Obowiązki nie mają się podobać. Polskie siły zbrojne potrzebują rezerwy
Dla pewnej grupy wszystko jest gwałtem na wolności osobistej – od wojska, przez podatki, po przepisy ruchu drogowego. Musimy się więc chyba pogodzić, że są wśród nas ludzie, z którymi po prostu nie da się tworzyć wspólnoty, bo niejednokrotnie sami otwarcie mówią, że najchętniej wypisaliby się z państwa.
Na konferencji Defence24 Days Władysław Kosiniak-Kamysz podbił typową dla szefów MON-u licytację na planowaną wielkość armii, która do 2030 r. ma liczyć aż 500 tys. żołnierzy, z czego 200 tys. czynnej rezerwy. Byłby to ponad dwukrotny (!) wzrost względem stanu dzisiejszego. W praktyce – nieosiągalny siłami samych ochotników, których przypływ jest ograniczony.
Eksperci już od lat zwracają uwagę na problemy kadrowe wojska w świetle skali planowanej rozbudowy: duża rotacja kadr, niski poziom ukompletowania jednostek wojskowych przy jednoczesnym tworzeniu nowych struktur, brak systemu rezerw i przetestowanych procedur mobilizacyjnych.
W realiach współczesnych, intensywnych i dynamicznych konfliktów, zaniedbanie powyższych kwestii oznacza co najmniej proszenie się o poważne kłopoty.
Dał nam przykład WOT
Rozbudowa armii to oczywiście wieloletnie przedsięwzięcie. Warto przywołać przykład formowania Wojsk Obrony Terytorialnej. Proces ich tworzenia zapoczątkowany w 2016 r. okazał się świetnym probierzem zdolności do skalowania liczebności SZ RP w warunkach zawieszonego poboru.
Dzisiaj WOT nie są wolne od strukturalnych problemów, ale zdołały przez ostatnią dekadę dostarczyć jakże potrzebnych doświadczeń związanych zwłaszcza z rekrutacją i szkoleniem dużej liczby poborowych wprost ze środowiska cywilnego. Instytut Wschodniej Flanki poświęcił temu rodzajowi sił zbrojnych szczegółowy raport.
Mimo trudności, można mówić o sukcesie WOT – dzisiaj służy tam ok. 45 tys. żołnierzy, a przez ich struktury zdążyło przewinąć się następnych kilkanaście tysięcy. To jednak nadal mało.
Weryfikacja sytuacji kadrowej powinna pojawiać się już na etapie kwalifikacji wojskowej, do której podchodzi się w wieku 19 lat. Popieram z całego serca zwalczanie fikcji hurtowego przyznawania kategorii A, oznaczającej zdolność do służby wojskowej w czasie pokoju i wojny.
Gen. Grzegorz Gielerak alarmuje, że spośród młodych roczników (które przecież są coraz mniej liczne) po zbadaniu zdolności medycznej, predyspozycji psychofizycznych i dokonaniu selekcji, efektywnie dostępnych dla armii może być zaledwie 10%.
Gdyby, dajmy na to, po następnych wyborach władza zechciała powołać do służby wojskowej absolwentów szkół średnich płci męskiej, to z rocznika 2009 do dyspozycji pozostanie zaledwie 21 tys. mężczyzn z całej Polski. Plus, ewentualnie, drugie tyle kobiet. Mając tak ograniczoną pulę rekrutacyjną, automatyczne wyłączenie ich z procesu kwalifikacji wojskowej, to aberracja (i do tego, nazwijmy rzecz po imieniu, niesprawiedliwość).
Jak szkolić tych młodych ludzi, którzy do służby wojskowej, owszem, nadają się, ale nie zamierzają zostać żołnierzami zawodowymi? Forma musi być kompromisowa – z wielu powodów nie uzyska się tutaj spektakularnych efektów szkoleniowych.
Pewne dobre wzorce w tym zakresie są do zaczerpnięcia z WOT: krótkie szkolenie podstawowe pozwala łatwo oswoić się z wojskiem, a całość jest rozłożona w czasie i nie koliduje z życiem prywatnym.
Szkolić należy w miarę możliwości wszystkich, ale drugą stronę medalu i właściwie osobne zagadnienie stanowi mobilizacja wojskowa na wypadek konfliktu. Wówczas państwo powołuje obywateli niezależnie od ich indywidualnych preferencji.
To oczywiście zupełna ostateczność, ale nie można jej pomijać. Z tego powodu jak najbardziej racjonalne byłoby wcześniejsze zdobycie choćby elementarnych kompetencji wojskowych.
Obowiązek to nie „kara”
Mało mówi się o tym, że w obecnej sytuacji bezpieczeństwa należy nie tylko uwzględniać, ale wręcz priorytetyzować uwarunkowania demograficzne.
Stąd cały szereg zaproponowanych przez nas kryteriów, które mają na celu ochronę grup perspektywicznych demograficznie oraz z różnych powodów ochrony potrzebujących: wyjmować spod mobilizacji młodych rodziców, rodziców samotnych jak i z rodzin wielodzietnych, odsuwać i ograniczać mobilizację osób z młodych roczników.
Możemy założyć, że zgodnie z modelem przejścia Polskę czeka demograficzna równia pochyła z powodu kombinacji czynników ekonomicznych, społecznych i kulturowych, a więc przyspieszające i nieuniknione starzenie i wymieranie. Powiedzmy sobie wprost, że potencjalny przegrany konflikt zbrojny zmiótłby przyszłość polskiej demografii z planszy.
Niezwykle emocjonujący okazuje się wątek obecności kobiet w wojsku. Narrację opisującą służbę wojskową jako „karę” dla kogokolwiek, w tym przypadku kobiet, uważam za zwyczajnie szkodliwą i wynikającą z bardzo specyficznej postawy życiowej. Czy karą za życie w społeczeństwie i państwie jest płacenie podatków?
Widać w dyskusji publicznej wyraźnie, że umowa społeczna obowiązująca w zakresie praw i obowiązków kobiet i mężczyzn poważnie się chwieje. W połączeniu z erozją postaw obywatelskich – czyni to rozmowę o obowiązkach sportem ekstremalnym.
Fakty są takie, że w całym systemie bezpieczeństwa, w tym w wojsku, istnieją takie stanowiska etatowe, do których kobiety posiadają predyspozycje i sprawdzają się już od lat.
Potrzeba naprawdę bujnej wyobraźni, żeby pod szerokim hasłem „kobiety w wojsku” widzieć jedynie żołnierza piechoty z kilkudziesięciokilogramowym sprzętem w okopie na pierwszej linii frontu.
Kobiety powinny być szkolone i pełnić swoje obowiązki jak każdy zdrowy obywatel. Natomiast proporcjonalne zmniejszenie tych obowiązków w przypadku matek nie jest żadnym odkryciem Ameryki. Przepisy zwalniające od ogólnego obowiązku służby wojskowej osoby sprawujące opiekę, zwłaszcza samodzielną, nad dziećmi do lat 8 lub w niektórych przypadkach 18 lat, osobami obłożnie chorymi czy z niepełnosprawnościami… już istnieją.
Koncepcja systemu obrony powszechnej, do którego Polska powinna aspirować, w dużym uproszczeniu stara się uporządkować, kto czym zajmuje się w razie zagrożenia, i przygotować w tym celu całe społeczeństwo tak, aby możliwe było względnie normalne funkcjonowanie państwa w czasie mobilizacji.
Powoływanie określonej grupy na obowiązkowe szkolenia wojskowe to tylko jeden z jego elementów; równoległą propozycją w zakresie niemilitarnym jest projekt Powszechnej Służby Państwowej.
Przekręcanie całej idei jako „wzięcie wszystkich w kamasze” i sugerowanie w tym kontekście „wojny płci” czy „prawicowej dystopii” świadczy o kompletnym niezrozumieniu tematu. Tutaj naprawdę nie ma żadnej specjalnej ideologii.
Nie po to są w państwie obowiązki, żeby się wszystkim podobały, ale żeby był z nich pożytek. Żyjemy jednak w czasach rosnącego indywidualizmu, który nie chce lub nie pozwala tego zrozumieć.
Dla pewnej grupy wszystko jest gwałtem na wolności osobistej – od wojska, przez podatki, po przepisy ruchu drogowego. Musimy się więc chyba pogodzić, że są wśród nas ludzie, z którymi po prostu nie da się tworzyć wspólnoty, bo niejednokrotnie sami otwarcie mówią, że najchętniej wypisaliby się z państwa.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

