Tokarczuk i jej „kochana AI”. O technologicznej naiwności intelektualistów
Świętej pamięci Wiesław Myśliwski pisał ołówkiem na czystej kartce papieru, dając życie literackim arcydziełom zakorzenionym w ogromie doświadczenia. Olga Tokarczuk pyta swoją płatną AI, jak rozwinąć pięknie wątek i naiwnie wierzy w to, co widzi na ekranie. I to nie pierwszy raz, kiedy noblistka i jej „kochana” sztuczna inteligencja wywołały medialny szum.
Maszyna „myśli”, noblistka pisze
„Wbrew obawom uważam, że my, pisarze, z uwagi na specyfikę naszego rzemiosła, najszybciej i najściślej zwąchamy się z narzędziami pokroju AI” – od takiej deklaracji zaczyna się fragment rozmowy z literacką noblistką, który wywołał burzę w sieci. Oto bowiem okazuje się, że laureatka literackiej nagrody Nobla korzysta ze sztucznej inteligencji przy pisaniu swoich książek.
Jak sama stwierdziła, nieraz wrzuca do modelu AI fragment swojej książki i pyta: „Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?”. Tak, „my”. Owszem, „pięknie” i sprawiając, że noblistka bywa „w głębokim szoku, patrząc na to, jak fantastycznie powiększa on (model AI – JS) horyzonty i pogłębia myślenie kreatywne”.
Problem, jaki możemy mieć z zachwytami noblistki nad algorytmami AI ma kilka poziomów, choć wszystkie można by zamknąć w jednym pytaniu: czego oczekiwać powinniśmy od pisarki, laureatki literackiego Nobla?
Kochana AI, piękna kradzież
Zacznijmy od zrozumienia zasady działania algorytmów generatywnej sztucznej inteligencji. Skrót LLM, oznaczający Large Language Model (ang. duży model językowy), rozwinąć można by równie dobrze jako Language Laundry Machines (ang. maszyny do prania treści) – tak chociażby określiła je na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” Izabela Lipińska.
W telegraficznym skrócie, algorytmy, mające dostęp do ogromnych internetowych baz, przeczesują je w poszukiwaniu danych – tekstów, artykułów, książek, w skrócie: słowa pisanego – by wtórnie wygenerować treści, jakich oczekuje użytkownik.
Wszystko to odbywa się, co do zasady, poza zasięgiem praw własności intelektualnej, które – jak to często bywa – nie nadążają za bardzo szybko rozwijającą się technologią.
Nie wspominając już o twórcach, którzy wielokrotnie dostrzegają w treściach wygenerowanych przez AI własne idee i sposoby rozumowania (wprawdzie niechronione prawem autorskim z definicji, ale mogące podlegać pod ochronę dóbr osobistych), a nawet sformułowania i konkretne zdania, z których algorytm i jego użytkownik korzystają nieodpłatnie i bez zgody.
Gdy więc literacka noblistka, osoba medialna i przez dużą część odbiorców szanowana, przyznaje się do korzystania ze sztucznej inteligencji przy pisaniu, wprost stwierdza: uruchamiam nieograniczony normami prawnymi program, który w moim imieniu prawdopodobnie kradnie treści od nieograniczonej liczby autorów, by na ich podstawie sugerować mi, co sama powinnam stworzyć.
Oczywiście, pomijam tu prawnokarne aspekty tego, czy maszyna może dopuścić się przestępstwa oraz zamiaru, z jakim ów czyn popełnia jej użytkownik. Bardziej bowiem niż o stricte prawny, chodzi mi o społeczny wydźwięk słów Tokarczuk.
Padły one w czasach, gdy literaci i organizacje twórcze walczą o swoje miejsce w kulturze i na rynku, stale zagrożeni już nie tylko przez napływ literackiej szmiry czy tiktokizację czytelnictwa, ale także przez technologię, której użytkownicy gotowi są podkopywać ich dorobek, a nawet odebrać im pracę.
W czasach, gdy znajomi pisarze i poeci zamieszczają adnotacje, wedle których ich książki powstały bez użycia AI, Tokarczuk opowiada o „kochanej sztucznej inteligencji”, której płaci za research i pomysły.
Pierwszą więc rzeczą, której powinniśmy oczekiwać od literackiej noblistki, jest stanięcie w tym kryzysie po stronie ludzi pióra i ograniczenie zachwytów nad technologią, która stanowi dla pisarzy niemalże egzystencjalne zagrożenie.
Odpowiedzialność za literaturę
Kwestie społeczno-kulturowe to jedno. Literatura i jej jakość to drugie. Wierzę, że używanie AI w przypadku Olgi Tokarczuk nie polega na pisaniu konkretnych zdań i akapitów, a jedynie na podsuwaniu literackich tropów i wątków.
Łudzi się jednak ten, kto sądzi, że jakość literatury bierze się wyłącznie z języka i słów, które trafiają na papier – równie istotne są podejmowane wątki, idee, cele oraz cały ten literaturoznawczy anturaż, o którym nie ma sensu się w tym momencie rozpisywać.
Nie oczekujemy go w lekturze niskich lotów, w sztampowych kryminałach i książkach young adult, nieraz pisanych na jedno kopyto i pod sprawdzony schemat. Mogę się założyć, że gdyby Remigiusz Mróz albo Weronika Marczak przyznali się do korzystania z AI, większość z nas wzruszyłaby ramionami. Nie możemy jednak przejść obojętnie obok takiego wyznania, padającego z ust laureatki literackiego Nobla – a więc osoby niemalże z definicji przypisywanej do intelektualnej i literackiej elity.
Czy gdyby okazało się, że mizoginistyczne cytaty wkładane w usta bohaterów Empuzjonu podpowiedział autorce (wraz z całą, średnio trafioną, koncepcją ich użycia) algorytm AI, nadal ocenialibyśmy przesłanie tej czy innej książki noblistki jako warte (jakiejkolwiek) uwagi?
Czy gdyby to „kochany” algorytm wpadł na pomysł postawienia losów bohaterów Ksiąg Jakubowych w opozycji do sienkiewiczowskiego ducha dawnej Rzeczpospolitej, nadal czulibyśmy, że doszło tu do jakiejś formy dialogu między narodowymi wizjami – a nie po prostu do obrzucenia XIX-wiecznego klasyka wykwitami chatbota?
Tego bowiem powinniśmy oczekiwać od literackiej noblistki: odpowiedzialności w kreowaniu idei, jakie niesie ze sobą jej twórczość, a także wychodzenia poza utarte schematy, poza uniwersum znanych nam tropów literackich i myślowych. Owe „piękne” rozwinięcia, jakie sufluje pisarce AI, nie mają z tą odpowiedzialnością nic wspólnego.
Italo Calvino pisał, że maszyna, z natury oparta na skończonej liczbie liter, dającej skończoną liczbę słów i ich kombinacji, nigdy nie spróbuje wykroczyć poza to, co istnieje. Właśnie to odróżnia ją od pisarza, który, choć matematycznie ograniczony, poświęci swoje życie ciągłym próbom wyjścia poza tę granicę, co już samo w sobie stanowi ogromną wartość poznawczą oraz motor napędowy kultury. Olga Tokarczuk porzuca tę drogę na rzecz sugerowania się wtórnym slopem, który przedstawia jej „kochana” AI.
Technologiczna naiwność intelektualistów
W ostatnim czasie Richard Dawkins, guru ateizmu i człowiek, który spojrzał na świat i nie dostrzegł w nim Boga, po paru dniach „rozmowy” z algorytmem AI, zobaczył w nim świadomość zbliżoną niemal do ludzkiej.
Tak jak Tokarczuk nazywa „swoją” sztuczną inteligencję „kochaną”, tak Dawkins zwracał się do algorytmu per Claudia. Pokazuje to pewien obraz naiwności intelektualistów, którzy nie do końca potrafią odnaleźć się w świecie przesiąkniętym coraz bardziej zaawansowaną technologią.
Z jednej strony mamy ewolucjonistę i badacza żywych organizmów, który doszukiwał się świadomości w czysto matematycznym, martwym, opartym o kod źródłowy algorytmie, którego głównym zadaniem jest tę świadomość udawać i zachęcać do interakcji.
Z drugiej strony – pisarkę, co najmniej do pewnego stopnia przekonaną, że odpowiedź na pytanie „jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?” będzie pochodzić nie z milionów tekstów, przeanalizowanych i matematycznie skompilowanych, ale od owej uosobionej „kochanej” pomocnicy.
Powstaje tu pytanie, na ile są oni ofiarami tzw. trzeciego prawa Clarke’a („Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”), któremu podlega większość społeczeństwa niezajmującego się profesjonalnie nowymi technologiami, a na ile – własnej nieporadności?
Nieporadność tą widać tym bardziej, gdy przeczytamy oświadczenie opublikowane przez Tokarczuk kilka dni po kontrowersyjnej wypowiedzi: przeczy ona w nim sama sobie, pisząc, że o żadnej pomocy ze strony AI nie ma mowy, a z chatbota korzysta jedynie w celach kwerendy – choć mówiła wcześniej o wadliwości takiego używania algorytmu. I odciąga uwagę od problemu, ironizując, że inspiruje się własnymi snami i takie wyznanie też zapewne zostanie „zagryzione” przez (jakże nieczułych) ekspertów.
Tu dochodzimy do trzeciej postawy, jakiej oczekiwać powinniśmy od literackiej elity: wystarczająco zaawansowanego zorientowania w otaczającym ją świecie, które pozwoli jej faktycznie nadawać ideowy i twórczy ton współczesnemu pisarstwu.
To zresztą nie pierwszy raz, gdy noblistka zyskuje rozgłos za sprawą AI. W 2022 roku spółka Sundog ogłosiła, że we współpracy z pisarką powstanie gra komputerowa, inspirowana jedną z jej książek. Gra miała powstać przy użyciu sztucznej inteligencji.
Na początku 2023 roku spółka zebrała 1,5 mln zł w ramach finansowania, a w październiku 2024 roku – Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości przekazała na ten cel niemal 17 mln zł.
O grze, która miała trafić na rynek na początku tego roku, słuch zaginął, a sama Tokarczuk opuściła radę nadzorczą spółki. Mówiono wówczas, że zaangażowanie noblisty w powstanie gry, i to takiej korzystającej z AI, stanowi ewenement.
Jak się jednak okazuje, styczność pisarki z zaawansowanymi technologiami prowadzi przede wszystkim do kontrowersji, niezrozumienia własnej roli oraz literackiej naiwności, określonej w sieci dość zgrabnie „AIwniactwem”.
AI jest za, a nawet przeciw
„Sztuczna inteligencja, choćby nie wiem jak zaawansowana, jest jedynie genialnym kompilatorem, tkaczem wzorów z nitek, które ludzkość już kiedyś zostawiła w sieci. Nie ma własnego doświadczenia istnienia, nie czuje bólu przemijania ani zachwytu nad detalem świata”.
Takiej odpowiedzi udzielił mi jeden z darmowych chatbotów AI, gdy – ośmielony nieodpowiedzialnym wyznaniem Olgi Tokarczuk – zapytałem go, w jej imieniu, czy pisarka powinna korzystać z jego „pomocy”? „Poprosił” także, by nie oddawać mu steru, bo tam, gdzie on „dostrzega” pojedyncze punkty, autorka samodzielnie widzieć powinna konstelacje.
Mógłbym niniejszym zakończyć tekst, stwierdziwszy, że sztuczna inteligencja rozumie to, czego nie potrafi pojąć sama noblistka. Wiem jednak, że AI nie może niczego zrozumieć.
Kalkulator nie rozwiąże sam twierdzenia algebraicznego – tak samo algorytm AI może jedynie przetworzyć dane i podać nam je tak, byśmy chcieli ulec złudzeniu jego kreatywności, a nawet ludzkiego charakteru. Złudzeniu, roztoczonym między martwym narzędziem a tymi, którzy są na tyle nieuważni, by w nie uwierzyć i ujrzeć w algorytmie kochaną, czułą narratorkę.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
