Nowoczesność robi z nas półgłówków. Fakty to za mało, potrzebujemy mitu
„Fakty i mity” – chyba nie ma w języku polskim mniej trafnej zbitki słów używanej przez „mądrych” ludzi. Oznacza ona podział rozmaitych twierdzeń na te rzekomo prawdziwe/obiektywne (fakty) oraz te fałszywe/wymyślone (mity). Gdyby się jednak temu bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ani fakty nie są tak jednoznaczne, jak chcielibyśmy myśleć, ani mity nie są tak czysto uznaniowe, jakbyśmy mogli uważać. Obecność wyrażenia „fakty i mity” w naszym języku jest przejawem pewnego głębokiego rozdarcia w myśleniu nowoczesnego człowieka, które prowadzi do daleko idącego ograniczenia postrzegania świata jako takiego. Czym więc tak naprawdę są „fakty”? Czy mit rzeczywiście jest co najwyżej opowieścią godną jedynie świata przednaukowego?
Fakty również korzystają z metafor
W potocznym rozumieniu fakt jest informacją będącą bezpośrednim odzwierciedleniem rzeczywistości, możliwie neutralnym i dosłownym. Jest zdaniem prawdziwym w najmocniejszym tego słowa znaczeniu. Mit z kolei ma być czymś przeciwnym – wymyśloną opowieścią przekazującą umowne, osobiste wartości jej autora za pomocą symbolicznego języka.
To teraz zweryfikujmy te przekonania, zaczynając od – nomen omen – faktów. Weźmy na przykład taki pozornie suchy i jednoznaczny komunikat informacyjny: „USA zacieśniły współpracę handlową z Tajwanem”. A teraz go przeanalizujmy słowo po słowie.
Czym jest tutaj słowo „USA”? Czy jest to cały kraj? Wszyscy Amerykanie? Każdy z osobna? A może wyłącznie wielki biznes? A może stoją za nim politycy z jakiegoś departamentu albo prezydent?
Kto lub co kryje się za słowem „USA”, które to „zacieśniają współpracę”? Bo raczej nie robi tego połać lądu między Kanadą i Meksykiem oraz zamieszkujące tam zwierzęta. Coś tak pozornie jednoznacznego jak nazwa państwa można więc interpretować na różne sposoby, zależnie od kontekstu. I nigdy nie jest to pełne odwzorowanie rzeczywistości.
Nie zawiera w sobie całej, olbrzymiej przestrzeni tego kraju, milionów ludzi i instytucji. Termin „USA” jest więc symbolem, uproszczeniem, kierującym umysł odbiorcy do szeregu skojarzeń z tym krajem, które akurat przyjdą mu do głowy.
Dalej mamy słowo – „zacieśniły” – czyli uczyniły bardziej ciasnym. Słowo pierwotnie używane do opisu fizycznego zjawiska jest użyte do opisu relacji między państwami. Gdyby ktoś je chciał traktować dosłownie, to by mógł zapytać, czy jest tam jakaś rura między tymi krajami, którą teraz będą zacieśniać? Albo czy mieszkańcy USA i Tajwanu będą się teraz ściskać ze sobą? No nie, to jest znaczenie metaforyczne, którego funkcję od razu wyłapujemy.
Wreszcie na koniec słowo „Tajwan”, niby znów – neutralna nazwa kraju, ale w rzeczywistości zdradza poglądy polityczne i sferę kulturową tego, kto jej używa. Bowiem przez większość państw na świecie nie jest on oficjalnie uznawany.
Dla większości Chińczyków Tajwan nie jest państwem, a jedynie prowincją Chin. Zresztą i on sam określa siebie samego jako Republikę Chińską, w opozycji do Chińskiej Republiki Ludowej.
Podsumowując – „fakt” korzysta z symboli, posługuje się metaforami i jest nacechowany poglądami swego twórcy. Nie znaczy to, że jest nieprawdziwy, nie ma związku z rzeczywistością, albo że został dowolnie wymyślony.
Znaczy to jednak, że ani nie jest on dosłowny, ani neutralny, ani jednoznaczny, a zatem – nie jest aż tak bardzo jakościowo różny od tego, co powszechnie uważamy za mit. Same mity bowiem nie są „wymysłami” a – podobnie jak fakty – próbą opisu świata, z tym że w nieco inny sposób, niż jesteśmy współcześnie przyzwyczajeni.
Weźmy na przykład starożytną opowieść o wieży Babel. Jeśli potraktujemy ją dosłownie, to będziemy musieli stwierdzić, że konstrukcja sięgająca niebios nigdy nie istniała. Z tym, że na tej samej zasadzie możemy odrzucić fakt o „zacieśnieniu współpracy USA i Tajwanu”, bo przecież „dosłownie” nikt tam niczego nie zaciskał.
Użycie opisowej metafory nie sprawia bowiem, że coś jest nieprawdziwe, ale że trzeba to odczytywać na innym poziomie. Wieża Babel może być – przykładowo – opisem systemu, który rozrasta się do tego stopnia, że jego części składowe przestają się ze sobą wydajnie komunikować – ujmując to metaforycznie, „mówią innymi językami”.
Badaniem tego typu zjawisk zajmuje się między innymi cybernetyka i są one jak najbardziej prawdziwe. Widzimy je w zasadzie wszędzie wokół – w przerośniętej biurokracji, wydającej sprzeczne interpretacje własnych przepisów, czy w olbrzymich korporacjach, w których różne działy tworzą projekty nawzajem się wykluczające.
Mit, czyli jak z faktów stworzyć spójną całość
Mit nie jest opowieścią fantastyczną, nie jest czymś, co ktoś sobie po prostu w pewnym momencie wymyślił. Mit jest opisem rzeczywistości mającym porządkować świat i ludzkie życie, określić ich sens, naturę i strukturę. Jak sugeruje Karen Armstrong w Krótkiej historii mitu – mit jest czymś, co kiedyś się wydarzyło, ale też wydarza się nadal, zawsze, ciągle na nowo.
Na poziomie technicznym mit jest opowieścią, ale nie jest to opowieść przypadkowa czy dowolna. Aby nabrać „mitycznego” charakteru musiała przejść przez sito weryfikacji – zostać przyjętą i uznaną za wartościową przez całe pokolenia ludzi.
O ile więc opowieści fantastycznych mamy w historii miliony, to tych, które stały się mitami, jest garstka. Co więcej, nie stworzył ich jeden człowiek, ale całe rzesze osób postrzegających i opisujących świat za pomocą podobnych skojarzeń i symboli.
Dziś oczywiście nie potrafimy już odczytywać w prosty sposób dawnych mitów, bo zmienił się nasz język. Co nie znaczy, że sami mitów nie konstruujemy i nie odtwarzamy.
Mamy ich całą masę, takich jak choćby mit postępu – moralnego, społecznego czy technologicznego – lub przeciwny mu mit upadku cywilizacji. Osobno mamy mit bycia kowalem własnego losu czy mit bycia jego ofiarą (kultura woke).
Dysponujemy też mitami bliźniaczo przypominającymi te, które opowiadali nasi przodkowie. Weźmy chociażby hipotezę cyklicznego wszechświata – na ten moment naukowo nieweryfikowalną – która zakłada, że nasze uniwersum będzie się rozszerzać, po czym kurczyć aż do momentu wielkiego kolapsu. Kosmos zapadnie się, a następnie dokona się kolejny wielki wybuch i rozpocznie ponowne rozszerzanie się, otwierając kolejny cykl – potencjalnie będą się one powtarzać w nieskończoność .
W zasadzie niczym się to nie różni od prastarego mitu wiecznego powrotu, ciągłego umierania i odradzania się świata, symbolicznie przedstawionego jako koło dharmy, mahajugi czy Uroborosa, a mającego nastąpić po Ragnaroku, powrocie Quetzalcoatla czy innym wydarzeniu, charakterystycznym dla danej kultury.
Naszych wielkich opowieści o świecie i życiu – takich jak te powyżej wymieni one – nie zwykliśmy już dziś nazywać mitami. Nowoczesność wmówiła nam, że mity są z gruntu nieprawdziwe, nie możemy w nie wierzyć ani traktować ich poważnie. Sprawia to jednak, że nasze mity uważamy za to, w co wierzyć wolno – czyli za „fakty”, co znów czyni z nas fanatyków jednej, rzekomo obiektywnej wizji świata.
Złożone opowieści o świecie traktujemy jako coś w pełni sprawdzonego, a zatem nie podlegającego dyskusji ani zmianie. W świecie podzielonym pomiędzy 100-procentowo pewne fakty i 100-procentowo nieprawdziwe mity nie ma miejsca na wątpliwości, niuanse i ewolucję opowieści. Jest tylko opętańcze rzucanie się od jednej obalonej opowieści do kolejnej, która tym razem na pewno nie zostanie podważona.
Podział na fakty i mity jest sztuczny, bo w gruncie rzeczy są one tym samym – próbą opisu rzeczywistości za pomocą języka. Prawdziwa różnica między nimi sprowadza się do tego, że fakty próbują opisać proste elementy i zjawiska, podczas gdy mity próbują z tych faktów wyciągnąć syntetyczną, całościową opowieść. Wejść na najwyższy możliwy poziom rozumienia, starając się uchwycić możliwie jak największą część nieskończenie skomplikowanej rzeczywistości. Jeżeli fakt jest częścią, to mit jest próbą ułożenia części w całość. I to całość, która nie jest prostą sumą części.
Z tego względu mity siłą rzeczy muszą stosować większe uproszczenia, a także bardziej wieloznaczne symbole. Rodzi to zatem większe ryzyko, że opowieść mityczna o świecie rozbiegnie się realiami, lub że użyty język zostanie niewłaściwie zinterpretowany.
Na przykład jak opisać przeżycie spotkania z transcendencją, tak abstrakcyjne, że wykraczające poza naszą wyobraźnię? Można na przykład, wzorem biblijnego proroka Ezechiela, opisać to jako zetknięcie się z istotą o niemożliwej konstrukcji – mającą wiele twarzy i oczu, poruszającą się na kołach umieszczonych w kołach.
Z tym, że gdy 2,5 tysiąca lat później będzie to czytał nowoczesny człowiek rozumiejący jedynie „język faktów” – uzna to bądź za kłamstwo, bo przecież „dosłownie” nie ma takich istot o wielu twarzach, bądź za faktyczny opis spotkania z pozaziemską cywilizacją, próbując w ten sposób zracjonalizować opis czegoś, co przekracza nasza wyobraźnię.
Jak wskazywałem wcześniej, nawet proste fakty mają w sobie element kreacji. Jednak mity ze względu na swoją skalę podlegają tej regule w znacznie większym stopniu. Tak jak język stosowany do opisu faktów może sugerować ich odbiór, tak też mity, równolegle z odczytywaniem rzeczywistości, jednocześnie mogą ją tworzyć.
Na pewnym pograniczu między światem wyobrażonym a realnym znajduje się na przykład sprawiedliwość. Z jednej strony jest ona obiektywną potrzebą wpisaną w ludzką naturę, ale z drugiej strony nie jest czymś stałym – może być jej więcej lub mniej, może mieć różne formy i konkretyzować się w różne koncepcje.
Jednak sama wiara w mit sprawiedliwego świata prowadzi do tego, że ludzie tworzą sprawiedliwe prawa i starają się ich przestrzegać, sprawiając, że sprawiedliwość staje się czymś bardziej realnym i konkretnym.
Nowoczesność zdezintegrowała naszą egzystencję
Obecny w mitach pierwiastek kreacji i interpretacji sprawia, że trudniej je zweryfikować. Stąd zresztą wzięło się nowoczesne rozerwanie , w ramach którego fakty uznano za jedyne prawdziwe, bo jako mniejsze – łatwiej było je wychwycić i opisać.
Nawet jeśli dotyczyły zjawisk o skali kosmicznej – jak ruchy planet – to ograniczały się do jednej, fizycznej płaszczyzny. W przypadku szerszych pytań nie da się mieć już takiej pewności.
Jak bowiem się upewnić, czy historia wszechświata jest cykliczna i się powtarza, czy może jest linearna i zmierza do jakiegoś punktu? Jak sprawdzić coś, co wykracza poza granice wyobraźni oraz możliwość weryfikacji przy pomocy nowoczesnej metody naukowej?
Oczywiście taki sceptycyzm ma swoje plusy i zasadniczo na nim opiera się nowoczesna nauka. Problem w tym, że pewne pytania domagają się odpowiedzi, a przy tych o najwyższym stopniu złożoności – nigdy nie doczekamy się odpowiedzi pełnej i pewnej. Jak stwierdził niegdyś Ludwig Wittgenstein – gdyby nauka odpowiedziała na wszystkie pytania, na które może odpowiedzieć, to nie odpowiedziałaby na żadne istotne z perspektywy ludzkiej egzystencji.
Tymczasem jakoś żyć trzeba, coś uważać o świecie i jakieś decyzje podejmować. Podejście mówiące, że nie możemy snuć opowieści, co do których nie mamy całkowitej pewności, sprawia, że nie możemy mówić nic, co wykracza poza codzienną krzątaninę, podstawowe problemy natury materialnej oraz to, co twierdzi nauka.
W wyniku tego nowoczesna rzeczywistość została rozczłonkowana. Jeśli bowiem patrzymy na świat, obecne w nim zjawiska czy nawet na ludzkie życie jako na oderwane od siebie fakty, to wszystko przestaje mieć spójne znaczenie. Nie dlatego, że go nie ma, ale dlatego, że nie potrafimy go dostrzec lub boimy się to zrobić, by nie popaść w „mitotwórstwo”.
W takim świecie wszystko przestaje mieć sens, włącznie z ludzkim życiem. Staje się ono pokawałkowane na oderwane od siebie chwile. Nie ma mijających dekad, z którymi trzeba się mierzyć i jakoś je podsumować, nie ma lat, miesięcy czy tygodni, są tylko pojedyncze momenty.
W takim wypadku, jeśli spędzi się godzinę na scrollowaniu social mediów, to przecież nic się nie stanie. Potem można spędzić kolejną i kolejną, pojedyncze godziny można mnożyć przez dowolnie długi okres – wciąż będą się wydawać niewiele znaczące.
Jeżeli jednak zacznie się je postrzegać razem, łączyć w większą opowieść o naszym życiu, nasz osobisty mit, to okaże się, że zmarnowaliśmy na scrollowaniu czas , który mogliśmy spędzić na czymś ważniejszym.
Miłość i śmierć już nie istnieją?
Zjawiska, które znamy i opisujemy od tysiącleci, zaczynają znikać nam z pola widzenia. Miłość jest dziś opisywana za pomocą języka faktów – jako reakcje chemiczne w ciele, impulsy w mózgu, wzorce kulturowe czy ewolucyjna potrzeba rozmnażania się.
Żaden z tych elementów pojedynczo nie jest miłością. Żeby ją dostrzec, trzeba by połączyć elementy z tak różnych dziedzin jak biologia i poezja, scalić obserwacje społeczne z naszym osobistym doświadczeniem i finalnie opowiedzieć mit, który przekracza wąską, jednostkową perspektywę.
W podzielonym świecie przestaje istnieć nawet to, co nazywamy śmiercią. Analizując bowiem biologicznie ten proces – nie ma jednego momentu śmierci. Osobno zatrzymuje się serce, osobno ustają funkcje mózgu, zasadniczo to każda komórka umiera osobno.
Dzieląc śmierć na fakty materialne musimy uznać nie tylko, że nie kryje się ona pod symbolem kościotrupa z kosą, ale też że samo słowo „śmierć” jest jedynie umownym uproszczeniem. Jak bowiem twierdzi Jonathan Pageau – każdy opis rzeczywistości jest opisem symbolicznym, umownym, zapośredniczonym przez język. Nawet opis naukowy nie jest w pełni dosłowny.
Przerost analitycznego myślenia nad treścią
Język współczesny akceptuje proste symbole, takie jak chociażby użycie litery V do opisu jednostki napięcia elektrycznego. Samo napięcie nie jest jednak przecież zbiorem liter V, nie przypomina ich. V nie jest nawet zarezerwowane wyłącznie dla wolta.
V może oznaczać zwycięstwo (victory), rzymską cyfrę pięć czy nawet typ silnika (widlastego). Po prostu się umówiliśmy, że w danym kontekście pod tym symbolem będziemy rozumieć dane zjawisko.
Z jakiegoś powodu, kiedy jednak używamy symbolu brodatego mężczyzny w chmurach do przedstawienia Boga-Ojca, to nagle ma to być dowód na jego nieprawdziwość, bo nie jest dosłowny.
Oczekiwanie, że w chmurach naprawdę znajduje się brodaty starzec, którego możemy zobaczyć, jest w zasadzie równie absurdalne co zakładanie, że jak rozkręcimy gniazdko, to zobaczymy tam literę „V”.
Jedynym, co właściwie różni te rzeczywistości, jest ich skala. Napięcie w gniazdku jest czymś prostszym niż Absolut łączący w sobie różne aspekty rzeczywistości i je przekraczający. A nie mogąc go opisać „dosłownie”, nie możemy o nim mówić – udajemy więc, że go nie ma.
Przenosząc ten analityczny sposób myślenia na inne dziedziny, stajemy się po prostu głupi, bo nie potrafimy dostrzec oczywistych rzeczy. Nie jesteśmy w stanie choćby stwierdzić, że istnieje coś takiego jak męskość i kobiecość.
Mimo że mamy masę danych na ten temat – od innej funkcji jaja i nasienia na poziomie biologicznym poczynając, na różnicach statystycznych pomiędzy kobietami i mężczyznami kończąc.
Jednak tworzenie z tego syntezy przekracza wyobraźnię współczesnego człowieka, który zamiast całości szuka wyjątków, anomalii, pojedynczych faktów, które nie pasują do większego obrazu. Uznanie, na podstawie tego że nie ma „dosłownie” kobiecości i męskości, bo istnieje X przypadków, kiedy ten opis nie w pełni pasuje, jest wręcz uznawane za akt najwyższej mądrości.
W takim świecie nie ma dobra ani zła, bo pojedynczy czyn, odcięty od zależności i związków ze światem, traci jakikolwiek kontekst. Po prostu hormony wywołały w czyimś mózgu reakcję, która doprowadziła do tego, że obejrzał pornografię. Nie ma tutaj związku z tym, jak wpłynie to na jego życie, relacje z innymi czy na to, jak działanie to podtrzymuje istnienie branży porno, w której dochodzi do nadużyć i cierpienia wielu ludzi.
W nowoczesności nie da się być już więcej mądrym
Wmawianie sobie, że życie jest tylko „sumą oddechów”, nie zmieni tego, że będzie ono nam upływać i kiedyś się zakończy. Traktowanie miłości jako wymysłu nie sprawi, że przestaną istnieć ludzie, którzy kochają innych i poświęcają im swoje życie, ale i tacy, którzy całe życie spędzają na jej poszukiwaniu tudzież ucieczce przed nią.
Nie sprawi również, że miłość jako siła przestanie działać w naszej rzeczywistości, wpływać na nasze życie, a na poziomie społecznym także na losy narodów czy całych cywilizacji. Nie jest to coś, co można sprowadzić wyłącznie do pojedynczych reakcji chemicznych. Albo inaczej – jeśli się to zrobi, to będzie się po prostu wygłaszać nieadekwatne sądy o rzeczywistości.
Choć, jak na ironię, w tak poszatkowanym świecie nie można być ani głupim, ani mądrym, bowiem pojedyncze fakty same w sobie nie są ani głupie, ani mądre – wszystko zależy od tego, jak się na nie spojrzy.
Mądrość polega natomiast na dostrzeganiu szerokiego kontekstu, umiejętnym wyłapywaniu mitów oraz widzeniu świata w jego złożoności. A zatem w nowoczesnym świecie – mądrzy być nie możemy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
