Żyjemy w epoce chaosu. Dlaczego stary porządek upada?
Na naszych oczach kruszą się ideowe fundamenty Zachodu, które jeszcze niedawno uznawaliśmy za dogmaty. W książce Epoka chaosu. Dlaczego świat skręca w prawo Kacper Kita pokazuje, jak tradycyjna chadecja ustępuje miejsca alternatywnej prawicy. Czy oznacza to jednak, że z rozpadu starego porządku wyłoni się nowy wspaniały świat?
Koniec starego Zachodu
„Zachodu, który ostatnie kilkadziesiąt lat skupiał w sobie wielopoziomowe aspiracje Polaków, już dziś po prostu nie ma” – to główna teza Epoki chaosu Kacpra Kity, powracająca na kartach całej książki. Nie jest to jednak lament nad upadkiem państw Europy i Ameryki, lecz chłodne stwierdzenie faktu, że zachodni, powojenny porządek liberalno-demokratyczny przeżywa poważny kryzys.
W tej diagnozie Kita wskazuje dwa kluczowe symptomy owego kryzysu: rozpad sceny politycznej oraz osłabienie systemu dwupartyjnego, który w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Niemcy czy Francja opierał się na dominacji konserwatystów i socjaldemokratów.
Mimo różnic ideologicznych rządzące ugrupowania centroprawicy i centrolewicy działały z reguły w logice liberalnej demokracji. Dziś jednak jej uniwersalne wartości coraz bardziej tracą na atrakcyjności w oczach wyborców i samych polityków.
Skutkiem tego jest osłabienie dotychczasowego porządku opartego na zasadach i gwarantowanego przez USA. Dziś zarówno Stany Zjednoczone, jak i aspirujące potęgi pokroju Chin coraz częściej skłaniają się ku modelowi rządów silnej ręki.
Upadek tradycyjnych partii
Pierwsza część książki zatytułowana Jak rozpada się Zachód? to swoiste studium przypadku sytuacji politycznej w USA i w wybranych państwach Europy. Autor zaczyna tę polityczną podróż od Stanów Zjednoczonych, a więc matecznika idei, które później przenikają do Europy i Polski.
Coraz mniej Amerykanów popiera liberalno-mesjanistyczną wizję misji szerzenia „praw człowieka i wolności”, a dawny konsens jest podważany przez siły alternatywnej prawicy i lewicy.
Z prawej strony nadciąga „trumpizm”, wprowadzający do Partii Republikańskiej elementy chrześcijańskiego nacjonalizmu i protekcjonizmu, a z lewej – progresywno-socjalne skrzydło Demokratów, postulujące wyższe podatki dla korporacji i bardziej inkluzywną politykę społeczną.
Choć te obozy dzieli naprawdę wiele, łączy je sprzeciw wobec neoliberalnego modelu globalizacji, postrzeganej jako korzystnej głównie dla elit kosztem „zwykłych obywateli”.
Jeszcze ciekawszy jest przypadek Niemiec. Od początku istnienia RFN scenę polityczną dominował duopol chadeckiej CDU i socjaldemokratycznej SPD. W państwie opartym na uniwersalizmie praw człowieka, integracji europejskiej i zwalczaniu nacjonalizmu największą popularnością w sondażach cieszy się jednak Alternatywa dla Niemiec, czyli partia narodowo-populistyczna i skrajnie eurosceptyczna.
AfD stanowi naturalną konkurencję dla centroprawicowej CDU, z kolei centrolewicowa SPD czuje oddech Die Linke i Sojuszu Sahry Wagenknecht – partii alternatywnej lewicy oskarżających socjaldemokratów o zdradę robotniczych ideałów na rzecz sojuszu z globalnym biznesem.
Niemiecka scena polityczna ulega więc wyraźnemu przeobrażeniu, co potwierdzają liczby. W ostatnich wyborach duopol CDU-SPD osiągnął najniższy w historii RFN wynik (zaledwie 44,9% głosów), a AfD i Die Linke notują największe poparcie wśród młodych (odpowiednio 25-44 i 18-24 lata), co maluje przyszłość starego ładu w ciemnych barwach.
To oczywiście tylko wybrane przykłady. Kita opisuje też rozpad gaullistowsko-socjalistycznego ładu we Francji, do którego (częściowo nieintencjonalnie) przyczynił się liberalny Emmanuel Macron, torując drogę zarówno narodowcom Marine Le Pen, jak i alternatywnej lewicy Jean-Luca Mélenchona.
Równie istotny jest przypadek Włoch, gdzie postmussolinistyczna prawica pod przywództwem Giorgii Meloni buduje nowy porządek na gruzach chronicznie niestabilnego systemu politycznego.
Z tej szerokiej analizy wynika jasno, że teza o erozji zachodniego ładu liberalnego znajduje solidne potwierdzenie. Autor przedstawia sytuację polityczną, społeczną i gospodarczą poszczególnych państw z dużą szczegółowością i erudycją.
Jeszcze ciekawsze wnioski przynosi jednak druga część książki, Przyczyny chaosu, w której Kita analizuje źródła tych procesów. Pokazuje, że zjawiska takie jak rozpad duopolu partyjnego czy kryzys liberalizmu mają charakter ponadnarodowy i obejmują cały Zachód. Oznacza to, że również Polska stanie wobec podobnych wyzwań.
W dużej mierze będą one dotyczyć przyszłości prawicy, dlatego trzeba w tym miejscu postawić kluczowe pytanie, w jakim kierunku ewoluują dziś siły konserwatywne i jakie czynniki kształtują tę zmianę.
Bezobjawowy konserwatyzm zgubą chadecji?
Z lektury Kity jasno wynika, że spadek znaczenia tradycyjnej chadecji i równoczesny wzrost „pogańskiej” alternatywnej prawicy wiążą się przede wszystkim z kryzysem wartości takich jak religijność i silne więzi rodzinne.
Autor trafnie zauważa, że historyczne sukcesy europejskiej prawicy opierały się na powszechnej, umiarkowanej religijności oraz wsparciu ze strony Kościoła. Potwierdzają to przykłady wybitnych decydentów i ojców założycieli Unii Europejskiej takich jak Konrad Adenauer, Alcide de Gasperi czy Robert Schuman; byli to praktykujący katolicy, którzy w polityce kierowali się katolicką nauką społeczną i konsultowali swoje decyzje z duchownymi czy samym papieżem.
Od kilku dekad Europa mierzy się jednak z kryzysem autorytetu Kościoła i samej religii. Powołując się na książkę prof. Kamila Kaczmarka Upadek Kościoła otwartego, Kita wskazuje, że reformy Soboru Watykańskiego II przyczyniły się do spadku religijności, liczby nowych powołań kapłańskich oraz uczestnictwa wiernych w sakramentach.
W obliczu tych niekorzystnych dla katolicyzmu zmian mainstreamowa prawica zaczęła stopniowo odcinać się od swoich chadeckich korzeni, dostosowując się do dominującego na Zachodzie liberalno-progresywnego paradygmatu.
„Dawna chrześcijańska tożsamość rozmyła się w mglistym przywiązaniu do instytucji demokratyczno-liberalnych, ewentualnie »niechęci do radykalizmów«. W żadnym dużym państwie europejskim chadecja nie zdecydowała się na cofnięcie idących wbrew normom chrześcijańskim zmian prawnych, nawet jeśli protestowała przeciw nim w momencie wprowadzania.
W wielu wręcz sama je przeprowadzała – to za rządów centroprawicy we Francji pojawiła się aborcja na życzenie, a w Niemczech i Wielkiej Brytanii małżeństwa jednopłciowe” – pisze Kita.
Nie dziwi więc, że tzw. bezobjawowy konserwatyzm chadecji skłonił jej wielu wyborców do szukania alternatywy w bardziej bezkompromisowej i antyliberalnej nowej prawicy. Pozostaje jednak, nomen omen, sakramentalne pytanie: czy alt-right rzeczywiście jest bardziej chrześcijański i konserwatywny?
Z lektury Epoki chaosu wynika, że nie. Oprócz religii erozji ulega także tradycyjny model rodziny, co zapoczątkowała rewolucja seksualna z lat 60. wraz z jej zdobyczami jak pigułki antykoncepcyjne, aborcja na życzenie czy upowszechnienie się kształcenia kobiet.
Równolegle z osłabieniem więzi rodzinnych ma miejsce proces atomizacji społeczeństwa, objawiający się np. spadkiem zaangażowania w politykę, lokalne towarzystwa, organizacje religijne czy młodzieżowe. Innymi słowy, społeczeństwo traci swój wspólnotowy kręgosłup, którego podtrzymanie stanowi wszakże główne zadanie konserwatystów.
Celem alt-prawicy nie musi być wcale powrót do religii i rodziny, lecz przede wszystkim poszukiwanie nowych tożsamości, które wypełnią pustkę po upadku tradycyjnych struktur społecznych. Pojawia się więc pytanie: „Kim jestem?”.
Kita wskazuje, że zwolennicy alt-rightu poszukują odpowiedzi w etnosie, rasie czy nacjonalizmie, a poczucie przynależności skutecznie zaspokaja partyjna plemienność oraz charakterystyczna dla populistycznej prawicy wiara w silnego przywódcę politycznego.
Z kolei osłabienie roli rodziny jako naturalnej przestrzeni budowania relacji między płciami zwiększyło napięcia między kobietami a mężczyznami. W efekcie w środowiskach alt-rightu rośnie popularność ruchu red pill, będącego w pewnym sensie lustrzanym odbiciem feminizmu: podważa on wartość małżeństwa i postrzega relacje społeczne jako grę o sumie zerowej.
Przegrani globalizacji rosną w siłę
Pomimo ogromnego wewnętrznego zróżnicowania alt-rightu jego stałym elementem pozostaje sprzeciw wobec globalizacji, postrzeganej jako źródło nierówności społecznych i narzędzie elit do wyzysku „zwykłych ludzi”.
Odwołując się do amerykańskiego pisarza Michaela Linda, Kita podkreśla, że to właśnie globalizacja osłabia dotychczasowy porządek gospodarczy Zachodu. Lind wskazuje dwa jego filary: ograniczoną imigrację oraz niewielką możliwość przenoszenia produkcji za granicę, które zapewniały pracownikom przemysłowym w USA i Europie silniejszą pozycję negocjacyjną wobec pracodawców.
„Jedno i drugie zmieniło się wraz z globalizacją. Regiony najbardziej dotknięte deindustrializacją, dla których tradycyjny przemysł był wielopokoleniowym źródłem dobrobytu, a wokół fabryk zorganizowane było także życie społeczne, są dziś szczególnie chętne do głosowania na siły alternatywne w USA, we Francji czy w Wielkiej Brytanii” – podkreśla Kita.
Wskazuje jednocześnie, że lewica porzuciła klasę robotniczą na rzecz postępowych pracowników sektora finansowego i usługowego, natomiast robotnicy coraz częściej znajdują oparcie w alt-prawicy.
Globalizacja ujmowana jest zatem w klasycznych kategoriach wygranych i przegranych; ci drudzy w naturalny sposób skłaniają się ku siłom kontestującym dotychczasowy liberalny porządek.
Wraz z pogorszeniem się sytuacji bytowej niektórych klas społecznych na popularność alt-rightu przekłada się także zjawisko „nadprodukcji elit” przytoczone przez Kitę, a opracowane pierwotnie przez badacza Petera Turchina.
Według jego założeń, rosnąca liczba osób aspirujących do statusu elit – osób dobrze wykształconych i wyjątkowo zamożnych – przekłada się na zwiększenie rywalizacji o ograniczone zasoby i stanowiska, co prowadzi do niestabilności politycznej.
Zjawisko to ma szczególne znaczenie polityczne w Stanach Zjednoczonych, gdyż niedoszli przedstawiciele elit stanowią istotny komponent elektoratu prezydenta Donalda Trumpa.
Erozja zachodniego ładu politycznego wiąże się też ze spadkiem znaczenia państwa narodowego na rzecz podmiotów niepaństwowych, takich jak korporacje transnarodowe, które coraz trudniej kontrolować.
Przytaczany przez Kitę Michał Kuź w książce Globalizm, lokalizm i nowe średniowiecze wskazuje, że źródłem tego procesu jest kurczenie się klasy średniej oraz model rozwoju technologicznego wzmacniający kosmopolitycznych beneficjentów globalizacji kosztem szerokich warstw społecznych.
W tym ujęciu państwo traci zdolność do prowadzenia strategicznych inwestycji i kontroli nad terytorium, które w coraz większym stopniu przejmują Big Techy. Alternatywna prawica, konsekwentnie broniąca państwa narodowego, proponuje walkę z megakorporacjami za pomocą instrumentów protekcjonistycznych, takich jak cła, zyskując tym samym poparcie zarówno suwerenistów, jak i zwolenników lokalnej gospodarki.
Zachód jest więźniem demografii
Jak słusznie zauważa Kita, kwestia migracji stała się jednym z wiodących tematów debaty publicznej. Masowy napływ cudzoziemców walnie przyczynił się do erozji dotychczasowego ładu politycznego na Zachodzie.
W efekcie politycy obiecujący ograniczenie imigracji, a czasem nawet masowe deportacje (czytaj: Donald Trump) zyskują popularność wraz ze wzrostem społecznego niezadowolenia z wieloletniej polityki otwartych granic.
Nie sposób rzetelnie analizować imigracji bez uwzględnienia kontekstu demograficznego, który stanowi jej fundamentalne tło. Kita wskazuje na rosnącą przepaść między starzejącą się Europą a dynamicznie rozwijającymi się populacjami innych kontynentów.
W 1950 roku Afryka liczyła ok. 227 mln mieszkańców, podczas gdy Europa ok. 555 mln. Dziś sytuacja jest odwrotna, stosunek populacji Czarnego Lądu do Starego Kontynentu wzrósł w tym czasie aż pięciokrotnie: Afryka (ok. 1,46 mld) wyraźnie przewyższa Europę (ok. 742 mln)!
Równie wymowne są dane dotyczące poszczególnych krajów. Według statystyk ONZ w 2024 roku w samej tylko Nigerii urodziło się ponad dwa razy więcej dzieci (7,56 miliona) niż we wszystkich krajach Unii Europejskiej łącznie (3,73 miliona)!
Spadek dzietności w krajach Zachodu często wskazuje się jako uzasadnienie dla imigracji, traktowanej jako sposób na uzupełnienie braków na rynku pracy i złagodzenie kryzysu systemów emerytalnych.
Kita zwraca jednak uwagę na głębsze, ideowe źródła tego zjawiska. W debacie publicznej pojawiło się przekonanie, że migranci z krajów rozwijających się mają moralne prawo osiedlania się w Europie ze względu na historyczne nierówności wynikające z kolonializmu.
W tym kontekście potępienie zbrodni nazizmu stopniowo rozszerzyło się na krytykę nacjonalizmu jako takiego, co stworzyło intelektualne podstawy dla akceptacji masowej imigracji.
Zakładano przy tym, że przybysze szybko przyswoją zachodnie liberalne wartości i staną się autonomicznymi jednostkami w ramach politycznej wspólnoty, gdzie pochodzenie etniczne nie odgrywa istotnej roli. Dziś państwa Zachodu przekonują się, jak utopijna była to wizja.
„Nastąpiło stopniowe przechodzenie od instrumentalnego postrzegania pozaeuropejskiej imigracji jako krótkoterminowego środka poprawy sytuacji ekonomicznej do traktowania osiedlania się przybyszów jako trwałego elementu rzeczywistości, z nadaniem priorytetu pokojowej koegzystencji i poszanowaniu praw człowieka” – zauważa Kita.
Otwarcie się na masową imigrację doprowadziło do głębokich zmian demograficznych. Kita podaje tu przykład Francji: według szacunków z 2021 roku aż 21,5% ludności miało pochodzenie zagraniczne do dwóch pokoleń wstecz, natomiast wśród nowo narodzonych dzieci odsetek ten wyniósł 31%.
Kita wskazuje również na problemy związane z masową migracją do krajów Zachodu. Odwołuje się przy tym do badań amerykańskiego socjologa Roberta Putnama, z których wynika, że wraz ze wzrostem zróżnicowania etnicznego społeczności w USA spada poziom zaufania; nie tylko wobec innych grup etnicznych, ale także wewnątrz własnej wspólnoty.
Putnam porównuje mieszkańców takich społeczności do żółwi chowających się w skorupie: rzadziej angażują się w życie społeczne, mniej działają jako wolontariusze, przekazują mniejsze datki na cele charytatywne i mają słabsze poczucie sprawczości.
Spadek zaufania utrzymuje się nawet po uwzględnieniu różnic dochodowych i poziomu przestępczości, a jednocześnie prowadzi do ograniczenia inwestycji w dobra publiczne takie jak infrastruktura, edukacja czy systemy kanalizacyjne.
Jak wskazuje Kita, różnorodność etniczna prowadzi także do wzrostu rywalizacji politycznej między grupami, z których każda domaga się własnej reprezentacji. Imigranci i ich potomkowie nie mogą być zatem traktowani wyłącznie instrumentalnie, ponieważ oczekują pełni praw politycznych i socjalnych, a w wielu państwach zachodnich stosunkowo łatwo uzyskują obywatelstwo. W efekcie partie polityczne często próbują poszukiwać w nich nowych grup wyborców, aby wzmocnić swoją pozycję.
Napięcia etniczne stają się więc trwałym elementem polityki Zachodu, a ruchy tożsamościowe rosną zarówno wśród autochtonów, jak i społeczności imigranckich. Prognozy demograficzne wskazują, że presja migracyjna ze strony Afryki i krajów muzułmańskich utrzyma się w kolejnych dekadach.
W tym kontekście Kita podkreśla, że alternatywna prawica może odnieść sukces nie tylko wyborczy, lecz także ideologiczny, skutecznie przesuwając okno Overtona w taki sposób, że mainstream zaczyna przejmować jej język w kwestiach migracji.
Prawica pokonała liberalizm?
Przyczyn erozji zachodniego ładu politycznego jest oczywiście więcej, książka analizuje również rolę zmian technologicznych oraz instytucji sądowych, które mogą dodatkowo osłabiać liberalno-demokratyczny porządek.
Lektura Epoki chaosu nie pozostawia jednak wątpliwości co do trafności diagnozy Kacpra Kity: żyjemy w czasie przełomu, w którym zaufanie do polityczno-gospodarczych elit, systemu partyjnego i dotychczasowych neoliberalnych dogmatów ulega poważnemu załamaniu.
Największym beneficjentem tych zmian jest alternatywna, populistyczna prawica, która w wielu państwach Zachodu skutecznie wypiera tradycyjną chadecję zarówno w sondażach, jak i w ostatecznych wyborach.
Nie jest to jednak łabędzi śpiew politycznego mainstreamu. Zwycięstwo chadeckiej partii Tisza na Węgrzech pokazuje, że alternatywna prawica nie jest siłą nie do zatrzymania, a w Europie nadal istnieje zapotrzebowanie na umiarkowany konserwatyzm. Również socjaldemokracja potrafi odnosić sukcesy, czego dowodzą tegoroczne wyniki wyborów w Holandii i Danii.
Jak zauważa Kita, tytułowa epoka chaosu nie oznacza więc nowego porządku zdominowanego przez alt-right, lecz okres intensywnej rywalizacji sił antysystemowych z dotychczasowym mainstreamem, który jeszcze nie powiedział ostatniego słowa:
„Niewiele wskazuje jednak, by któraś ze stron – wewnętrznie także zróżnicowanych – miała odnieść trwałe zwycięstwo i ustabilizować porządek publiczny. Liczne strukturalne czynniki destabilizacyjne sugerują raczej długotrwałą i wyczerpującą wojnę pozycyjną”.
Książka Kity prowadzi do zaskakującego wniosku: wzrost znaczenia suwerenistycznej prawicy nie oznacza końca globalizacji, lecz jej nową formę. Liberalno-kosmopolityczny model świata zarządzanego przez instytucje międzynarodowe ustępuje miejsca porządkowi bardziej nacjonalistycznemu, a zamiast „globalnej wioski” mamy wiele odrębnych „twierdz”.
Nie funkcjonują one jednak w pełnej izolacji, ponieważ kluczowe problemy (demografia, migracja czy kryzys klasy średniej) mają charakter ponadnarodowy. Paradoksalnie więc ugrupowania alt-rightu, mimo deklarowanego izolacjonizmu, tworzą własną prawicową międzynarodówkę o gęstej sieci powiązań, której nie powstydziłyby się liberalne fora ekonomiczne.
„Polska nie powinna być dinozaurem ani Don Kichotem broniącym świata, którego już nie ma – choćbyśmy uznali, że był dla nas najbardziej opłacalnym z możliwych” – pisze Kita.
Zgadzam się z tą tezą tylko połowicznie. Owszem, dotychczasowy zachodni ład miał istotne wady, wiele systemów politycznych w Europie przechyliło się w stronę bezrefleksyjnego progresywizmu, co ograniczało debatę publiczną i sprzyjało erozji religijnych i prorodzinnych wartości.
Również neoliberalna globalizacja często realizowała przede wszystkim interesy wielkich koncernów zamiast ogółu społeczeństwa. Słuszna jest po prostu obserwacja, że nieefektywnych rozwiązań nie należy sztucznie podtrzymywać.
Nie mogę jednak w pełni przyjąć wniosku Kity. Państwa z definicji powinny bronić takiego porządku międzynarodowego, który jest dla nich dobry. Polska obok Chin była jednym z większych beneficjentów dotychczasowej architektury globalnej, dlatego racjonalne wydaje się utrzymywanie tych jej elementów, które przynosiły nam realne korzyści.
Widać to zresztą w obecnej polityce Polski, opartej na wzmacnianiu więzi w ramach UE i NATO oraz rozwijaniu partnerstw strategicznych i umów handlowych, przy jednoczesnym promowaniu porządku opartego na wartościach jako narzędzia realizacji interesu państwowego. Choć w obecnym świecie brutalnego realizmu może to wyglądać na naiwny idealizm, to z punktu widzenia wymiernych zysków takie podejście służy polskiej racji stanu.
W obronie starego porządku
Wyjdźmy poza samą diagnozę Kity. Czy nowa prawica zaoferuje światu lepsze rozwiązania niż klasyczna chadecja? Nie podzielam tego przekonania.
Sparafrazuję raczej słowa byłego premiera Francji Laurenta Fabiusa, skierowane niegdyś do Jean-Marie Le Pena: alt-right zadaje właściwe pytania, ale dochodzi do błędnych odpowiedzi.
Przykładem może być Viktor Orbán. Z jednej strony słusznie zwracał uwagę na uprzywilejowanie progresywizmu wobec konserwatyzmu oraz szkodliwy wpływ globalnych elit na społeczeństwo.
W praktyce jednak potraktował tradycyjne wartości instrumentalnie jako narzędzie legitymizacji społecznej, a globalne elity zastąpił kręgiem własnych lojalistów, nierzadko jeszcze bardziej skorumpowanych i problematycznych dla węgierskich obywateli.
Samo nawiązywanie do konserwatywnych wartości niewiele więc znaczy, jeśli w praktyce alt-right prowadzi do ich bastardyzacji. Jaka jest zatem alternatywa dla nowej prawicy?
Niewykluczone, że jest nią odnowiona chadecja, wolna od błędów wynikających z bezkrytycznej adaptacji liberalizmu, a jednocześnie zachowująca swoje pierwotne atuty.
Chodzi przede wszystkim o to, by chadecja nie była chrześcijańska jedynie z nazwy, lecz rzeczywiście stała się demokracją opartą na chrześcijańskich fundamentach. Siłą zachodniej prawicy przez dekady była umiarkowana, ale powszechna i autentyczna religijność połączona z bliską relacją z Kościołem; również dziś może ona stanowić istotny atut.
Choć chrześcijaństwo w ostatnich dekadach przeżywało kryzys, pojawiają się oznaki odwrócenia tego trendu: w Stanach Zjednoczonych maleje odsetek osób deklarujących niewiarę, a we Francji rośnie liczba chrztów dorosłych i nawróceń.
Coraz więcej polityków dostrzega te zmiany, nawet jeśli myślą o nich cynicznie. Pod przywództwem kanclerza Friedricha Merza niemiecka CDU odeszła od pseudochadecji skompromitowanej przez Angelę Merkel i wykonała zauważalny zwrot w stronę konserwatyzmu.
W programie wyborczym partii Merza można znaleźć aż pięć odwołań do Boga. Wierzę, że właśnie powrót do religii i tradycyjnych wartości powinien stanowić o sile chrześcijańskiej demokracji, a nie bezrefleksyjne kopiowanie pomysłów, które są i pozostaną domeną alt-rightu.
Jeśli chcemy naprawić dotychczasowy porządek, musimy zmierzyć się ze wspomnianym kryzysem demograficznym, który dotyka większość państw Zachodu, a w Polsce jest szczególnie widoczny. Wiele stosowanych dziś rozwiązań pronatalistycznych (przysłowiowe żłobki) bywa jednak niewystarczających lub ma ograniczoną skuteczność.
Realna poprawa sytuacji wymaga przede wszystkim zmiany społecznego podejścia do rodziny i rodzicielstwa oraz stworzenia kultury bardziej przyjaznej życiu rodzinnemu. Temu właśnie mają służyć m.in. prorodzinne prowokacje rozwijane przez nas w Klubie Jagiellońskim.
Z receptą na wypaczenia alternatywnej prawicy i możliwą odnowę chadecji może przyjść nam papież Leon XIV, który podczas niedawnego spotkania z Europejską Partią Ludową wezwał do odbudowy polityki zakorzenionej w katolickiej nauce społecznej: wolnej zarówno od populizmu, jak i od oderwania elit od społeczeństwa.
W ujęciu Ojca Świętego demokracja przez dominację technologii traci kontakt z człowiekiem, dlatego potrzebny jest powrót do „polityki analogowej”, opartej na prawdziwej relacji rządzących z obywatelami. Autentyczne zaangażowanie społeczne może być antidotum zarówno na tani populizm, jak i technokratyczny elitaryzm.
Papież przypomina zasadę podmiotowości obywateli; lud nie jest biernym przedmiotem decyzji, lecz ich współtwórcą. Polityka nie powinna zatem sprowadzać się do zarządzania masami ani ideologicznych deformacji. Ma być wspólnym poszukiwaniem dobra wspólnego, opartego na prawdzie, odpowiedzialności i trwałych więziach.
Od siebie dodam na koniec, że jako konserwatyści nie powinniśmy liczyć, że stary świat spłonie, by z jego popiołów narodził się nowy. Powinniśmy raczej zachowywać i pielęgnować jego najpiękniejsze kwiaty, tak aby mogły w przyszłości wydawać trwałe owoce.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

