Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Jaki jest stosunek Polaków wobec obowiązkowego poboru do wojska? Nie wygląda to dobrze

Jaki jest stosunek Polaków wobec obowiązkowego poboru do wojska? Nie wygląda to dobrze Siły polskie, amerykańskie i holenderskie demonstrują zdolności połączonych rodzajów wojsk podczas ćwiczeń Iron Defender-25.źródło: wikimedia commons; public domain

Mówiąc o przygotowaniu państwa na ewentualne zagrożenia, nie można zapominać o społeczeństwie. To ono, ze swoimi lękami, aspiracjami, obawami i oczekiwaniami, stanowi fundament, na którym opiera się realna zdolność obronna. Państwo może inwestować w sprzęt, modernizować armię, tworzyć struktury rezerwowe, ale skuteczność tych działań w sytuacji kryzysowej w dużej mierze zależy od tego, co ludzie myślą, na ile są gotowi aktywnie się włączyć oraz czy wierzą, że instytucje obronne rze­czywiście podołają. Zatem jaki jest stosunek Polaków do wojska, w tym do kwestii możliwości wprowadzenia powszechnego przeszkolenia wojskowego?

Wyniki sondaży przeprowadzonych w ostatnich latach pokazują obraz złożony i pełen napięć. W deklaracjach dominuje przekonanie, że państwo potrzebuje silnej armii, a w obecnych realiach konieczny jest odpowiednio wysoki poziom obronno­ści. Wiele osób podkreśla, że ogólne lub częściowe przeszkolenie wojskowe mogłoby być wartością, zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa, jak i budowania odporności społecznej.

Kiedy jednak ankieterzy pytają o osobistą gotowość do działania, to odpowiedzi są bardziej zachowawcze. Uczestnictwo w realnych działaniach obronnych, zgłoszenie się na ćwiczenia czy rozważenie wstąpienia do wojska nie cieszą się już porównywal­nym poparciem. Deklarowane przekonania o wadze obronności nie zawsze przekładają się na gotowość do osobistego zaangażo­wania się, co pokazuje wyraźną różnicę między tym, co ludzie uważają za potrzebne, a tym, w czym skłonni są uczestniczyć.

Z sondażu opublikowanego w maju 2025 roku przez CBOS jednoznacznie wynika, że niemal połowa Polaków (45%) uważa, iż siły zbrojne powinny opierać się przede wszystkim na żołnierzach zawodowych, przy jednoczesnym utrzymaniu obowiązkowej służby powszechnej jako elementu uzupełniającego system obronny państwa. Oznacza to, że duża część społeczeństwa dostrzega potrzebę profesjonalizacji armii, ale jednocześnie widzi wartość w istnieniu powszechnego przeszkolenia wojskowego.

Drugą znaczącą grupę (42% respondentów) stanowią osoby popierające pełną profesjonalizację armii, czyli całkowitą rezygnację z obowiązkowego poboru na rzecz sił zbrojnych złożonych wyłącznie z żołnierzy zawodowych. Jedynie 7% badanych chciałoby, aby armia bazowała przede wszystkim na powszechnym poborze, co pokazuje, że powrót do masowej służby zasadniczej cieszy się dziś ograniczonym poparciem społecznym. Politycy i generałowie doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Dyskusja o przywróceniu obowiązkowego poboru wraca nie dlatego, że ktoś ją sztucznie podsyca, ale dlatego, że wymusza ją rzeczywistość. Polska stoi dziś wobec wyzwań, które trudno będzie udźwignąć samą armią zawodową i systemem ochotniczym, nie­zależnie od poziomu finansowania czy modernizacji technicznej.

Rysunek 7. Postawy Polaków wobec formy organizacji Sił Zbrojnych (maj 2025 roku) [opracowanie własne na podstawie CBOS, Sondaż „Opinia publiczna o armii i obowiązkowej służbie wojskowej”, maj 2025 roku].

Najbardziej oczywistym problemem staje się brak odpo­wiednio licznych rezerw. Współczesne siły zbrojne mogą być pro­fesjonalne i doskonale wyposażone, ale bez szerokiej bazy prze­szkolonych obywateli nie są w stanie prowadzić działań na dużą skalę ani utrzymać gotowości mobilizacyjnej na poziomie ade­kwatnym do realnych zagrożeń. To rezerwy wygrywają wojny, a nie wyłącznie jednostki zawodowe.

Problemem systemu szkoleń, rekrutacji i tworzenia rezerw staje się również demografia. Coraz mniej liczne roczniki ozna­czają zmniejszającą się liczbę potencjalnych kandydatów do służby. Wojsko konkuruje także z sektorem prywatnym, z innymi służ­bami i z aspiracjami młodych ludzi, którzy, co zrozumiałe, chcą stabilnej kariery i przewidywalnego życia.

Na dodatek część zawodów technicznych, kluczowych we współczesnej armii, już jest deficytowa w całej gospodarce. Przy takich uwarunkowa­niach dalsze poleganie wyłącznie na profesjonalnych żołnier­zach może okazać się niewystarczające.

Nie sposób też ignorować otoczenia geopolitycznego, które prędzej czy później wymusi na nas podjęcie działań. Rosja, mimo poniesionych strat i sankcji, wciąż utrzymuje politykę agresywną wobec Zachodu i stale rozbudowuje potencjał militarny. Biało­ruś pełni funkcję jej wysuniętej bazy wojskowej, a granica pol­sko-białoruska już dziś jest areną działań hybrydowych. Pań­stwa naszego regionu, które wyciągnęły wnioski z zagrożeń, jak Finlandia, Litwa czy Estonia, nie zrezygnowały z powszech­nego przeszkolenia. Uznały, że właśnie ono stanowi fundament odstraszania.

Armia potrzebuje nie tylko żołnierzy liniowych, ale także ogromnego zaplecza logistycznego, technicznego, dronowego, inżynieryjnego i cybernetycznego. Coraz większa część działań wymaga specjalistów.

Pytanie o pobór już nie brzmi: czy jest potrzebny, ale w jakiej formie i kiedy jego wprowadzenie stanie się nieuniknione. Powrót do dawnej służby zasadniczej jest mało prawdopodobny. Nie miałby też społecznego poparcia. Jednak nowa, skrócona i reali­styczna forma powszechnego przeszkolenia, nastawiona na zdo­bycie konkretnych umiejętności, a nie na odtwarzanie starych schematów, może w najbliższych latach okazać się rozwiąza­niem koniecznym.

Im szybciej pojawi się świadomość, że silna armia potrze­buje nie tylko sprzętu i pieniędzy, ale również przygotowa­nych obywateli, tym większa szansa, że państwo będzie w sta­nie reagować na zagrożenia, które z roku na rok stają się coraz bardziej realne.

Interesujące jest też to, że akceptacja modelu armii miesza­nej: zawodowej + poborowej systematycznie rośnie. W 2008 roku tylko 26% wspierało taki model, a obecnie już 45%.

Deklaracje dotyczące modelu organizacyjnego armii to jedno. Zupełnie inną kwestią jest ochota, by samemu włączyć się w obronę kraju. Tutaj w grę wchodzą osobiste motywacje, strach, przekonania ideowe oraz codzienne zobowiązania. Pyta­nie: „czy poszedłbym na szkolenie wojskowe?” – odnosi się do indywidualnej decyzji, która nie zawsze pokrywa się z popar­ciem dla instytucji wojskowej jako takiej.

W sondażu z marca 2025 roku przeprowadzonym przez SW Research 56,1% respondentów zadeklarowało poparcie obo­wiązkowego szkolenia wojskowego dla dorosłych mężczyzn. To wynik, który wskazuje na szerokie uznanie idei wzmacniania obronności kraju poprzez przygotowanie obywateli do ewentu­alnych zagrożeń. Społeczeństwo wydaje się rozumieć znaczenie takich działań dla bezpieczeństwa narodowego.

Jednocześnie jednak tylko 39,8% respondentów deklaro­wało, że sami wzięliby w nim udział. Dysproporcja jest znacząca. Pokazuje, że choć idea może cieszyć się poparciem, to rzeczywi­sta gotowość do jej realizacji jest dużo mniejsza. Ludzie wspierają inicjatywę teoretycznie. W praktyce obawiają się zobowiązań lub nie chcą zmieniać swojego codziennego życia.

Różnica pomiędzy „popieram instytucję/pomysł” a „ja to zrobię” jest znacząca. To subtelny, ale istotny sygnał dla decyden­tów: społeczeństwo oczekuje silniejszej armii, lepszych struktur obronnych i sprawniejszej mobilizacji, lecz niekoniecznie gotowe jest osobiście wziąć udział w działaniach wojskowych.

Kiedy spojrzymy na dane z końca 2025 roku, zauważamy dalszą ewolucję nastrojów. Sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej” pokazał, że w przypadku agresji 25,6% respondentów dobro­wolnie zgłosiłoby się do obrony kraju. To mniej niż liczba osób popierających obowiązkowe szkolenie, co potwierdza wcześniej­szą tendencję: deklaracje aprobaty nie zawsze idą w parze z goto­wością do działania. Dodatkowe 20,4% badanych stwierdziło, że „czekałoby na mobilizację”.

Pozostała część respondentów deklarowała inne scenariu­sze: ewakuację rodziny, szukanie schronienia, czy nieokreśloną postawę. To pokazuje, że w społeczeństwie istnieje grupa osób, dla których priorytetem jest bezpieczeństwo bliskich lub prze­trwanie w sytuacji kryzysowej, zamiast bezpośredniego udziału w działaniach wojskowych.

Pozwala to wyciągnąć wnioski o strukturze społecznego podejścia do obronności. Można mówić o trzech głównych posta­wach: deklaracyjnym poparciu obowiązków obywatelskich, goto­wości do dobrowolnego włączenia się w działania wojskowe oraz zakładającym oczekiwanie na decyzje władz lub skupienie się na ochronie własnej i rodziny.

Ale na tym ambiwalencja się nie kończy. Jeszcze inny wymiar to zaufanie do samej armii, czy Polacy wierzą, że instytucje obronne są w stanie ochronić kraj w razie realnego zagrożenia.

W jednym z badań z 2025 roku, przeprowadzonym przez IBRiS, niemal połowa ankietowanych była przekonana, że Polska rze­czywiście ma potencjał obronny: 44,1% odpowiedziało, że armia byłaby w stanie obronić kraj, a 43,7% – że raczej nie. To pokazuje, że sceptycyzm wobec zdolności obronnych państwa jest pra­wie tak powszechny jak zaufanie, co stawia poważne wyzwania przed realizowaną przez decydentów polityką bezpieczeństwa.

Nie jest więc tak, że poparcie dla szeroko pojętej obronności oznacza bezwarunkową wiarę w skuteczność: wielu jest sceptycz­nych, a część po prostu nie chce osobiście ryzykować. Zaufanie do instytucji i deklaracje lojalności niekoniecznie przekładają się na gotowość osobistego zaangażowania. Obywatel może popierać ideę silnej armii, ale jednocześnie wolałby, aby państwo, a nie on sam, brało pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo.

Spada także poparcie dla masowego powoływania wszyst­kich zdolnych mężczyzn oraz dla obowiązkowej mobilizacji sze­rokich grup. To z kolei wskazuje na zmianę postaw wobec przy­musu militarnego, który jeszcze kilka dekad temu był w Polsce naturalnym elementem polityki bezpieczeństwa. Współczesne społeczeństwo nie chce powrotu do czasów, gdy obywatelstwo niemal automatycznie oznaczało gotowość do walki.

Warto też przyjrzeć się psychologicznym mechanizmom stojącym za tymi postawami. Z jednej strony mamy poczucie patriotyzmu i potrzeby bezpieczeństwa, z drugiej odczuwamy realny lęk przed wojną i konsekwencjami osobistego ryzyka. To połączenie sprawia, że postawy Polaków wobec armii są złożone i często sprzeczne.

Ze wspomnianych wyżej badań IBRiS wynika też, że postawy wobec armii korelują z poziomem zaufania do państwa w ogóle. Ci, którzy mają większe zaufanie do instytucji publicznych, czę­ściej wierzą w skuteczność armii. Osoby sceptyczne wobec pań­stwa w podobny sposób podchodzą do kwestii osobistej „goto­wości do obrony kraju”.

Zaufanie do państwa jest absolutnie kluczowe, jeśli myślimy o tym, żeby więcej osób chciało wstępować do wojska. Ludzie muszą czuć, że państwo ich nie oszuka, że pieniądze wydawane na obronność idą tam, gdzie powinny, a decyzje podejmowane są w sposób uczciwy i przewidywalny. Niestety, po raz kolejny przeszkodą do budowania zaufania do państwa jest kalendarz wyborczy.

Kiedy społeczeństwo dzieli się na „my” i „oni”, młodzi ludzie patrzą na wojsko przez pryzmat polityki, a nie misji. Dla­tego trzeba budować wspólnotę wartości ponad podziałami, pokazywać, że obrona kraju nie jest kwestią polityczną, lecz oby­watelską. Dialog między środowiskami, edukacja obywatelska i kampanie pokazujące wspólne cele mogą znacząco obniżyć te bariery. Trzeba jednak do tego i woli, i pieniędzy.

W tym miejscu pojawia się kolejny element budowania sprawnie działającego systemu: edukacja i świadomość obronna społeczeństwa. W Polsce od lat brakuje spójnego, opartego na wiedzy i doświadczeniach innych państw systemu edukacji na rzecz bezpieczeństwa.

W szkołach temat obronności albo jest traktowany marginalnie, albo sprowadzany do teorii, która nie przekłada się na realne umiejętności. Tymczasem współcze­sne zagrożenia wymagają, by obywatele rozumieli podstawowe mechanizmy funkcjonowania państwa w kryzysie, wiedzieli, jak się zachować, aby potrafili współdziałać.

W Polsce edukacja obronna od lat przypomina sinusoidę. Raz są próby jej wzmocnienia, raz spychana jest na margines, a najczęściej po prostu dryfuje pomiędzy przestarzałymi koncep­cjami a „łataniem” programu w reakcji na bieżące wydarzenia. Najlepiej widać to na przykładzie obowiązkowego przedmiotu w szkole: Edukacji dla bezpieczeństwa (EDB). Miał to być nowo­czesny, praktyczny przedmiot przygotowujący młodych ludzi do radzenia sobie w sytuacjach zagrożeń, a stał się czymś w rodzaju teoretycznego skryptu o wszystkim i o niczym.

Rząd PiS wiele mówił o konieczności wzmocnienia obron­ności, budowaniu ducha patriotycznego, a nawet o powrocie do elementów przysposobienia obronnego. Jednak zmiany w EDB okazały się raczej kosmetyczne. Zapowiadano obowiązkowe szkolenia strzeleckie, ale w większości szkół nawet nie ma gdzie postawić tarczy, nie mówiąc o jakiejkolwiek strzelnicy czy choćby symulatorze. Wprowadzano nowe zapisy do podstawy progra­mowej, ale bez infrastruktury i bez przygotowanych nauczy­cieli – to trochę tak, jakby budowanie domu zacząć od dachu.

Państwo ogłaszało kolejne „wzmocnienia”, a cała konstruk­cja stoi na bardzo kruchych fundamentach. Część szkół nie miała absolutnie nic, ani fantomów do RKO (resuscytacji krążeniowo­-oddechowej), ani zestawów do ćwiczeń z pierwszej pomocy, ani nawet odpowiednich sal, w których można by było prowadzić zajęcia praktyczne. A właśnie praktyka jest sednem sensownej edukacji obronnej. Nie podręcznik ratuje życie, lecz umiejętno­ści ćwiczone tak długo, aż staną się odruchem.

Paradoks polegał na tym, że w programie nauczyciel ma nauczać praktycznie, ale państwo nie dostarczyło mu narzędzi, by mógł to zrobić. To jak kazać uczniom odbyć zajęcia z pływa­nia bez dostępu do basenu. Albo uczyć jazdy samochodem, sto­jąc na szkolnym parkingu bez kluczyków do jakiegokolwiek auta.

Wprowadzano nowe treści, ale nie zadbano o podręcz­niki. Nauczyciele musieli więc korzystać z materiałów pisanych według starych zasad albo tworzyć własne „na kolanie”. Szko­leń dla nauczycieli najczęściej też nie było. A oczekiwania były ogromne.

Zmiany w podstawie programowej zostały ogłoszone tak hucznie, jakby rewolucja w EDB była tuż za rogiem. W rze­czywistości była to rewolucja na papierze. Efektowna medialnie, lecz niemająca solidnego zaplecza. W wielu szkołach nauczyciele po prostu wzruszali ramionami, bo wiedzieli, że jedyne, na co mogą liczyć, to własna kreatywność. Jeśli ktoś miał pasję, jeśli działał w harcerstwie, jeśli znał temat z praktyki, sam przygo­towywał program. Jeśli nie, lekcje EDB nadal polegały na oma­wianiu slajdów.

Najbardziej symboliczna jest oczywiście nauka strzela­nia. Lekcje zapowiadane jako przełom, miały nauczyć młodych Polaków odpowiedzialnego obchodzenia się z bronią. Pomysł z zasadniczego punktu widzenia był sensowny, bo strach przed bronią często wynika z nieumiejętności obchodzenia się z nią.

Jednak zderzył się z rzeczywistością: w Polsce nie ma wystarcza­jącej liczby szkolnych strzelnic, które pozwoliłyby wprowadzić takie zajęcia w skali kraju. Jako remedium przedstawiano wir­tualne symulatory, ale ich w szkołach też jest niewiele. Są dro­gie i wcale nie tak skuteczne, jak je reklamowano.

Idea więc została. Jej realizacja, jak to już bywało, ugrzęzła w połowie drogi. I w tym chyba tkwi największy problem pol­skiej edukacji obronnej: zbyt często opiera się na hasłach, a nazbyt rzadko na realnym planowaniu.

A podstawy są banalne: udzielanie pierwszej pomocy, zna­jomość zasad ewakuacji, znajomość zasad postępowania w sytu­acji kryzysowej. W Polsce to wciąż wydaje się umiejętnością dodatkową, a w wielu państwach jest umiejętnością oczywistą.

W naszym kraju cały czas istnieje obraz państwa jako pre­datora, który żeruje na obywatelu, nie oferując jednocześnie niczego w zamian. Jest to spuścizna po PRL oraz po okresie uwłaszczenia się nomenklatury w latach 90. XX wieku. Wiąże się bezpośrednio z brakiem zaufania do przedstawicieli admi­nistracji publicznej, polityków, skuteczności i przewidywalności prawa oraz jakości usług publicznych.

Wiemy, że nasze państwo nie jest państwem idealnym. Nie jest jednak satrapią, która cie­mięży społeczeństwo. Jesteśmy raczej pod tym względem śred­niakiem, który powinien jednak dążyć do podobnej jakości życia, jaka jest w krajach skandynawskich.

By taki stan osiągnąć, musimy najpierw zrozumieć, że pań­stwo jest wspólnym biznesem wszystkich obywateli. Odpro­wadzamy do jego budżetu różne daniny: podatki, składki (w zależności od nazewnictwa w ustawie), a w zamian mamy prawo oczekiwać, że otrzymamy usługi publiczne na zadowalającym poziomie – niwelowane będzie wykluczenie transportowe, a służby i wojsko zapewnią nam bezpieczeństwo.

Oczekiwania i zaufanie muszą jednak działać w dwie strony. Państwo musi być wiary­godne i wzbudzać zaufanie. Obywatel ma płacić podatki i wypeł­niać swoje konstytucyjne obowiązki. Wydaje się to banalnie proste.

Jednak w praktyce zawsze znajdą się osoby, które będą unikały wszelkich zobowiązań względem kraju. Nigdy jednak nie będzie też tak, że wszyscy urzędnicy i politycy będą stawać na wysokości zadania. Sygnał do zmiany musi iść z dwóch stron.

Parafrazując Adama Smitha: państwo ma być silne siłą swoich obywateli. Jeśli mamy do czynienia z anarchią, apatią i ogólną niechęcią do państwa, nie minie wiele czasu, jak obudzimy się (choć być może w niektórych kwestiach już jesteśmy) w I Rzecz­pospolitej bis, gdy państwo przez lata gniło od środka i zostało rozbite przez bardziej skonsolidowanych sąsiadów.

Niniejszy tekst pochodzi z książki „Wojna, której nie chcemy. Ale czy jesteśmy na nią gotowi?”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Prześwity.