Aleksander Miszalski musi odejść? Długi, podwyżki, układy i pijani Anglicy
24 maja prezydent Aleksander Miszalski oraz Rada Miasta Krakowa mogą zostać odwołani. Główne zarzuty wobec włodarzy są poważne, a mobilizacja przeciwników znacząca. Jednak Koalicja Obywatelska uruchomiła metody, które już raz przyniosły sukces. Gra nie jest czysta.
Bez względu na to, jakie będzie ostateczne rozstrzygnięcie niedzielnego referendum, należy pochylić się nad obecnym stanem Krakowa, a także nad tym, co wzbudza obecnie największe emocje wśród mieszkańców.
Gdzie znajdują się „zapalniki”, które doprowadziły do medialnego i emocjonalnego pożaru w cesarsko-królewskim mieście?
Wiesz co się liczy? Szacunek ludzi ulicy
Skąd taka niechęć do krakowskiego magistratu ze strony dużej części Krakowian? Zwięzła odpowiedź wyrażająca ludowy gniew mogłaby brzmieć: „jeśli magistrat już coś robi, to zawsze na koszt mieszkańców”.
Podwyżki cen biletów, strefy płatnego parkowania w niedziele czy Strefa Czystego Transportu – to wszystko skumulowało się w podobnym czasie i dało poczucie, że władze nie potrafią zarządzać budżetem, więc ratują się pieniędzmi mieszkańców.
Sam zresztą prezydent w wywiadzie udzielonym Patrykowi Salamonowi dla lovekraków.pl przyznał, że taka kumulacja podwyżek była zwyczajnie błędem.
– To rzeczywiście był moment kumulacji wielu trudnych zmian i to mój błąd. Ale spójrzmy na to z innej strony. Po pierwsze, pod koniec ubiegłej kadencji prezydent Majchrowski nie podejmował już niepopularnych decyzji, zwłaszcza że startował wiceprezydent Andrzej Kulig. Po drugie, stan finansów Krakowa po pandemii, wybuchu wojny w Ukrainie i wydrenowaniu samorządów przez rządy PiS był bardzo zły – mówił Miszalski.
Ludzie poczuli się oszukani i okradzeni, a w zamian otrzymywali jedynie rolki, na których prezydent Miszalski tańczy na dachu lub nagrania, jak sprząta bar po zamknięciu. Ten kontrast, odpowiednio podgrzewany przez przeciwnków prezydenta, uruchomił fale niezadowolenia.
Przypomina mi się w tym miejscu rozmowa, jaką miałem z jednym z krakowskich taksówkarzy po wprowadzeniu SCT i w trakcie zbiórki podpisów.
– Ja tego Miszalskiego to nawet lubiłem, ale on próbuje żerować na mnie i innych kierowcach, a ja w zamian nic nie dostaję – powiedział mi wówczas.
Niesprawne kadry
W przestrzeni medialnej od jakiegoś czasu przewija się pojęcie „epidemii kolesiostwa”, która ma toczyć Kraków od dłuższego czasu. Nominacje mimo przegranych konkursów, brak kompetencji do zarządzania, wspólne interesy i powiązania.
Te układy towarzysko-biznesowe powodują, że na ważnych z perspektywy funkcjonowania miasta, a jednocześnie bardzo dobrze płatnych stanowiskach, lądują osoby, które nigdy tych stanowisk nie powinny zajmować.
Moim ulubionym i chyba najbardziej groteskowym przykładem jest objęcie stanowiska doradcy zarządu Krakowskiego Holdingu Komunalnego przez szefa krakowskiej Platformy Obywatelskiej z pensją 13 tysięcy złotych. Okazało się jednak, że ten wybitny ekspert i doradca nie ma nawet zdanego egzaminu maturalnego.
Słynna była też sprawa Aleksandry Twaróg, która wspierała Aleksandra Miszalskiego w kampanii wyborczej. Wystartowała ona w konkursie na stanowisko rzeczniczki uczniów i dialogu szkolnego. Mimo tego, że pracę konkursową napisała najgorzej ze wszystkich kandydatów, otrzymała oczywiście stanowisko.
Otoczenie prezydenta tłumaczyło, że 19 latka wypadła najlepiej podczas drugiego etapu rekrutacji, ale fakt jej dużego zaangażowania w kampanii prezydenckiej został uznany za typowy przykład spłacania długów wyborczych zasłużonym pracownikom.
Obraz tej prezydentury dla przeciętnego mieszkańca Krakowa jest więc niekorzystny, nawet jeśli pewne zarzuty wobec niego są celowo wyostrzane na potrzeby kampanii referendalnej. Miszalski obsadza ważne stanowiska swoimi kolegami i koleżankami, wprowadza podwyżki, które mają na celu załatać budżet, a z tych podwyżek nie widać np. lepszej jakości transportu publicznego, słyszy się natomiast, że miasto zatrudnia niekompetentnych ludzi, płacąc im pensje nieosiągalne dla większości Krakowian.
Nie wygląda to dobrze.
„Myśmy nie wiedzieli”
Zgodnie z wyliczeniami Regionalnych Izb Obrachunkowych Kraków ma obecnie podobne zadłużenie do Warszawy, jeśli spojrzymy na nominalne wartości (ok. 8,8 mld zł). Problem polega jednak na tym, że w stolicy takie zadłużenie to ok. 30 proc. dochodów, a w Krakowie ponad 86 proc. (sic!).
Sam prezydent, jak już wspomniałem wcześniej, winy upatruje w sposobie zarządzania miastem przez prezydenta Majchrowskiego, a także „wydrenowaniu samorządów przez PiS”.
Problem polega na tym, że w momencie oddawania przez Majchrowskiego władzy dług Krakowa w stosunku do dochodów miasta wynosił ok. 75 proc. i był w tendencji spadkowej.
Dodatkowo otoczenie prezydenta, a w szczególności przedstawiciele Koalicji Obywatelskiej, twierdzą, że nie znali budżetu przed objęciem władzy przez Miszalskiego.
Tłumaczenie to zdaje się o tyle karkołomne, co nieprawdziwe. Wszak Koalicja Obywatelska w poprzedniej kadencji rady miasta miała swojego radnego na stanowisku przewodniczącego komisji budżetowej, a także drugi największy klub.
Sprzeczne interesy
Od wielu lat zarówno jako mieszkańcy Krakowa, jak i szerzej opinia publiczna słyszymy, że Kraków stoi turystyką i bez tej turystyki sobie nie poradzi. W związku z tym nadal nie została uregulowana kwestia najmu krótkoterminowego, podatku turystycznego czy wreszcie rozpasania największych sieci hotelowych. Brytyjczycy i inni „kawalerowie” spędzający tu weekendy zostali puszczeni samopas w objęcia naganiaczy na Szewskiej i Floriańskiej.
Według Patryka Salamona i Karola Wałachowskiego, gości debaty zorganizowanej przez oddział krakowski Klubu Jagiellońskiego, turystyka odpowiada w istocie za nie więcej niż 3 do 5 proc. PKB Krakowa.
To przekłada się też na mieszkańców i to w oczywisty sposób. Brak opłaty turystycznej sprawia, że wszyscy składamy się na usługi publiczne wykorzystywane przez turystów; nieuregulowany najem krótkoterminowy ściąga mieszkania z rynku i powoduje spadek podaży, a w konsekwencji wzrost ich cen; alkoholowe spendy obcokrajowców, na czele z Anglikami, którzy wyjątkowo pokochali bary w okolicach Rynku, wprowadzają chaos i ograniczają bezpieczeństwo.
Dodatkowo mamy inną grupę interesów – deweloperów. Miasto chwali się parkami kieszonkowymi i ciągłymi inwestycjami w infrastrukturę, a jednocześnie nie chce ujawnić nowego ogólnego planu zagospodarowania. Gołym okiem widać, że w wielu miejscach Krakowa miasto poszło szkodliwą drogą zagęszczania zabudowy.
Brudna kampania
Kiedy Andrzej Gajcy i Wojciech Mucha wydawali swoją głośną książkę „Kampania. Jak wygrać wybory i nie dać się złapać”, obnażającą mechanizmy, które w opinii autorów mogły wykrzywić wynik ostatnich wyborów prezydenckich w Krakowie, wielu z nas zastanawiało się, czy to tylko jednorazowy incydent, czy może stała metoda na wygrywanie wyborów.
Okazuje się, że stronnictwo polityczne prezydenta Miszalskiego postanowiło pójść wytyczoną już wcześniej przez siebie ścieżką.
Sam prezydent zniechęca do pójścia na referendum. Mówi o tym, że niska frekwencja będzie wyrazem zaufania do niego, a branie udziału w procesie demokracji bezpośredniej to wotum nieufności.
Dodatkowo z informacji podanych niedawno przez portal Demagog wynika, że zorganizowaną kampanię prowadzą już nie tylko władze miasta, ale również wszelkie konta związane ideowo z Koalicją Obywatelską.
Ataki nie są już tylko związane z samym referendum, ale niestety również z organizatorami. Tu znów wracamy do kampanii samorządowej 2024 roku, gdy środowisko KO przeprowadzało frontalny atak na Łukasza Gibałę i niestety również jego rodzinę.
Do tego dochodzi ostatnia gazetka, która trafiła do mieszkańców Krakowa na kilka dni przed referendum. Tam znów możemy zobaczyć ataki na Łukasza Gibałę i jego rodzinę. Padają sugestie, że referendum jest finansowane przez Zondacrypto oraz putinowską Rosję.
Partia z obywatelskością w nazwie i określająca się mianem strażników demokracji zniechęca i obrzydza obywatelom procesy demokratyczne. To oczywiście nie pierwszy raz, gdy demokratom podoba się demokracja tylko wtedy, gdy mają szansę wygrać.
Politycznie to działanie wydaje się oczywiste, jednak może uruchomić wśród wahających się mieszkańców ruch odwrotny do zamierzonego przez władze miasta. Sprawia bowiem wrażenie, że Aleksander Miszalski jest w głębokiej defensywie i obawia się mobilizacji mieszkańców.
W samo południe
Czy prezydent zostanie odwołany? Zgodnie z przewidywaniami OGB i Łukasza Pawłowskiego prawdopodobnie tak. Nic nie jest jednak przesądzone.
Według sondażu przeprowadzonego przez OGB frekwencję szacuje się na ok. 27–33 proc., a do odwołania prezydenta konieczne jest właśnie 27 proc. Wśród zadeklarowanych do pójścia na referendum 92 proc. deklaruje głosowanie za odwołaniem Miszalskiego z urzędu. Kluczowa więc będzie mobilizacja.
Bez względu na to, jak rozstrzygnie się niedzielne głosowanie, pewne jest jedno – Aleksander Miszalski już utracił zaufanie dużej części mieszkańców. Pytanie tylko brzmi, czy dotrwa do końca kadencji.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
