Czy „Lex Romowicz” to słuszna propozycja? Sedno sporu leży zupełnie gdzie indziej
Gwarancja udziału lokalnej społeczności w procesie decyzyjnym jest jej prawem podstawowym, zagwarantowanym przez Konstytucję RP („zasada pomocniczości”). Dlatego słuszny jest każdy głos domagający się rzeczywistego zapewnienia takiej gwarancji, także w kontekście ochrony przyrody. Dotyczy to również tzw. „dojrzałych demokracji”, w których powyższą zasadę sprowadza się do protekcjonalizmu, często połączonego z narzucaniem lokalnym społecznościom obcych im wzorców. Pretensje naukowców, ekspertów i działaczy (zapewne nie wszystkich), by stanowić głos decydujący o tym, co, gdzie i w jaki sposób powinno być chronione, stanowi jeden z przejawów takiego podejścia.
Turbo-ochrona
Czym jest „system ochrony przyrody w Polsce”, w którego obronie występują przeciwnicy „Lex Romowicz”, a którego sposób funkcjonowania określa Ustawa ochrony przyrody z 2004 r. (UoP)?
Jeśli zawęzimy przedmiot ochrony do jedynie dziko występujących gatunków, okaże się, że dotyczy ona niemal każdego elementu naszego indywidualnego i społecznego życia. Z przyrodą mamy do czynienia w domu i ogrodzie, w mieście i na wsi, wśród pól i w lesie.
Wpływa ona na nas, a my wpływamy na nią nieustannie – jako jednostki i jako społeczeństwo funkcjonujące w środowisku przyrodniczym. W jaki sposób może działać „system”, który opiera się na odrębnej ustawie, równoległej do wielu innych, regulujących zasady prowadzenia gospodarki leśnej, rolnej, przemysłowej, transportu, gospodarki finansowej, etc.?
Ponieważ dziedziny te zawsze mają wyższy priorytet w opierającej się na polityce kadencyjności, ochrona przyrody, aby mieć cokolwiek do powiedzenia, musi znaleźć jakąś niszę względnej autonomii, niezależności od gospodarki.
Jest nią sieć obszarów chronionych, trwale wyłączonych z wymienionych dziedzin ludzkiego życia. Logiczną konsekwencją tej konstrukcji jest dążenie do powiększania „stanu posiadania ochrony przyrody” poprzez tworzenie nowych obszarów chronionych jako odpowiedź na pogarszający się stan środowiska naturalnego.
Czas rządów Koalicji Obywatelskiej to szczególne „pięć minut” w walce o nowe obszary chronione. W 2021 r. Komisja Europejska przyjęła „Strategię Bioróżnorodności do roku 2030 („natura bliżej życia”), zgodnie z którą 30% powierzchni krajów członkowskich powinno zostać objęte ochroną prawną, a co najmniej jedna trzecia – ochroną ścisłą.
Stąd wyjątkowy rozmach (przynajmniej w sferze PR) w propozycji, obietnic i projektów nowych rezerwatów i innych obszarów chronionych, którego przykładem jest akcja „100 rezerwatów na stulecie Lasów Państwowych”. Nie wątpię, że część tych propozycji posiada silne merytoryczne uzasadnienie i zasługuje na wdrożenie. Jednak sprzeciw budzi ślepe parcie na realizację irracjonalnie narzuconych kwot.
Ideologiczną „nadbudową” tej rezerwatowej „stachanowki” jest nieaktualny paradygmat opierający się na błędnym, idealistycznym przeciwstawieniu człowieka (= uzurpatora, szkodnika, niszczyciela) naturze (doskonałej, wiedzącej najlepiej).
Przyjmując taką optykę, stajemy wobec jedynej alternatywy: chronić dany obszar, by tam „natura” mogła realizować swój „idealny projekt”, albo zgodzić się na jego (dalszą) „dewastację” za sprawą działalności człowieka.
Przyrodnicy też się mylą
Przyrodnicy, biolodzy czy ekolodzy-teoretycy ochrony przyrody są, jak każdy z nas, istotami z natury omylnymi. Ich szczegółowa wiedza, pasja czy umiejętność posługiwania się narzędziami badawczymi nie gwarantują odporności na pomyłki, czasem brzemienne w skutkach.
„Góra Chełmowa” była jednym z najstarszych w Polsce rezerwatów przyrody (obecne część Świętokrzyskiego Parku Narodowego), o którego powołanie w pierwszych latach niepodległości wnioskował wybitny polski botanik, pionier ruchu ochrony przyrody w Polsce, profesor Marian Raciborski.
Głównym przedmiotem ochrony miał być drzewostan modrzewia polskiego, rzadkiej odmiany modrzewia europejskiego. Zanim zachwycili się nim botanicy, las był wykorzystywany przez okoliczną ludność jako zadrzewione pastwisko, gdzie wypalano suchą trawę, wypasano zwierzęta i selektywnie wycinano modrzewie, co bardzo odpowiadało światłożądnej i pionierskiej naturze tego gatunku.
Jednak naukowcy – zgodnie z panującym w ich świecie dogmatem, że człowiek, jego zwierzęta i ogień stanowią śmiertelne zagrożenie dla leśnej przyrody – doprowadzili do powołania rezerwatu, by uwolnić las od „niszczycielskiej działalności ludzkiej”.
W efekcie, przyroda zareagowała zgodnie ze swoją żelazną logiką: przekształciła widne modrzewiowe pastwisko w typowy ciemny liściasty las grądowy, w którym od kilkudziesięciu lat nie pojawił się ani jeden młody modrzew.
Analogicznych doświadczeń nieskuteczności lub kontr-skuteczności wprowadzenia zakazu tradycyjnej aktywności gospodarczej w imię ochrony przyrody jest w Polsce i na świecie wiele. Mimo to gros naukowców-przyrodników nadal twierdzi, że najlepszą formą ochrony jest rezerwat ścisły, bo „przyroda wie najlepiej”.
„Puszczańskie wzorce” wiodą na manowce
Gdyby Jagiellonowie czy królowie elekcyjni zaniechali prowadzonej w swoich puszczach gospodarki, przekształcając je w sieć rezerwatów, pozostawione po nich ekosystemy bardzo by się różniły od tych, które w XX i XXI w. ekolodzy określają jako „najlepiej zachowane pozostałości pierwotnej puszczy”.
W kilkusetletnich rezerwatach – z wyjątkiem tych na bardzo ubogich piaszczystych glebach – nie byłoby sosen. Piękne, stare „masztowe” sosny Puszczy Białowieskiej to zasługa gospodarujących w niej przez stulecia, do pierwszej połowy XIX w. bartników, którzy regularnie wypalali dno lasu, sprzyjając powstawaniu i rozwojowi drzewostanów sosnowych.
Odkąd administracja zaborcy w XIX w. wprowadziła rygorystyczny zakaz stosowania ognia, sosna przestała się tam odnawiać.
Może jeszcze bardziej niż masztowe sosny, wzrok przykuwają liczne potężne dęby. Otóż, gdyby białowieski rezerwat powołano nie w 1920 r., a kilkaset lat wcześniej, dąb w Puszczy Białowieskiej byłby dziś niezwykle rzadki.
Dlatego, że skuteczne naturalne odnowienie tego światłożądnego gatunku wymaga długotrwałych i obszernych luk i polan, jakich nie tworzy proces naturalnej dynamiki lasu liściastego.
Dendroekologiczna rekonstrukcja historii starodrzewu dębowego Białowieskiego Parku Narodowego jednoznacznie wykazała czasową i przestrzenną zbieżność procesu jego rozwoju z historyczną gospodarczą działalnością człowieka w Puszczy, w tym z leśnym wypasem, funkcjonowaniem węglarni i potażarni, intensywną gospodarką łowiecką czy zarastaniem porzuconych śródleśnych enklaw rolniczych.
Zdecydowaną większość rezerwatów przyrody powołuje się na terenach leśnych, uznanych za „zachowane w stanie naturalnym lub mało zmienionym” (UoP, Art. 13.1). Kierując się logiką UoP, Puszcza Białowieska byłaby znacznie „bardziej naturalna”, gdyby Jagiellonowie – jak car w XIX w. – przegnali z lasu bartników, zakazali wypasu, wypalania węgla, produkcji potażu i maksymalnie ograniczyli wstęp do lasu.
Byłaby inna, ale czy koniecznie bardziej wartościowa?
Z trudem godzimy się z prawdą, że znaczna część cenionego dziś bogactwa przyrodniczego (szczególnie w Europie) to produkt interakcji człowieka i przyrody. Zaangażowani naukowcy i działacze nadal wolą przetrząsać „starolasy” w poszukiwaniu gatunków „reliktów ciągłości naturalnych procesów ekologicznych, niezaburzonych przez człowieka”.
Tak jak w przypadku niektórych, żyjących w martwym drewnie chrząszczy, zaobserwowanych kilkadziesiąt lat temu w intensywnie badanym Białowieskim Parku Narodowym.
Kojarzone w ten sposób z „pozostałościami pierwotnej puszczy” gatunki wprowadzono na listę unijnej „Dyrektywy siedliskowej”, jako gatunki priorytetowe, o znaczeniu „wspólnotowym”.
Wraz z wdrożeniem wspólnotowego prawa ochrony przyrody na gruncie krajowym, dyrektywy UE (zarówno siedliskowa jak i ptasia) stały się podstawą w tautologicznym wnioskowaniu działaczy-ekologów: ponieważ gatunki – „puszczańskie relikty” z definicji wymagają „puszczańskiego” siedliska, każde miejsce ich występowania wymaga ochrony jako „pozostałość puszczy”.
Paradoksalnie, rosnące zainteresowanie „puszczańskimi” gatunkami przyczynia się do swoistej inflacji „puszczańskości”. Gdy liczba stwierdzonych w ten sposób lokalizacji „pozostałości puszczy” w Polsce stale się powiększa, coraz więcej z nich daleko odbiega od białowieskiego „puszczańskiego wzorca”.
30 lat temu mało kto wpadłby na pomysł, by poszukiwać „puszczańskich gatunków” w nieciekawym lesie gospodarczym czy poza lasem, wśród przydrożnych drzew…
Poza rezerwatem i lasem
Wśród ekologów istnieje wyraźna skłonność, by swoje, dotyczące zachowania wartości przyrodniczych, badania koncentrowali w obszarach leśnych.
Szczególnie w lasach jak najmniej przekształconych przez człowieka. Krajobrazy rolnicze, zajmujące aż 60% powierzchni Europy, znacznie rzadziej są w takich badaniach uwzględniane.
Tymczasem, olbrzymia część odziedziczonego przez nas bogactwa przyrodniczego kształtowała się w warunkach ekstensywnego rolnictwa (zarówno upraw, jak i wypasu zwierząt) oraz powiązanego z nim tradycyjnego wykorzystania lasu.
Jak się okazuje, dla 80% spośród ponad 900 gatunków roślin, klasyfikowanych jako gatunki leśne Europy umiarkowanej strefy klimatycznej, optymalne warunki życia znajdują się poza lasem, na terenach otwartych lub tylko luźno zadrzewionych.
Odpowiednie dla nich siedliska, przez setki czy tysiące lat tworzone i utrzymywane przez wypas połączony z przygodną eksploatacją lasu, dziś prawie już nie istnieją. Dlatego fakt, że rośliny te spotykamy w lesie, nie powinien być interpretowany jako dowód, że zwarte lasy – które dziś sadzimy i które chcemy dziś chronić – są ich „naturalnym siedliskiem”.
O zmianach zachodzących w naszym otoczeniu możemy się też przekonać, uważnie obserwując ptaki. Wymagają one odpowiednich środowisk do żerowania, budowy gniazd i skutecznego wyprowadzania lęgów.
Dlatego stan populacji tych zwierząt jest barometrem kondycji całego środowiska. W Europie od około 40 lat (w Polsce od 25) regularnie prowadzony jest tzw. monitoring pospolitych ptaków lęgowych, osobno dla gatunków leśnych i dla gatunków krajobrazów rolniczych. W Unii Europejskiej, obliczany na podstawie corocznych obserwacji „wskaźnik ptaków pospolitych” (Common Bird Index, CBI), jest oficjalnym wskaźnikiem stanu środowiska naturalnego.
O ile wartość leśnego CBI w ciągu ostatnich 30 lat, po dość silnym początkowym spadku, ulega stopniowej poprawie (dziś jest niemal równa stanowi wyjściowemu), o tyle stan populacji ptaków terenów rolniczych stale się pogarsza, a wartość CBI wynosi dziś zaledwie 50% stanu z początku lat 1990.
Niestety, trend ten dotyczy również Polski, gdzie coraz rzadziej możemy się cieszyć głosem i widokiem turkawki, czajki, czy ortolana. Analogiczny kryzys dotyczy populacji motyli. I, jak wykazują twarde dane Eurostatu, ani przyrost powierzchni lasów w Unii Europejskiej, ani mnożenie jej obszarów chronionych, nie są w stanie tych zmian zahamować.
Ochrona przyrody czy jej wyobrażenia?
Rzeczywistą przestrzenią realizacji i organizacji przyrody jest krajobraz. Przyroda poza krajobrazem, poza jej naturalnym kontekstem jest abstrakcją. Abstrakcję można „chronić” jedynie abstrakcyjnie, teoretycznie.
Realną przyrodę można chronić wyłącznie w realnym kontekście – w krajobrazie. „Bioróżnorodność”, „bogactwo gatunkowe”, „stan populacji”, te i inne pojęcia, którym przyporządkowujemy różne wskaźniki, odnoszą się do rzeczywistości umocowanej i funkcjonującej w krajobrazie.
Inaczej być nie może. A jednak, dominująca praktyka ochroniarska, sprowadzająca się do tworzenia rezerwatów, zdaje się tę zasadniczą prawdę ignorować.
W Polsce, podobnie jak i w niemal całej Europie, „dziedzictwo przyrodnicze”, które dziś chcemy chronić, kształtowało się i przetrwało do naszych czasów w wiejskich, przez wieki wykorzystywanych przez człowieka krajobrazach.
Dlatego głównym źródłem zagrożeń naszej przyrody są zmiany krajobrazowe. Tak jak te, spowodowane niszczeniem tradycyjnego, zakorzenionego w lokalnych warunkach środowiskowych, rolnictwa.
Dlaczego, pomimo licznych (zapewne też kosztownych) kampanii „na rzecz” dzikiej przyrody, pierwotnej puszczy, klimatu czy Planety, nie przestają dołować wskaźniki ptaków, motyli i innych grup dziko występujących gatunków?
Czy właściwym sposobem na zauważalny kryzys ma być intensyfikacja metod, które dotąd nie okazały się wystarczająco skuteczne? A może, po prostu, tworzenie nowych rezerwatów, pomimo oporów i niezadowolenia lokalnej ludności, łatwiejsze jest od postawienia tamy przed ekspansją międzynarodowych sieci spożywczych i globalnego agrobiznesu, prowadzącą do likwidacji małych, zakorzenionych w tradycji i krajobrazie gospodarstw, tworzących i najskuteczniej utrzymujących cenne siedliska przyrodnicze?
Może w logice systemu, opartego na liberalnej demokracji i kadencyjnym zarządzaniu, abstrakcyjna (formalna, na papierze) „ochrona przyrody” bardziej się opłaca niż konsekwentne rozwiązywanie problemów u ich źródeł?
Może – w tej same logice – wszystkim bardziej opłaca się gra w obronę „dzikiej natury” od – być może – mniej spektakularnych, wymagających ponadpartyjnego konsensusu i konsekwencji, zniuansowanych działań na rzecz realnego dziedzictwa przyrodniczego kraju?
Państwowo, nie resortowo
Czym jest ustawa nierozpoznająca samego źródła problemu, dla którego ją napisano? Czy akt prawny – długi i skomplikowany, w którym kluczowe pojęcia są niejednoznaczne – może być skutecznym narzędziem prowadzenia jakiejkolwiek skutecznej polityki?
Takie wątpliwości wzbudza lektura 170 stron Ustawy o ochronie przyrody. Przykładowo, według UoP do celów ochrony przyrody (Art. 2.2) należy: „utrzymanie procesów ekologicznych i stabilności ekosystemów” (w środowisku zawsze jakieś procesy ekologiczne zachodzą, a ekosystemy z natury odznaczają się zmiennością); „zachowanie różnorodności biologicznej” (to może oznaczać wszystko i nic); „utrzymywanie lub przywracanie [siedliskom] właściwego stanu ochrony” (kto i w jaki sposób definiuje „właściwy stan ochrony”?).
Nieprecyzyjne, a jednocześnie sugerujące „naukowość”, zapisy dają olbrzymią przewagę, powołującym się na „obowiązującą wykładnię”, urzędnikom i zaangażowanym ekologicznym działaczom-ekspertom. Dlatego, przeciętny odbiór społeczny funkcjonowania prawa ochrony przyrody nie może być pozytywny.
Ekspercka wyższość, narzucone przez „Brukselę” zasady i często odczuwalna instytucjonalna bezduszność są częstym doświadczeniem laika czy „lokalsa”, wyrażającego słuszne bądź niesłuszne postulaty powiązane z ochroną przyrody.
Nawet największy zwolennik ochrony rezerwatowej – chcąc z bliska przyjrzeć się „procesom przyrodniczym” jakie zachodzą w rezerwacie poza wyznaczoną w nim ścieżką – musi wystąpić do stosownego organu z sążnistym wnioskiem, w którym winien jest wskazać potencjalnie naruszane paragrafy UoP i zadeklarować „działania kompensacyjne” (np. żeby zrekompensować szkody poczynione przez kilkoro studentów w trakcie omawiania budowy struktury lasu naturalnego).
Opłata skarbowa lub ewentualne zwolnienie z opłaty, czas na odpowiedź zgodnie z KPA i dwa tygodnie do czasu uprawomocnienia się owej decyzji. Nic, tylko podziwiać w naturze procesy naturalne…
Na „system” skarżą się również sami pracownicy służb ochrony przyrody. Szczególnie ci „z powołania”, najsilniej utożsamiający się z ich misją, w tym pracownicy parków narodowych. Dlaczego?
Wystarczy spojrzeć na oficjalne strony takich instytucji, by stwierdzić, że dla wielu z nich sensem istnienia stało się „przerabianie” różnych grantów, funduszy, zwykle niekoniecznie niezbędnych dla realizacji misji ochrony przyrody.
Karmiąc „przy okazji” różne zewnętrzne podmioty – zwykle krajowe i nie tylko krajowe – organizacje pozarządowe, dla których partnerstwo z publicznym podmiotem, takim jak park narodowy, po prostu się opłaca.
Tożsamościowy wymiar przyrody
Głównym narzędziem ochrony przyrody w Wielkiej Brytanii jest system parków narodowych, służący przede wszystkim ochronie najcenniejszych wiejskich krajobrazów. Wiejski krajobraz z jego poszczególnymi elementami jest nie mniej ważny dla Wyspiarzy, co ich monarchia.
Co bardzo mocno podkreślali przyrodnik i historyk krajobrazu O. Rakham oraz filozof R. Scruton, tradycyjny krajobraz ojczyzny jest zasadniczym i uświadomionym komponentem narodowej tożsamości.
Czy u nas jest inaczej? Choć bolesne dzieje ostatnich 350 lat przetaczających się przez Polskę wojen, zniszczeń i zniewolenia nie pozwalały na komfort, jakim cieszyli się Anglicy, tworząc podwaliny godnego pozazdroszczenia sytemu ochrony swojego krajobrazu, polski gospodarz nie porzucił ziemi, nie zaniechał powierzonej mu przez ojców o nią troski.
Wiejski krajobraz przetrwał, bo trwały zwyczaje, obowiązywały niepisane zasady i istniało duże, ciągle rosnące, zapotrzebowanie na dostarczaną przez wieś żywność. Bez wsparcia państwa, bez dotacji, bez ustawy o ochronie.
Wbrew wszystkim trudnościom. Tak jak dla Brytyjczyków brytyjski, dla nas, Polaków, krajobraz polski stanowi swoistą przestrzeń, w której następujące po sobie pokolenia rozpoznają swoją przynależność do tej samej wspólnoty: czy to pokolenie Jana z Czarnolasu, Fryderyka Chopina, Józefa Chełmońskiego, czy pokolenie stęsknionego za domem, współczesnego emigranta. To w tym krajobrazie przyrodnicy, biolodzy, ekolodzy odnajdują cenioną przez siebie „bioróżnorodność”.
Choć eksperci ciągle wbijają nowe pinezki na mapach występowania „gatunków o znaczeniu wspólnotowym”, ludzie – od zawsze – w sposób dla nich najbardziej intuicyjny, naturalny, postrzegają przyrodę jako całość i tam, gdzie ona jest, czyli w krajobrazie.
Dlatego, jeśli chcemy skuteczniej chronić swoje dziedzictwo przyrodnicze, powinniśmy odejść od dotychczasowego – atomistycznego i wyobcowanego z rzeczywistości – modelu ochrony przyrody, odzwierciedlonego w obowiązującej ustawie.
Jest wielkim skandalem, że poddana ideologizacji ochrona przyrody służy za narzędzie społecznych podziałów. Zawłaszczana przez lewicę, wykpiwana przez prawicę. Najwyższy czas, by znaczenie biokulturowego dziedzictwa polskiego krajobrazu – jako nośnika ogólnoludzkich, przyrodniczych, wartości – zostało potwierdzone w odpowiednich przepisach konstytucji.
Krajobraz jest nie mniej ważny od ojczystego języka czy zabytków architektury. Uznanie jego fundamentalnego znaczenia w ustawie zasadniczej sprawiłoby, że ochrona przyrody przestałaby być dla jednych piątym kołem u wozu, a dla innych intratną „gonitwą króliczka”.
Mogłaby wreszcie stać się tym, czym być powinna: powszechnie zrozumiałym i akceptowanym wyrazem troski i odpowiedzialności za całość naszego dziedzictwa przyrodniczego, także tego, które zależy od gospodarczej działalności człowieka. Ochrona przyrody, zamiast antagonizować, powinna integrować – zarówno ludzi jak i całe branże narodowej gospodarki.
Sejmowe konsultacje społeczne komentowanego w niniejszej opinii „Poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o ochronie przyrody” autorstwa grupy posłów PSL i Polski 2050 trwają do soboty 16 maja. Aby wziąć udział w konsultacjach należy wyszukać projekt na właściwej podstronie Sejmu RP po nazwie lub sygnaturze: RPW/13032/2026 , a następnie wybrać przycisk „Ankieta” .
Zadanie „Sejm – nowe otwarcie. Monitoring systemu konsultacji społecznych aktów prawnych w Polsce” realizowane jest przez Klub Jagielloński dzięki finansowaniu ze środków Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO Priorytet 3. Ten utwór, z wyjątkiem zdjęć, jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe.


