Fantomowe ciało Wuja
Wiele mówi się o kryzysie ojcostwa. O braku, nieobecności czy toksyczności ojców. Pomija się w rozważaniach cień, jaki nieuchronnie towarzyszy tej figurze. Chodzi o archetyp Wuja. Tak, tego wąsatego, opowiadającego na weselu, pomiędzy jednym a drugim kieliszkiem wódki, sprośne dowcipy i „dorosłe” rodzinne opowieści. Ktoś podobny do Ojca, a jednak istotnie różny. Kim jest archetypiczny Wuj? Czym różni się od figury Ojca? Czy nasz świat – osobisty, a nawet polityczny – jest kształtowany przez Wujów? Próbując odpowiedzieć na to pytanie przeanalizujmy trzy formacyjne dla millenialsów sagi filmowe: Gwiezdne Wojny, Władcę Pierścieni oraz Harry’ego Pottera.
Wuj: tak-jakby-ojciec
Gdy świat, prawica i psychoanalitycy głowią się nad kolapsem archetypu Ojca, umyka im, jak sądzę, jeden figlarny szczegół. Kto oglądał Piotrusia Pana, ten wie, że cień potrafi niekiedy odłączyć się od swojego cieniodawcy i ukryć się gdzieś w szafie czy narożniku pokoju.
Cień Ojca to nie zawsze jego wierne odbicie. To nie zawsze cichość świętego Józefa odmalowana na kartach powieści Jana Dobraczyńskiego. Za każdym bowiem ojcem… no, może nie za każdym, lecz z pewnością za wieloma kryje się gdzieś tam w oddali jakiś wuj.
Rozważmy dziś, z pełną mocą i powagą, na jaką tylko można sobie pozwolić, czym mogłaby być kulturowa figura Wuja i dlaczego jest nieodłączna od rozważań na temat ojcostwa.
Fundament pod refleksję na temat teologicznego umocowania pozycji Wuja w literaturze polskiej położył Jan Onufry Zagłoba w Potopie, gdy tłumacząc Rochowi Kowalskiemu powiedział:
– A czy ty wiesz, Rochu, co to jest wuj?
– Wuj to wuj.
– Bardzoś to roztropnie wykalkulował, ale przecie, gdzie ojca nie ma, tam Pismo mówi: „Wuja słuchał będziesz”. Jest to jakby rodzicielska władza, której grzech, Rochu, się sprzeciwić.
Warto od razu zatrzymać się przy owym „jakby”, gdyż to w nim, jak w soczewce, skupia się cała istota wujostwa. Wuj to ojciec, gdy nie ma ojca. To jakby-ojciec, któremu władza i zwierzchność przypadają w udziale, gdy brak ojca prawdziwego.
Prawo rzymskie tak właśnie postrzegało rolę stryja (patruus), który jako najbliższy agnat przejmował kompetencje (potestas) ojca rodziny w przypadku jego nieobecności. Co jednak ciekawe, brat matki (avunculus) nie zyskiwał takiego przywileju automatycznie.
Ale do rzeczy. Każda wielka idea, myśl i teoria w naszym kręgu kulturowym wymaga porządnej triady. Także tu ją znajdziemy. To „3xW”, czyli Wuj, Wąs, Wesele. To archetyp tak głęboko wyryty w naszej świadomości, że nawet jeśli takiego wuja nie mamy lub nawet takiego nigdy nie widzieliśmy, bez trudu pojmujemy całą głębię i komplementarność tego obrazu.
Wuj taki pojawia się w sytuacji sprzyjającej inicjacji. W trakcie weselnych godów reprezentuje on nestora rodu, który unaocznia i unausznia legendy przeszłości. Jest istotą jakby nie z tego czasu – zawsze reprezentujący przestarzałą modę i sposób wysławiania – jest świadkiem porażek i tryumfów z rodzinnych dziejów.
Jego obecność staje się powodem zażenowania i śmiechu. To otwarta księga rodzinnej silva rerum. Niekiedy zdarza się, że bliscy starają się go zagłuszyć lub przerwać opowieść, on jednak wie, jak zdobyć uwagę młodego protagonisty, który – jak zaczarowany – słucha karnawałowej satyry na powagę ojca.
Wuj tego typu może odegrać rolę w procesie inicjacji. Jako rówieśnik Ojca daje zakosztować owoców dorosłości. Wprowadza za kurtynę wieku i odsłania misteria dorosłości, aby później… zniknąć. Kładzie palec na ustach i mówi: „Ćśśśś… tylko nie mów rodzicom”.
Wuj chce, by wieczystą tajemnicą pozostał kieliszek gorzkiej dojrzałości wypity w tajemnicy przed ojcem. Tu ujawnia się pierwszy chichot wąsatego archetypu: podczas gdy potknięcie ojca może skutkować traumą czy alimentami, wujostwo, niczym spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, nie ponosi kosztów ewentualnej porażki.
Idąc głębiej, zobaczymy, że tak naprawdę wujem może zostać każdy kolega rodziców – nazwanie kolegi „wujkiem” to zręczna forma przybliżenia dziecku, że ten oto człowiek może być na potrzebę sytuacji kimś bliskim lub nabyć chwilowej kompetencji wychowawczej czy autorytetu.
Myślę, że każdy z męskich odbiorców tego tekstu, jeśli tylko ma odpowiednio dwadzieścia kilka lub trzydzieści lat, był już w swoim życiu przynajmniej kilka razy takim sytuacyjnym wujkiem. Wujków takich można zmieniać jak rękawiczki – sam nie wiem, ilu ich miałem i nie wiem, ile razy nim byłem.
Zaraz, zaraz, czy właśnie nie została przekroczona granica żartu, z którego zrodził się pomysł na ten tekst? Obawiam się, że właśnie tak się stało, drogi odbiorco, więc jeśli jeszcze tam, to znaczy po drugiej stronie tych słów, jesteś, zejdź ze mną do podziemi popkultury, abyśmy wspólnie dokonując kulturowego katabasis nie pominęli czegoś istotnego.
Jako przedstawiciel późnego szczepu plemienia millenialsów zostałem uformowany przez trzy podstawowe teksty masskulturowe początku lat dwutysięcznych, które, jak sądzę, również towarzyszyły moim braciom i siostrom w czasie.
Te dzieła to trzy serie filmowo-książkowe, a więc Gwiezdne wojny, Władca pierścieni i Harry Potter. Tak się akurat składa, że każda z nich ma do zaoferowania ciekawą perspektywę na to, kim może być wuj.
Zacznijmy więc.
Gwiezdne Wojny: Wuj widmo
Nie będzie niczym odkrywczym, jeśli napiszę, że seria Star Wars to wielka opowieść o ojcostwie i jego braku. Niezależnie od której strony zaczniemy wgryzać się w tę serię, zawsze napotkamy dojmujący deficyt rodzicielstwa.
Anakin, Luke i Rey, każde z nich w osobliwy dla swojej historii sposób, pojawiają się jako osoby osierocone. Anakin nie miał biologicznego ojca – jego narodzenie jest rzecz jasna reminiscencją mesjańskiej opowieści, ale o tym może innym razem. Luke i Rey natomiast mają ojców, lecz są to ojcowie im bliżej nieznani.
W tym świecie ojciec nie tyle odchodzi, ile zostaje rozproszony, rozbity, zdegradowany do roli tajemnicy lub grozy. I właśnie w tę wyrwę wchodzi wuj. Seria Wojen gwiezdnych oferuje nam obraz zastępczego ojca, którego określiłbym jako „wuj-widmo”. Świetnie oddaje to pierwsza chronologicznie według daty powstania odsłona serii, znana pod tytułem Nowa nadzieja.
W początkowych minutach filmu poznajemy Luka Skywalkera, wychowanego przez wujostwo Owena i Beru Larsów. Choć poznajemy to być może zbyt dużo słowo – ich epizodyczne pojawienia się na ekranie poprzedzają scenę ich śmierci, której w oryginalnej trylogii nawet nie widzimy (co innego w spin offach, które oddają nieco sprawiedliwości Owenowi). Ten, który przez dwadzieścia lat formował przyszłego obrońcę galaktyki, uczył go bycia mężczyzną, znika bezpowrotnie.
Dalej seria stara się jego miejsce wypełnić dobrotliwym Benem Kenobim, który, jak na prawdziwego wuja przystało, jest w mocy przybliżyć Lukowi prawdziwą historię jego ojca.
W tym punkcie spotykamy to, co jest typowe dla wielu typów wujostwa – a więc krzywe zwierciadło, fałszywą opowieść, po prostu kłamstwo, którego wuj dopuszcza się wobec gwiezdnego protagonisty, a brzmi ono: ojciec nie żyje.
Długo też nie pozostaje przy życiu sam Ben, zabity, o ironio, przez „uśmierconego” przez siebie w opowieści ojca Luka – Dartha Vadera. Kolejny opiekun, niby-ojciec – wuj po prostu – umiera, stając się widmem. I to nawet dosłownie, bo śmierć sprawiła, że jego ciało przemienione w eteryczną powłokę mocy wciąż ukazywało się kroczącemu przez gwiazdy Lukowi w różnych momentach fabuły.
Zresztą cała seria pełna jest takiego wymykającego się wujostwa. Dla przykładu, bez większej analizy można wymienić na wdechu kilka z nich: mały Anakin pierwotnie zostaje przeznaczony na ucznia Qui-Gona Jinna, który umiera, zanim może podjąć się tej próby. Obi-Wan, będąc prawomocnym wychowawcą, ciągle mocuje się z nieposłusznym padawanem, a w końcu musi podjąć decyzję o ostatecznej walce ze swym uczniem.
W najnowszej trylogii podobna, wręcz generyczna sytuacja wydarza się pomiędzy Rey a Lukiem. Tym sposobem seria Star Wars to wielka opowieść o wujostwie-widmie, o wiecznie cedowanej na kogo innego odpowiedzialności.
Władca pierścieni – powrót Wuja?
Przejdźmy teraz do innej kultowej sagi – Władcy pierścieni. Tu można się silić na wiele subtelnych analogii, ale czy jest to konieczne? Seria ta serwuje nam pożądany wątek wprost i to już na samym początku.
Oto bowiem mamy postać hobbiciego wuja imieniem Bilbo Baggins, który staje się inicjatorem wielkiej opowieści. Bilbo nie wychowuje Froda w sensie ścisłym, zresztą w oryginalnej tolkienowskiej serii Frodo, kiedy wchodzi pod opiekę wuja, nie jest wszakże młodzieńcem, ale niemal dorosłym mężczyzną.
Przypomnijmy pokrótce to, co zostało przez Petera Jacksona pominięte w filmowej trylogii: Frodo był synem Droga Bagginsa i Primuli Brandybuck, którzy tragicznie utonęli w Brandywinie, gdy młody hobbit miał zaledwie dwanaście lat. Tolkien nie rozwija tej sceny szeroko, lecz pozostawia ją jak bolesny fakt, który kształtuje dalsze życie bohatera.
Po tej tragedii Frodo wychowywał się najpierw u krewnych ze strony matki, Brandybucków w Bucklandzie. Dopiero później, gdy miał około dwudziestu lat, został przygarnięty przez swego dalekiego krewnego, Bilba.
W roku 2989 Trzeciej Ery Bilbo oficjalnie adoptował Froda jako swego dziedzica i sprowadził go do Bag End. Jak możemy się domyślać, Bilbo nie odgrywał roli strażnika porządku w życiu Froda, gdyż ten przybył do niego na progu dorosłości jako niemal gotowy człowiek, ze swoją trudną historią jako bagażem.
Lecz to właśnie on wprowadza młodego hobbita w świat, który wykracza poza granice Shire. Robi to poprzez opowieść o swoich własnych przygodach i kłopotliwy dar. A jest nim osobliwa i jeszcze bardziej niebezpieczna rzecz: pierścień.
Bilbo, jak przystało na prawdziwego wuja, nosi w sobie rys ekscentryczny. Jego przygody, jego opowieści, jego niespodziewane zniknięcia, wszystko to buduje aurę człowieka znającego tajemnice i powab dorosłości, której mógłby szukać młody Frodo.
Wuj hobbita nie jest jednak strażnikiem prawdy w sensie ojcowskim; raczej szafuje jej powagą i tajemnicami w dość dowolny sposób. W tym punkcie przypomina wszystkich owych wujów, którzy przy stole, między jednym a drugim toastem, uchylają rąbka rodzinnych sekretów, by zaraz potem zmienić temat i sięgnąć po kolejny kieliszek.
Tu właśnie objawia się najgłębsza ambiwalencja wujostwa ukazana w postaci Bilba. Z jednej strony usynawia Froda, nadaje mu nazwisko Baggins (które ten zresztą nosił już wcześniej), przepisuje majątek, lecz, jak dobrze pamiętamy, stawia go w szalenie niezręcznej sytuacji, zrzucając na niego pełnię odpowiedzialności za misję wagi ogólnoświatowej, aby samemu zniknąć pod osłoną nocy, nucąc piosenkę:
„A droga wiedzie w przód i w przód,
Skąd się zaczęła, tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę…
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozwinie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł…
A potem, dokąd? – rzec nie mogę”.
Wyobraźmy sobie, jak inaczej odebralibyśmy tę pozytywną, skądinąd, postać, jeśli rzeczywiście byłby on biologicznym ojcem Froda. To właśnie jest ta znamienna rola wuja, któremu wolno pojawić się niemal w dowolnym momencie, dać hojnie wedle własnego uznania i opuścić historię, kiedy uzna się to za stosowne.
Bo oto wuj, spełniwszy swoją funkcję, musi zniknąć. W ten sposób Tolkien ukazuje nam jedną z najczystszych form wujostwa: wuj jako powiernik, jako ten, który przekazuje tajemnicę i usuwa się w cień, nie oglądając się na konsekwencje, jakie wyjawienie owej tajemnicy wywołało.
Czy możemy liczyć na powrót wuja, tak jak gondorscy tradsi mogli oczekiwać powrotu króla? Osobiście nie liczyłbym na to.
Harry Potter i znikający wuj
W końcu trzecia formacyjna opowieść dla późnych millenialsów – Harry Potter. Tytułowy protagonista wchodzi w świat nie jako bohater, lecz jako pożałowania godna sierota (a więc wspaniały materiał na herosa!).
Jego rodzice nie żyją, a ściśle mówiąc zostali zamordowani, zaś z nimi unicestwiony został porządek, który mógłby nadać jego życiu formę i sens. Pozostaje jedynie blizna.
I oto trafia pod dach ciotki i wuja. Vernon Dursley i Petunia Dursley stanowią niemal modelowy przykład wujostwa zdegradowanego do najohydniejszej karykatury. Są przerysowani w każdym wymiarze: w swej małości, w swej pogardzie, w swej groteskowej przyziemności.
Ich dom nie jest domem, jest raczej anty-domem, czyli miejscem, gdzie prawda i powaga istnienia są systematycznie wypierane i upychane w komórce pod schodami.
Harry przez lata żyje w fałszywym przekonaniu na temat życia i śmierci swoich rodziców. Nie zna ich prawdziwej historii, nie zna ich godności i przede wszystkim nie zna wielkości ich ofiary.
Wuj w tym przypadku nie tylko nie zastępuje ojca, ale wręcz aktywnie zaciera jego ślad. To już nie jest „jakby-ojciec”, lecz zwyczajny szafarz kłamstwa szyderczo uśmiechający się podczas palenia korespondencji z Hogwartu.
A jednak, również tu zaczyna się właściwa opowieść. Nad tą nędzą unosi się cień innego wuja.
Już od pierwszej części „coś” czuwa nad losem chłopca. Nie jest to jeszcze nazwane, nie ma twarzy, nie ma głosu, lecz jest obecne. Dopiero w trzecim tomie odsłania się prawda: istnieje ktoś, kto pamiętał ojca nie jako opowieść, lecz jako przyjaciela.
Tym kimś jest Syriusz Black, ojciec chrzestny Harrego, a więc ktoś więcej niż wuj, lecz zarazem postać funkcjonująca wciąż w obrębie tej samej logiki zastępstwa. Nie jest ojcem, nie może nim być, lecz ma wobec głównego bohatera pewien moralny dług, pewne zobowiązanie wynikające z dawnej przyjaźni.
Jeśli Vernon jest wujem, który zakłamuje, to Syriusz jest wujem, który odkłamuje świat młodego czarodzieja. Nie przypadkiem jawi się on jako jedna z najjaśniejszych postaci całego uniwersum. I to nie przez bezbłędność, lecz przez wierność.
W świecie, gdzie ojcostwo zostało brutalnie przerwane, Syriusz podejmuje próbę jego ocalenia, choćby tylko w szczątkowej formie.
Pieprzu i pikanterii całej intrydze związanej z pojawieniem się Blacka w serii dodaje fakt, że w świecie czarodziei panuje konsensus co do jego pełnej odpowiedzialności za śmierć ojca i matki Pottera.
Gdyby te rozważania poszły jeszcze krok dalej w stronę typowej dla badań literackich nadinterpretacji, to można by wyciągnąć bardzo apetyczne wnioski na temat zbiorowej histerii magicznego świata i nieodpartego pragnienia Pottera, aby odnaleźć fascynującego ojcobójcę. Ale nie uczynię tego, bo byłaby to już przesada. Trzymajmy się faktów i tekstu: Syriusz Black jest wujem i to wujem doskonałym!
Lecz nawet tutaj powraca prawo, które widzieliśmy wcześniej: wuj nie zostaje do końca. Śmierć Syriusza jest dla Pottera ciosem szczególnym. Nie jest to tylko strata opiekuna, ale ponowne osierocenie. Harry traci nie tyle kogoś, kto go wychował, ile kogoś, kto mógłby jakby-ojcem naprawdę być.
I w tym sensie jest to moment głęboko „wujowaty”: Black pojawia się w chwili przełomu, odsłania prawdę, daje przedsmak ojcostwa, na końcu zaś znika. Nie przez obojętność, decyzję, lęk przed wzięciem odpowiedzialności, lecz przez los. Bo taki jest los i miejsce wuja.
Wuj nigdy nie zastąpi ojca. Ani w rodzinie, ani w polityce
A zatem nie jest to jedynie igraszka erudycyjna, nie jest to tylko katalog figur literackich ani psychologiczna ciekawostka. W obrazie wuja, tak lekkim, tak wdzięcznym i tak łatwo rozpoznawalnym, kryje się bowiem mechanizm znacznie głębszy, niemal ontologiczny i szalenie aktualny.
Wuj jest darem, lecz bez ofiary całkowitej. Daje z siebie wiele, czasem nawet „tysiąc procent”, lecz czyni to w trybie święta, nie w trybie codzienności. Jego gest, nawet jeśli intensywny, jest krótkotrwały. Tymczasem ojcostwo nie jest (czy nie powinno być) wydarzeniem, lecz czasem rozciągniętym aż po kres sił.
W tym sensie wujostwo staje się formą tymczasowego przechwycenia odpowiedzialności. Pozwala uczestniczyć w dobru ojcostwa, lecz bez ponoszenia jego ciężaru. Pozwala smakować autorytet bez konieczności jego dźwigania. To ojcostwo bardzo estetyczne: wycyzelowane, atrakcyjne, pozbawione brudu, zmęczenia i monotonii.
W tym miejscu aż prosi się o pytanie: czy tylko wuj może być wujem? Czyż nie zdarza się, że sam ojciec przejmuje niekiedy kompetencje wuja, ustępując ze swego właściwego stanowiska? Nietrudno przecież wyobrazić sobie takiego „zwujałego” ojca.
Nie chcę tu nikogo oskarżać, sam bowiem, będąc ojcem, wiem dobrze, jak silna i jak doraźnie pociągająca bywa pokusa wujostwa. Ów nie-do-ojciec, „cool daddy”, przychodzi rzadko, lecz zawsze z rozmachem; nie wychowuje, lecz zachwyca; nie karci, lecz obdarowuje. I dlatego bywa łatwiej kochany, bo nie musi być sprawiedliwy.
Lecz czy rzeczywiście kochany? Czy nie raczej jedynie lubiany? A to przecież nie jest to samo.
Różnica między ojcostwem a wujostwem nie ogranicza się zresztą do relacji rodzinnych. Można ją bez trudu przenieść na inne dziedziny życia: ogrodnictwo, politykę oraz wszelkie formy troski o to, co zostało nam powierzone.
Wszędzie tam, gdzie potrzeba cierpliwości, trwania i odpowiedzialności wobec rzeczy podległych nieustannej destabilizacji, ujawnia się ta sama pokusa. Wuj-polityk i wuj-ogrodnik nie troszczą się o nadejście burzy; ich praca ma być widoczna i doceniona, nie zaś owocna i trwała. A to, mimo pozornego podobieństwa, jest czymś zupełnie innym.
Jeśli zaś podnieść wzrok wyżej – ku Niebu – odnajdziemy tam jeszcze jeden, najsubtelniejszy wymiar tej figury. Boga można bowiem ukształtować na obraz i podobieństwo wuja. Tak rodzi się absolut deizmu: doskonały, elegancki, nieskazitelny zegarmistrz.
Ustanawia prawa, wprawia świat w ruch i usuwa się w cień. Nie wchodzi w historię. Nie bierze na siebie jej ciężaru. Nie cierpi wraz z nią. Jest to Bóg, który daje wszystko, z wyjątkiem samego siebie.
A przecież tradycja chrześcijańska zna coś dokładnie odwrotnego: nie Boga-Wuja, lecz Boga-Ojca. Tego, który nie tylko ustanawia porządek, lecz wchodzi w jego rozpad; który nie tylko daje prawo, lecz bierze odpowiedzialność za jego złamanie; który nie tylko stwarza, lecz także zbawia, by tak rzec, kosztem samego siebie.
W tym świetle figura wuja odsłania swój najgłębszy sens. Nie jest ona zła sama w sobie, jak nie są złe słodycze, o ile nie stanowią jedynego pokarmu. Lepiej przecież mieć wuja niż go nie mieć. Staje się jednak niebezpieczna wówczas, gdy zaczyna udawać ojcostwo, nie będąc gotową na jego trud.
Zacząłem tekst od wspomnienia mimochodem o św. Józefie. Niech to będzie więc i klamra spinająca dwa krańce tekstu.
Chyba każdy się zgodzi, że wychowawca Pana Jezusa nie był… wujem zbawiciela. Dlatego, że choć nie jest dla nas w ewangelicznej historii widoczny, to wiemy, że nie zniknął. I choć nie był biologicznym ojcem Jezusa, to był nim faktycznie, gdyż – jak słusznie stwierdza Pierre Legendre – Ojcem nie jest ten, kto płodzi. Jest nim ten, kto pełni urząd Ojca.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
