Polska szkoła staje się źródłem nierówności. Czy da się to zmienić?
– Im gorszy system edukacji, tym większy popyt na zajęcia dodatkowe. Bez oświaty publicznej zapewniającej wysoki poziom, rynek korepetycji oraz szkoły niepubliczne będą miały się świetnie – mówi Anna Grąbczewska, ekspertka Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. edukacji.
Czy polska szkoła staje się miejscem przede wszystkim dla bogatych? Takie wnioski płyną z lektury artykułu „Jak prywatyzuje się polska szkoła. Dekada wywróciła wszystko do góry nogami” autorstwa Anny Wittenberg, redaktor naczelnej portalu Zero.
„Władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia” – tak brzmi jeden z ustępów art. 70 Konstytucji RP. Jak jest jednak w rzeczywistości? Polska szkoła dynamicznie się prywatyzuje i dzieje się to na kilka sposobów.
W ciągu ostatniej dekady liczba dzieci w szkołach niepublicznych wzrosła o ponad 80%, a ich uczniowie notują lepsze wyniki na egzaminach – średnio nawet o 10 punktów procentowych. W ubiegłym roku do placówek prywatnych uczęszczało 359 tys. uczniów, z czego aż 60 tys. w samej Warszawie. Kolejne 60 tys. osób kształci się w systemie edukacji domowej, m.in. w Szkole w Chmurze.
Swój „peak” popularności przeżywają także korepetycje. „W tym roku szkolnym co trzeci rodzic zadeklarował, że opłaca dziecku takie dodatkowe lekcje. Średnia cena godziny, według analizy serwisu ogłoszeniowego e-korepetycje.net, wynosi ok. 77 zł. Najdroższe są zajęcia z matematyki i informatyki, mniej trzeba zapłacić za przedmioty humanistyczne.
Najpopularniejsze są przedmioty, z których dzieci piszą egzamin ósmoklasisty. Zakładając, że uczeń ma godzinę korepetycji tygodniowo przez 25 tygodni (mniej więcej tyle wypada w roku szkolnym tygodni roboczych), można ostrożnie oszacować, że rynek korepetycji wart jest co najmniej 3 mld zł rocznie” – czytamy na łamach Zero.pl.
Sfera prywatna wkroczyła także do szkolnych stołówek, na wycieczki oraz do dzienników elektronicznych. Dziś wyjazdy coraz częściej organizują wyspecjalizowane biura podróży, przez co ceny trzydniowej „zielonej szkoły” zaczynają się od około 1000 złotych.
Z kolei szkolne stołówki są masowo zastępowane przez firmy cateringowe. Wraz z tym zjawiskiem drastycznie spada frekwencja obiadowa – z 53% w szkołach z własną kuchnią do zaledwie 8% w modelu cateringowym.
Nawet dzienniki elektroniczne, takie jak Librus czy Vulcan, to produkty firm komercyjnych, za których licencje samorządy muszą słono płacić. „Z ostrożnych wyliczeń, które w 2023 r. przedstawił »Dziennik Gazeta Prawna«, wynikało, że samorządy płacą za licencje 40 mln zł rocznie” – przypomina w swoim tekście Anna Wittenberg.
Rozwiązanie problemu „komercjalizacji szkolnictwa” ogłosiła w lutym tego roku młodzieżówka partii Razem, postulując zakaz finansowania szkół prywatnych z publicznych pieniędzy. Działacze argumentowali, że państwo powinno inwestować przede wszystkim w edukację publiczną.
O komentarz do tych doniesień poprosiliśmy Annę Grąbczewską, ekspertkę Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego ds. edukacji.
Jak ocenić zjawisko coraz większej popularności szkół niepublicznych w Polsce?
Z pewnością jest to źródło coraz większego rozwarstwienia społecznego. Ten proces nasila się z roku na rok, w dłuższej perspektywie może przerodzić się de facto w rodzaj segregacji. To katastrofa, bo odpływ dzieci z rodzin zasobnych w finanse i kapitał kulturowy zuboży jeszcze bardziej publiczny system edukacji – jego problemy będą mniej zauważalne.
Warto też dodać, że stracą na tym nie tylko uczniowie szkół publicznych, ale też prywatnych. Wychowanie w warunkach izolacji od większości społeczeństwa to nic dobrego. Nie ma nic gorszego niż elita, której brakuje kontaktu ze „zwykłym człowiekiem” i zrozumienia dla jego problemów.
Oczywiście funkcjonują różne szkoły niepubliczne – nie tylko takie nastawione na zysk, ale także prowadzone przez zapaleńców z organizacji non profit. Nieuczciwe byłoby wrzucanie wszystkich do jednego worka.
Co właściwie stało się w ciągu ostatniej dekady, że mamy do czynienia z tak masowym odpływem uczniów z systemu publicznego? Gdzie system zawiódł?
Naturalnym jest, że rodzice chcą dla swoich dzieci wszystkiego co najlepsze, wielu z nich edukację dzieci traktuje jako najlepszą inwestycję – umożliwiającą awans społeczny albo chociaż utrzymanie uprzywilejowanej pozycji. Póki byliśmy relatywnie biedni, rodzice mogli zaoferować dzieciom głównie kapitał kulturowy.
Ponieważ jesteśmy istotnie zamożniejszym społeczeństwem niż 35 lat temu, coraz więcej rodziców stać na zapewnienie swoim dzieciom bardziej namacalnej pomocy – korepetycji czy właśnie prywatnej szkoły. Swoje robią też zmiany demograficzne. Mniej popularna jest wielodzietność, więc rodzice mogą skupić się na inwestowaniu znacznych sum w swojego jedynaka, a nie rozdzielać te środki na 3 czy 4 dzieci.
Szkolnictwo publiczne nie potrafi w sposób przekonujący odpowiedzieć na te aspiracje. Polska szkoła od wielu lat jest w permanentnym kryzysie, którego kolejne ekipy rządzące nie tylko nie potrafią zażegnać, ale wręcz pogłębiają. Źle zarządzana, z źle opłacanymi i przeciążonymi nauczycielami, toczona biurokracją, podporządkowana rankingom i wynikom testów.
Co więcej, staje się też polem partyjnych i ideologicznych rozgrywek polityków. Zmiany w szkołach wprowadza się szybko i bez odpowiedniego przygotowania, przez co dyrektorzy, nauczyciele i dzieci pracują w ciągłym chaosie, nie wiedząc, co zastaną w szkołach w kolejnym roku.
Nie dziwi więc, że rodzice coraz bardziej tracą zaufanie do tej instytucji i szukają alternatyw. Mechanizm psychologiczny jest analogiczny do tego w ochronie zdrowia – jeśli moje dziecko coś boli, to dzwonię do Luxmedu, zamiast czekać na wizytę na NFZ.

Młodzieżówka partii Razem postuluje całkowite odcięcie szkół prywatnych od publicznych dotacji. To dobry pomysł?
Trzeba uporządkować kilka pojęć. W myśl ustawy szkoły dzielą się na publiczne i niepubliczne, a nie na publiczne i prywatne. Szkoły publiczne – zatem w dużym uproszczeniu takie, które przyjmują bezpłatnie, nie muszą być prowadzone przez samorządy – mogą być zakładane również przez osoby fizyczne i prawne, czyli podmioty prywatne.
Dla wielu, zwłaszcza wiejskich, ale i małomiasteczkowych szkół, które najmocniej dotyka niż demograficzny, przejęcie ich przez stowarzyszenia czy fundacje jest jedynym ratunkiem przed likwidacją.
Nierzadko takie szkoły działają jako placówki bezpłatne, oferujące miejsca dla uczniów w otwartych i sprawiedliwych rekrutacjach. Nie tylko ratują dzieci przed koniecznością dojazdów do oddalonych placówek, ale w wielu przypadkach stają się także swoistymi „laboratoriami edukacyjnymi”, specjalizującymi się np. w wybranej metodzie edukacyjnej.
Ich obecność byłaby jeszcze cenniejsza, gdyby szkoły publiczne potrafiły implementować z nich najlepsze rozwiązania na szerszą skalę. Takie szkoły wyręczają państwo w wielu miejscach, w których ono zawodzi.
Innym przypadkiem są oczywiście szkoły niepubliczne. Część z nich to dzieło zapaleńców eksperymentujących z nowymi sposobami edukacji, ale w większości są one dziś zakładane głównie dla zysku, tworząc w konsekwencji wiele patologii.
Koszt społeczny niekontrolowanej komercjalizacji oświaty i rozrastania się jej w taki sposób jak teraz będzie gigantyczny. Dyskusja na temat zmniejszenia czy nawet odcięcia publicznych dotacji dla szkół działających dla zysku jest więc dobrym kierunkiem, zwłaszcza jeżeli zaoszczędzone pieniądze zasiliłyby szkoły publiczne. Jednak rozwiązanie nie wydaje się być aż tak proste.
Dlaczego?
Po pierwsze, należy doprecyzować kwestie szkół prowadzonych przez fundacje, stowarzyszenia, czy zakony nie pobierających czesnego. Odbieranie im subwencji to absurd – w ten sposób wyrządzilibyśmy szkodę dzieciom z najbardziej wykluczonych regionów kraju. Zwłaszcza, że często są to też szkoły dla dzieci ze specjalnymi potrzebami, które nie otrzymałyby takiej opieki i edukacji w szkole powszechnej.
Po drugie, choć temat wymaga pilnego podjęcia, trzeba działać z rozwagą, ponieważ odcięcie publicznych dotacji dla szkół niepublicznych sprawi, że znacząca część tych dzieci wróci gremialnie do szkół publicznych, co wywoła kolejną falę chaosu i konieczność zarządzania kryzysem, którego z pewnością nie potrzebujemy.
Po trzecie, z dotacjami czy bez, w pierwszej kolejności należy dokładnie przyjrzeć się i skontrolować funkcjonowanie szkół niepublicznych w celu wyeliminowania z nich patologii.
Co masz na myśli?
Weźmy kilka najjaskrawszych przykładów: niejasne zasady rekrutacji, bardzo swobodne zapisy w statutach, możliwość rozwiązywania umów z rodzicami na wątpliwych zasadach czy faktyczna selekcja kandydatów, by pozyskać najlepszych i najzamożniejszych uczniów, a w systemie publicznym pozostawić młodzież ze specjalnymi potrzebami.
Z czterech umownych typów szkół – publicznej samorządowej, publicznej prowadzonej przez podmiot inny niż samorządowy, niepublicznej społecznej i niepublicznej komercyjnej – to ta ostatnia powoduje problemy związane z rozwarstwieniem społecznym.
Należy przeciwdziałać niekontrolowanej komercjalizacji, ale jednocześnie zostawić miejsce na oddolne działania i eksperymenty. W tym kontekście postulat radykalnego odcięcia wszystkich szkół „prywatnych” od subwencji, bez podania szczegółów, idzie zbyt daleko.
Z danych wynika, że rynek korepetycji jest wart miliardy. Wiemy, że rodzice na edukacji dzieci nie oszczędzają. Jak ten rynek ucywilizować lub zmniejszyć? A może w ogóle nie powinniśmy z nim walczyć, bo to naturalne dopełnienie systemu?
Im gorszy system edukacji, tym większy rynek korepetycji. Bez oświaty publicznej zapewniającej wysoki poziom, popyt na zajęcia oraz szkoły prywatne będzie miał się świetnie.
Tak mocno rozbudowany rynek korepetycji jest kolejnym czynnikiem rozwarstwiającym społeczeństwo. Nie wszystkich stać na dodatkowe zajęcia, nie wszyscy rodzice dysponują też kompetencjami, by samodzielnie pomóc swoim dzieciom.
Szkoły, zaprogramowane dzisiaj do uczenia pod testy i rankingi nie dają nauczycielom czasu ani przestrzeni na indywidualne podejścia do uczniów. Przed wszystkimi stawia się ten sam cel – jak najlepiej zdany egzamin, a w konsekwencji jak najwyższe miejsce w rankingu szkół.
Warto wziąć pod uwagę, że część uczniów nie musi iść na studia, a inna potrzebuje dodatkowych zajęć, by rozwijać ponadprzeciętne zdolności. Poczucie ciągłej rywalizacji i wstawianie dzieci w jeden schemat wywołuje potrzebę korzystania z dodatkowych pomocy, by nie znaleźć się na końcu stawki.
Mam też wrażenie, że kulturowo jesteśmy dzisiaj zaprogramowani na rywalizację, którą widać już nawet w podstawówkach. A Jaś, wygrywający matematyczne kangury, naprawdę nie musi mieć na świadectwie samych piątek czy zdać matury z polskiego na 90%.
Trudno zabraniać rodzicom szukać pomocy dla swoich dzieci, wydaje mi się, że odpowiedzią na to powinno być jasne zdefiniowanie, kto naprawdę dodatkowego wsparcia potrzebuje, a nade wszystko podniesienie poziomu kształcenia i poziomu indywidualizacji w szkołach.
Mam wrażenie, że w debacie publicznej o edukacji skupiamy się na tematach zastępczych – kłócimy się o kanon lektur, podczas gdy fundamentalne problemy uciekają nam z pola widzenia. Jakie są zatem te najważniejsze, realne wyzwania, o których w ogóle nie rozmawiamy?
Kolejni politycy wprowadzają szereg często realnie krótkotrwałych, choć niosących długofalowe konsekwencje, zmian. Jednocześnie nikt nie kwapi się, by na poważnie podjąć temat całościowej reformy szkoły, rozłożonej na kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.
W tym sensie zgodzę się, że są to tematy pudrujące system, a nie leczące go. Jednocześnie bardzo dobrze, że kiedy zostają, czy chcą zostać wprowadzone, to o nich dyskutujemy. Mamy prawo, a nawet obowiązek interesować się tym, czego uczą się nasze dzieci i interweniować, jeśli zmiany psują edukację.
Nie słychać niestety specjalnie, zwłaszcza z ust decydentów, dyskusji na temat tego, dokąd zmierza szkoła i jakie będą konsekwencje społeczne systemu, jaki dziś mamy.
Nawet jeśli pojawiają się próby nieco szerszej reformy, jaką był niedoskonały, ale jednak nieco bardziej kompleksowy „Kompas Jutra”, to w tym samym czasie do debaty wrzuca się pomysły stanowiące element wojny kulturowej, wywołującej naturalnie większe emocje niż dyskusja o rozwiązaniach systemowych.
Gdyby na moment zaprzestać wprowadzania kolejnych szybkich, punktowych i wywołujących emocje zmian, a rozpocząć szeroką dyskusję na temat fundamentalnych problemów, to wszystkim wyszłoby to na dobre.
Wszystkie teksty Anny Grąbczewskiej z łamów Klubu Jagiellońskiego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
Gabriel Czyżewski
Anna Grąbczewska
