9 na 10 dzieci jest ze sportem na bakier. Jak zmienić polską kulturę fizyczną?
Mamy wszystko, czego trzeba, aby zacząć myśleć o aktywności fizycznej jako o motorze realnego poczucia wspólnoty, a nie surowcu do produkcji medali i niejasnego prestiżu na arenie międzynarodowej. Polski model uczestnictwa w sporcie powinien się opierać na lokalnych wspólnotach, które niegdyś były jego filarem.
Polska kultura fizyczna wymaga zmiany – i nie chodzi tu tylko o sport wyczynowy, ale o samą tkankę codziennej aktywności ruchowej obywateli. W tekście „Medale Kacpra Tomasiaka niczego nie zmienią. Polski sport nie działa” Mateusz Perowicz i Kamil Pachecki słusznie wskazują, że dziesiątki miliardów wydanych przez Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz rozproszone programy upowszechniania sportu nie przekładają się ani na trwałe sukcesy olimpijskie, ani – co istotniejsze – na powszechność uczestnictwa.
Autorzy słusznie wskazują na potencjał, który tkwi w strukturach poza specyficznym polskim uniwersum związków sportowych. Ich obserwację potwierdzają zresztą badania zespołu „WF z AWF – Aktywny dziś, zdrowy w przyszłości”: ponad 90 procent polskich dzieci nie posiada wystarczających kompetencji ruchowych.
Sportowy podział klasowy
Choć obserwacja, że polskie medale olimpijskie nie przekładają się na rozwój kultury fizycznej, jest diagnostycznie ważna, to z punktu widzenia państwa, ale i samych obywateli, sednem polskiego problemu nie są rozczarowujące klasyfikacje medalowe, lecz głęboka klasowa nierówność dostępu do sportu zorganizowanego.
Badania prowadzone przez socjologów Michała Lenartowicza i Natalię Organistę (lata 2012, 2016, 2019) dowodzą, że uczestnictwo dziecka w sporcie zorganizowanym w Polsce jest wyraźnie uwarunkowane klasowo: rozstrzyga o nim nie potencjał sportowy, lecz kapitał kulturowy i ekonomiczny rodziny.
Spójrzmy na liczby. Standardowa składka miesięczna w polskiej akademii piłkarskiej – w jednej z najtańszych dyscyplin – wynosi dziś 130–250 złotych. W bardziej niszowych dyscyplinach – jak choćby szermierka, tenis, hokej czy jeździectwo – pułapy od kilkuset do 1500 złotych miesięcznie są normą.
Tymczasem według GUS przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny w 2024 roku wyniósł 3167 złotych na osobę, a wśród osób o najniższych dochodach – 1151 złotych. Norwegia i Holandia, które słusznie można uznać za wzory medalowej efektywności w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, mają zupełnie inną strukturę kosztów.
Norweska składka klubowa dla 9-latka to równowartość około 40 złotych miesięcznie (raport Oslo Economics, 2020), holenderska składka piłkarska dla dziecka – niespełna 50 złotych miesięcznie (Mulier Instituut, sezon 2020/21).
Polski rynek komercyjny pułapów takich nie oferuje prawie nigdzie i oferować nie może, bo musiałby funkcjonować poniżej progu opłacalności.
Wynikomania podcina skrzydła młodym
Skąd ta różnica strukturalna? W dużej mierze ze sposobu, w który skonstruowano polskie publiczne finansowanie klubów sportowych. Kluczowym instrumentem dystrybucji pieniędzy MSiT i samorządów jest System Sportu Młodzieżowego (SSM), prowadzony od przeszło 30 lat, w którym kluby zdobywają punkty za miejsca uzyskiwane przez ich zawodników w mistrzostwach Polski i zawodach wojewódzkich.
Klasyfikacja obejmuje cztery kategorie wiekowe: młodzika, juniora młodszego, juniora i młodzieżowca. Punkty przekładają się następnie na realne pieniądze. W nowym programie „Klub Pro” (102 mln zł na 2025 rok) o dofinansowanie ubiega się 850 klubów z najwyższych pozycji rankingu SSM. Samorządy używają tej samej klasyfikacji do rozdzielania własnych środków.
W konsekwencji każdy klub, który chce się utrzymać z publicznego finansowania, otrzymuje silną zachętę, by już od najmłodszych grup szkoleniowych nastawiać się na wyczyn i selekcję. Skutek jest trojaki.
Po pierwsze, treningi 9-latków upodabniają się do treningów seniorów – z naciskiem na wynik, zawody, wyłanianie najlepszych.
Po drugie, system premiuje te dzieci, których rodziców stać na opłacenie obozów, dojazdów i sprzętu. Reszta odpada wcześnie.
Po trzecie, wielu obiecujących młodzieżowców, w których wcześniej zainwestowano, doznaje wypalenia jeszcze przed kategorią seniora i porzuca sport, zanim w ogóle zdąży zaistnieć w klasyfikacjach prestiżowych imprez. System produkuje więc jednocześnie wykluczenie u podstawy i odpływ talentów u szczytu.
„Trenerzy z sąsiedztwa”
Norwegia rozwiązała ten problem poprzez radykalne odwrócenie celów. Karta Praw Dziecka w Sporcie z 1987 roku silnie ogranicza formalną rywalizację dzieci do 13. roku życia, a stabilne finansowanie z państwowego monopolu hazardowego (Norsk Tipping) trafia do klubów wszystkich szczebli niezależnie od wyników.
Filarem systemu jest masowy wolontariat trenerski napędzany przez specyficzne zjawisko kulturowe znane jako dugnad – społeczne zobowiązanie wykonywania nieodpłatnej pracy na rzecz wspólnoty, oczekiwane od każdego jej członka.
Polska nie ma ekwiwalentu kulturowego dla dugnadu. Organizujemy charytatywne zbiórki, a niedawno masowo pomogliśmy Ukraińcom, ale to są krótkotrwałe zrywy, nie codzienna działalność. Norweski model w polskich realiach jest więc nierealistyczny – wymagałby zmiany kulturowej trwającej pokolenie.
Holandia rozwiązała ten sam problem inaczej, a jej model dałoby się przenieść nad Wisłę w krótszym horyzoncie czasowym. Bazą jest tam podobna do skandynawskiej sieć stowarzyszeń sportowych, ale wbudowano w nią zawodową warstwę pośredniczącą: tak zwanych buurtsportcoaches, czyli „trenerów z sąsiedztwa”.
W holenderskich gminach pracuje ich około 6 tysięcy, a finansowani są w 60 proc. przez samorząd i 40 proc. przez państwo. Ich zadaniem nie jest na ogół prowadzenie treningów, lecz spojenie lokalnych zasobów – szkoły z klubem, klubu z ośrodkiem zdrowia, ośrodka zdrowia z opieką społeczną – oraz rozpoznawanie dzieci, które same do sportu nie trafią, i kierowanie ich do konkretnych klubów.
Składkę takich uczestników pokrywa krajowy fundusz Jeugdfonds Sport & Cultuur, a wniosek składa pracownik szkoły lub opieki społecznej, nie rodzic – co usuwa wstyd jako barierę uczestnictwa.
Wojsko jako część układanki
Perowicz i Pachecki słusznie wskazują, że kluczowe instytucje zaufania społecznego – w tym Wojsko Polskie – można zaangażować w upowszechnianie sportu i selekcję talentów. Ich pomysł na masowe testowanie sprawności fizycznej młodzieży przez struktury wojskowe jest interesującym krokiem w kierunku promowania udziału w sporcie i budowania pozytywnego wizerunku wojska.
Sądzę, że warto go uzupełnić o rozwiązanie, w którym priorytetem jest osłabienie barier klasowych i infrastrukturalnych w dostępie do sportu. Uważam, że niezwykle ważne jest sprzęgnięcie naturalnej dążności dzieci i młodzieży do wyładowania energii w ruchu z rytmem życia rodzinnego oraz lokalną tkanką społeczną – tak by aktywność fizyczna stała się elementem codzienności, nie zaś dodatkowym obciążeniem czasowym i finansowym dla rodziców.
Kultura fizyczna może być, i historycznie bywała, wspólnototwórcza: spinała ze sobą szkołę, parafię, klub, lokalne święto, drużynę osiedlową. Tę funkcję wspólnotową system polski właściwie utracił. Przywrócenie jej wymaga pomyślenia o sporcie jako infrastrukturze obywatelskiej, demokratycznej i pro-obronnej zarazem, a nie jako fabryce medali.
Strażak z OSP może pomóc
Holenderskich buurtsportcoaches nie da się zaszczepić w Polsce mechanicznie. Stworzenie figury „trenera z sąsiedztwa” jako nowej, autonomicznej pozycji w strukturze gminnej wystawiłoby ją na wszystkie znane patologie polskiej polityki lokalnej – od uznaniowości rozdziału środków po polityczną kolonizację stanowisk.
Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z 2024 roku „Sport dla wszystkich, pieniądze dla wybrańców” stwierdziła liczne nieprawidłowości w realizacji ministerialnego programu „Sport dla Wszystkich”, w tym „ręczne” manipulowanie przyznawaniem dotacji w przypadku większości dofinansowanych projektów, i w efekcie skierowała w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. Powinno być to ważne ostrzeżenie.
Proponuję zatem, by koordynatorzy lokalni – polscy odpowiednicy buurtsportcoaches – zostali osadzeni w strukturach, które już dziś dysponują autorytetem społecznym, infrastrukturą i częściowym finansowaniem: w Ochotniczej Straży Pożarnej oraz Wojskach Obrony Terytorialnej.
OSP obejmują około 16 tysięcy jednostek w polskich gminach, ponad 700 tysięcy członków oraz 6,5 tysiąca Młodzieżowych Drużyn Pożarniczych, w których działa 80 tysięcy dzieci i młodzieży w wieku 8–18 lat. WOT od 2024 roku prowadzi z MEN program „Edukacja z Wojskiem” obejmujący już ponad 3 tysiące szkół.
Obie struktury są obecne lokalnie, cieszą się wysokim zaufaniem (OSP konsekwentnie plasuje się na szczycie rankingów społecznych), mają sprawdzone modele finansowania mieszanego. To, czego im na ogół brakuje, to przygotowanie merytoryczne do prowadzenia zajęć sportowych.
Ten brakujący know-how mogłyby dostarczyć Akademie Wychowania Fizycznego: prowadziłyby szkolenia kompetencyjne dla koordynatorów (zarówno z OSP, jak i z WOT) oraz dla wolontariuszy lokalnych, finansowane przez państwo.
Zespół „WF z AWF” już teraz dysponuje narzędziem diagnostycznym PAPL (Polish Assessment of Physical Literacy), pozwalającym mierzyć efekty interwencji w sposób porównywalny i powtarzalny, co z kolei umożliwiłoby niezależną ewaluację programu i decyzję o jego skalowaniu lub wygaszeniu w oparciu o twarde dane.
Finansowanie pochodziłoby z przekierowania środków, które obecnie trafiają do prywatnych operatorów i klubów w ramach programów „Sport dla Wszystkich” i im podobnych – pod warunkiem realnej kontroli, której dziś brakuje.
Tak skonstruowany pilotaż, uruchomiony w kilkunastu gminach różnego typu i ewaluowany przez „WF z AWF”, pozwoliłby sprawdzić, czy polskie struktury zaufania społecznego wspólnie mogą wykonać pracę, której żadna z nich osobno wykonać nie potrafi.
***
Polska kultura fizyczna dojrzała do zmiany. Mamy wszystko, czego trzeba by zacząć myśleć o aktywności fizycznej jako o motorze realnego poczucia wspólnoty i poprawy sytuacji ruchowej dzieci, a nie surowcu do produkcji medali i niejasnego prestiżu na arenie międzynarodowej.
Medale, jeśli się pojawią, będą miłym produktem ubocznym rzeczywistej pracy u podstaw i społeczeństwa, w którym dzieci zdobywają sprawność fizyczną na całe życie z własnej woli, a ich rodzice nie muszą w tym celu poświęcać własnego zdrowia lub innych kluczowych potrzeb.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

