wyrażać suwerenną zdolność państwa do definiowania własnych priorytetów, będzie jedynie reaktywną odpowiedzią na reguły gry narzucane przez zewnętrznych aktorów politycznych, koncerny gospodarcze czy autonomiczną logikę samych systemów technologicznych.

Kluczowe pytanie nie brzmi, jak szybciej zbudować własne procesory. Istotniejsze jest to, kim chcemy być jako społeczeństwo w świecie, który coraz sprawniej zarządza naszą uwagą, czasem, pragnieniami i sposobem myślenia?

Odpowiedź na to pytanie nie jest funkcją PKB ani liczby patentów. Jest funkcją kultury, wartości i odwagi, aby w wolności myśleć wolniej niż nakazuje algorytm, a polityki publicznych podporządkowywać sensowności, a nie wyłącznie efektywności.

Oczywiście to, o czym piszę, to scenariusz wymarzony – wykraczający daleko poza samo konstruowanie polityk publicznych, ale przenikający go. Zdaję sobie sprawę, że te słowa mają dziś bardziej charakter manifestu niż mapy drogowej.

Moglibyśmy jednak zacząć przynajmniej od wytyczenia pierwszych ścieżek: od powrotu do newmanowskiej idei uniwersytetu – że wiedza ma wartość samą w sobie, a uczelnia kształci i formuje człowieka, nie tylko specjalistę pod aktualne potrzeby rynku; od nowych modeli spółdzielczości cyfrowej, w których narzędzia AI służą lokalnym językom i kulturom, a nie jedynie zunifikowanym kulturowo modelom globalnym; od dostosowania prawa do ciszy epistemicznej i standardów etycznego projektowania technologii.

Te ścieżki są częściowo możliwe do realizacji w ramach istniejących instytucji – choć prawdziwa odpowiedź na te wyzwania może wymagać czegoś więcej: nowego modelu społeczno-politycznego, którego różne kontury zaczynają się już powoli zarysowywać.

Musimy mieć odwagę, by powiedzieć głośno: nie każdy problem da się zoptymalizować, nie każdą wartość da się zmierzyć, nie każde pytanie zasługuje na szybką i prostą odpowiedź. Suwerenność technologiczna jest potrzebna. Ale bez suwerenności ponadtechnologicznej – jest bez sensu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.