Mentzen, Tarczyński, Ziemkiewicz. Wielka Brytania walczy z prawicą?
Sławomir Mentzen, Dominik Tarczyński i Rafał Ziemkiewicz twierdzą, że Wielka Brytania stosuje przemoc, zastraszanie za poglądy i cenzurę prewencyjną oraz eliminuje prawicę z życia publicznego. Czy to słuszne zarzuty?
Wielka Brytania nie wpuszcza Polaków?
Szerokim echem w debacie publicznej odbiło się zatrzymanie Sławomira Mentzena na lotnisku w Londynie, do którego doszło 8 maja. Lider Konfederacji deklarował, że brytyjscy funkcjonariusze przetrzymywali go przez trzy godziny z powodu jego poglądów politycznych. W późniejszej rozmowie z Bogdanem Rymanowskim Mentzen nie szczędził słów krytyki pod adresem Wielkiej Brytanii, nazywając ją „upadającym państwem totalitarnym kolonizowanym przez Hindusów i Arabów”.
Podobna sytuacja spotkała Rafała Ziemkiewicza, który pięć lat temu również został zatrzymany na brytyjskim lotnisku. Od tamtego incydentu prawicowy publicysta wielokrotnie krytykuje Wielką Brytanię, oskarżając ją o „przemoc i zastraszanie za poglądy, cenzurę prewencyjną oraz eliminację wrogów klasowych z życia publicznego”.
W konflikt z brytyjskimi władzami wszedł również Dominik Tarczyński, który 16 maja tego roku nie mógł wziąć udział w masowym antyimigranckim wiecu w Londynie, ponieważ odmówiono mu wjazdu na teren Zjednoczonego Królestwa. Jak tłumaczyły lokalne władze: „obecność [europosła PiS-u] nie służy dobru publicznemu”. Decyzję Brytyjczyków Tarczyński skwitował słowami: „tak wygląda komunizm w XXI wieku”.
Nie są to odosobnione przypadki, wszak prawicowi politycy i komentatorzy wielokrotnie zarzucają Wielkiej Brytanii łamanie praw i swobód obywatelskich. Są to oskarżenia bardzo poważne, dlatego należy je skonfrontować z rzeczywistością.
Areszt za tweet?
Najczęściej pojawiające się zarzuty dotyczą ograniczania wolności słowa i wypowiedzi w przestrzeni internetowej. Duże kontrowersje budzi sama podstawa prawna, gdyż rozdział 127. ustawy o komunikacji (Communications Act) za przestępstwo uznaje wysyłanie wiadomości o charakterze „obraźliwym, obscenicznym, nieprzyzwoitym lub groźnym. Karalne jest również „celowe rozpowszechnianie fałszywych informacji mających na celu wywołanie irytacji lub niepokoju”.
Krytycy podnoszą uzasadniony argument, że tak nieprecyzyjnie sformułowane kryteria mogą prowadzić do nadużyć oraz arbitralnej interpretacji przez władze tego, co mieści się w granicach przyzwoitości, a co nie. Dotyczy to zaś bardzo poważnej materii, ponieważ sankcje za wskazane przewinienia mogą obejmować nawet pół roku pozbawienia wolności.
Jak podawał magazyn The Times, w samym 2023 roku 35 sił policyjnych w Anglii i Walii dokonało ponad 12 tys. aresztowań z powodu internetowych wpisów uznawanych za obraźliwe. Oznacza to zatem średnio ponad 30 aresztowań dziennie. Liczby te systematycznie rosną, jeszcze w 2017 roku odnotowano ponad 5 tys. aresztów na tej samej podstawie prawnej.
Za łamiące prawo zostały uznane choćby posty Grahama Linehana, który na platformie X zażartował z osób transpłciowych przebywających w miejscach dla kobiet, wyraźnie sugerując, że są one mężczyznami. Zatrzymanie filmowca poruszyło brytyjską debatę publiczną do tego stopnia, że głos w tej sprawie zabrał premier Keir Starmer, a swoje oburzenie wobec karania za poglądy wyraziła J.K. Rowling. Dodajmy, że autorka serii o Harrym Potterze wcześniej za podobne wpisy została wykluczona z kulturowej elity swojego kraju.
Rok temu z kolei weszła w życie ustawa o bezpieczeństwie online (Online Safety Act), która nakłada na platformy internetowe obowiązek usuwania nielegalnych i szkodliwych treści. O ile akt ten umożliwia lepszą ochronę dzieci przed pornografią, o tyle organizacje ochrony praw człowieka takie jak Electronic Frontier Foundation uznają nowe przepisy za poważne zagrożenie dla prywatności, bezpieczeństwa i wolności słowa, gdyż zmuszają platformy do prewencyjnej cenzury treści.
Druga strona medalu
Powyższe dane pokazują, że rzeczywiście w Wielkiej Brytani mamy rosnący problem z wolnością słowa. Nie należy jednak przesadzać – Zjednoczone Królewstwo nie jest państwem totalitarnym.
O ile wysoka liczba aresztowań budzi uzasadnione obawy, o tyle należy podkreślić, że w Wielkiej Brytanii jest to czynność procesowa, która w przeważającej większości przypadków (90%) nie kończy się wyrokiem skazującym. Wskaźnik aresztowań wynika również z łatwości zgłaszania przestępstw online i brytyjskiej kultury policyjnej nastawionej na prewencyjne i często gwałtowne zapobieganie wszelkim zagrożeniom. Co innego jednak zwracać uwagę na ten niepokojący trend, a co innego mówić o totalitaryzmie czy komunizmie XXI wieku.
Oskarżenia o brytyjski totalitaryzm dementuje także Freedom House, amerykański think tank monitorujący wolność słowa w internecie. W ubiegłorocznym raporcie organizacja przyznała Wielkiej Brytanii wysoki wynik 76/100, co plasuje to państwo w kategorii „wolne”.
W badaniu rozstrzygnięto, że internet w Wielkiej Brytanii pozostawał wolny i dostępny, a ograniczenia dotyczące treści były stosunkowo nieliczne. Co najistotniejsze, podkreślono, że orzekanie kar pozbawienia wolności za wyrażanie opinii chronionych przez międzynarodowe normy praw człowieka odbywa się na Wyspach bardzo rzadko.
Dla pełnej uczciwości trzeba jednak podkreślić, że Zjednoczone Królestwo straciło w tymże rankingu punkty (w porównaniu z wynikiem 78 punktów z 2024 roku), z powodu odnotowanego wzrostu liczby zarzutów karnych związanych z wiadomościami publikowanymi w internecie. Zaznaczono również, że działania państwa związane z nadzorem oraz potencjalnym naruszaniem prywatności budzą wątpliwości prawne.
Wielka Brytania to kulawa demokracja, a nie totalitaryzm
Czy krytyka prawicowych polityków i publicystów pod adresem Wielkiej Brytanii jest uzasadniona? Po częsci tak, istnieją ku temu systemowe przesłanki. Znaczna część zarówno opinii publicznej, jak i organizacji broniących praw obywatelskich jest zdania, że wąsko zdefiniowane przepisy i wysoka wrażliwość policji na zgłaszane przypadki prowadzą do nadmiaru ingerencji w wolności osobiste Brytyjczyków.
W efekcie zabieranie głosu w kontrowersyjnych społecznie tematach może wiązać się z ryzykiem przestępstwa za mowę nienawiści. Oczywisty wydaje się także efekt mrożący – skoro za publikację wyrazistej opinii można wylądować w areszcie, to wiele osób po prostu przestanie publicznie przyznawać się do swoich poglądów.
Nie oznacza to jednak, że Wielka Brytania zmierza w kierunku państwa totalitarnego, które z definicji zakazuje działałności opozycji i chce kontrolować każdy element życia obywateli. Na Wyspach media i obywatele masowo krytykują rząd Keira Starmera, w znakomitej większości przypadków nie ponoszą za to konsekwencji, czego nie można powiedzieć o często przywoływanej w tym kontekście Rosji.
Sam zakaz wjazdu dla polityków takich jak Dominik Tarczyński nie wykracza jeszcze poza praktyki demokratycznych państw, które mają prawo odmówić wstępu cudzoziemcom, jeśli uznają, że ich obecność nie służy dobru publicznemu. Szczególnie, że Wielka Brytania nie jest już w Unii Europejskiej i w pełni samodzielnie ma prawo kształtować swoje prawo w zakresie wpuszczania cudzoziemców.
Również polskie władze korzystają z tego prawa. Przykładowo w ostatnich latach odwołano koncert rapera Kanye’go Westa, którego szkodliwe poglądy uznano za sprzeczne z polską racją stanu. Presja władz była tutaj kluczowa, choć wydarzenie oficjalnie odwołano poprzez wypowiedzenie umowy organizatorowi.
Brytyjskie prawo jest więc wadliwe i wymaga korekty. Zjawisko to należy jednak uznać za narastający problem i bolączkę systemu, a nie dowód na dryf w stronę totalitaryzmu.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

