III RP jest truchłem. Jaka będzie Polska po liberalizmie?
„Liberalny świat upada, nasze elity zawiodły. W Klubie Jagiellońskim bronimy starych wartości i chcemy nowego państwa”. Tak brzmi hasło nowej kampanii narracyjnej naszej organizacji. O co tutaj chodzi? Zapraszam na pierwszą część mojego eseju.
Małgorzata Jacyno, znana polska socjolog, podczas debaty zorganizowanej przez Klub Jagielloński kilka miesięcy temu porównała nasze państwo do truchła. Posłużyła się metaforą zaczerpniętą z „Psychozy” Alfreda Hitchcocka.
Norman Bates, główny bohater filmu, żyje w cieniu zmarłej matki, niezdolny pogodzić się z jej śmiercią. W jednej z ostatnich scen okazuje się, że od miesięcy pielęgnował jej martwe ciało. Jesteśmy jak Bates, a naszą matką jest nasze państwo – przekonywała wówczas prof. Jacyno.
Od momentu, w którym usłyszałem to porównanie, nie dawało mi spokoju. Na intuicyjnym poziomie zgadzałem się z tą straszną i traumatyzującą diagnozą. W końcu doszło do mnie, co tak naprawdę się skończyło.
Na naszych oczach skończyło się nie tyle polskie państwo, co jego dusza – liberalizm jako głęboka struktura III Rzeczpospolitej. Liberalizm pojęty nie tylko jako doktryna polityczna czy ekonomiczna. Chodzi tutaj o liberalną filozofię polityczną, którą wyssaliśmy z mlekiem naszych matek.
Tej rzeczywistości już nie ma, a my nadal udajemy, że wszystko zostało po staremu. Co się właściwie skończyło? Co zrobić z tą sytuacją? Czego się złapać, aby na nowo i trzeźwo myśleć o państwie?
O tym regularnie przez miesiąc będę tutaj pisać w kolejnych częściach mojego eseju.
Liberalizm jako religia założycielska III RP
Jak przekonująco pokazywał Andrzej Walicki w tekście Fryderyk Hayek i tradycje liberalizmu, od początku III RP liberalizm był rozumiany bardzo wąsko. Nie chodziło o szeroką tradycję liberalną, mieszczącą w sobie spory o wspólnotę, obywatelskość czy model państwa.
Polski liberalizm, pozbawiony długich intelektualnych korzeni, po 1989 roku był przede wszystkim inspirowany myślą Hayka i Friedmana.
Nie było w tym nic przypadkowego. W latach 70. XX wieku Zachód przeżywał kryzys państwa dobrobytu: koniec powojennego wzrostu, rosnące koszty utrzymania rozbudowanych instytucji opiekuńczych, inflacja.
Nadchodziła epoka Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Dla opozycji antykomunistycznej w Polsce nazwiska te stały się symbolem wolności w kontraście do skompromitowanego realnego socjalizmu i Polski ludowej.
Hayek proponował prostą antropologię polityczną: człowiek jest przede wszystkim wolną jednostką, która najlepiej realizuje się w prywatności i swobodnym kontrakcie rynkowym. Państwo nie powinno wychowywać ani proponować konkretnej wizji dobra wspólnego, lecz ograniczać własną władzę i pilnować reguł gry, aby zagwarantować swobodę niezależnej jednostce.
Ani bowiem człowiek, ani struktura społeczna, ani tym bardziej państwo nie posiada wystarczającej wiedzy, aby narzucać określoną wizję dobrego życia społeczeństwu. Wolność oznaczała przede wszystkim wolność od państwa.
Z tej perspektywy polityka stawała się czymś podejrzanym. Lepiej było zaufać literze konstytucji, autonomicznym sądom, wolnemu rynkowi i ograniczonej administracji. Polityka miała sprowadzać się do tych „ustawień fabrycznych” oraz swobodnej dyskusji parlamentarzystów-merytokratów.
Hasło odgórnie wprowadzanej sprawiedliwości społecznej brzmiało jak zapowiedź autorytaryzmu i relikt poprzedniego systemu. Do tych Hayekowskich inspiracji dochodził również specyficznie środkowoeuropejski pęd ku Zachodowi. Synonimem sukcesu państwa było dojściem tam, gdzie cywilizacyjnie były Niemcy czy Francja. Ziemią obiecaną stała się Unia Europejska.
Miks Hayeka i mentalności transformacyjnej stworzył wyobrażenie na temat jednostki, która ma wyzwolić się nie tylko z zamordyzmu państwa. Szybko naród i Kościół zaczęły jawić się raczej jako przeszkoda modernizacji niż jej warunek.
Walicki wskazuje, że to właśnie „Gazeta Wyborcza” stała się najważniejszym kapłanem nowego świata. Społeczeństwo trzeba było przede wszystkim cywilizować, specyficznie zinterpretowana Hayekowska filozofia liberalna miała w tym pomóc.
Liberalna katedra i jej kapłani
Konserwatyści dość wcześnie zauważyli, że tak pojęty liberalizm nie jest już tylko projektem gospodarczym, lecz całościowym porządkiem kulturowym. Nie kończy się na podatkach i prywatyzacji – obejmuje edukację, nowe reguły debaty publicznej i granice tego, co wolno uznać za rozsądne.
Ryszard Legutko pisał w 2008 r. w Eseju o duszy polskiej, że liberalna demokracja zakłada istnienie liberalno-demokratycznej edukacji, kultury i mentalności. To trafne rozpoznanie. System społeczny III RP wytworzył własną klasę strażników ortodoksji – ludzi pilnujących, by obywatel miał poglądy „normalne, europejskie”.
Nie chodziło o spisek, lecz o strukturę. Uniwersytety, redakcje, instytucje kultury, organizacje eksperckie i świat celebrytów reprodukowały ten sam moralny kod. Kto się nie mieścił, był nie tyle oponentem, ile kimś podejrzanym cywilizacyjnie.
Do tego dochodziło także w Polsce wielkie pragnienie gonitwy za Zachodem. Na polskiej prawicy zaczęło być wówczas modne hasło „modernizacji z kserokopiarki”.
Podobną intuicję rozwinął amerykański neoreakcjonista, Curtis Yarvin, piszący jako Mencius Moldbug. W mniej więcej tym samym czasie co Legutko nazwał ten system „Katedrą”. Liberalizm zaczął działać jak świecka religia – z własnymi dogmatami, kapłanami i mechanizmami dyscyplinowania heretyków.
Oczywiście Yarvina nie należy czytać bez ostrożności. To w końcu ideolog ciemnego oświecenia, dystopijnego z konserwatywnej i katolickiej perspektywy projektu politycznego. Trudno jednak odmówić Yarvinowi talentu do sugestywnych metafor i trafnych diagnoz.
Symboliczny rozpad katedry
Dziś ten porządek trwa już głównie siłą rozpędu. Nasze mapy mentalne nie nadążają za rzeczywistością. Przejawy tego kryzysu są właściwie wszechobecne.
Wystarczy spojrzeć na zaufanie do sądów, spadek znaczenia tradycyjnych liberalnych mediów czy upadek dotychczasowych autorytetów ze świata kultury i nauki.
To dlatego tak źle się starzeją mądrości wypowiadane przez tych, którzy jeszcze niedawno rościli sobie pretensje do bycia moralną arystokracją III RP. Pogarda wobec społeczeństwa – czy wypowiadana przez aktora, profesora czy dziennikarza – przestała wzmacniać prestiż, a zaczęła symbolizować obciach i odrealnienie.
Jeszcze 10 lat temu pohukiwania na ciemnogrodzki lud ze strony Magdaleny Środy, Radosława Markowskiego, Macieja Stuhra, Kuby Wojewódzkiego czy Agnieszki Holland i wielu innych robiły wrażenie. Dziś wywołują raczej uśmiech politowania.
Wypowiedzenie posłuszeństwa dotychczasowym elitom kognitywnym przez lud, przy jednoczesnym pojawieniu się nowych dużych graczy w rodzaju Kanału Zero i mnóstwa innych nowych mediów i liderów opinii, to dobre symbole powstającego, nowego porządku.
Polska zresztą nie jest tutaj wyjątkowym przypadkiem. Wawrzyniec Rymkiewicz w rozmowie przeprowadzonej przez Rocha Zygmunta w tygodniku „Plus Minus” stwierdził:
„Nie tylko projekt III RP doszedł do swojego kresu. Porządek światowy chwieje się w posadach. Musimy znaleźć oparcie w nas samych, we własnym języku, musimy myśleć niezależnie. Tylko wtedy zachowamy własną substancjalność”.
Niewątpliwie obserwujemy kres pewnej epoki. Tylko co tak naprawdę się skończyło?
Pięć znaków nowej epoki
Najlepiej widać to w pięciu procesach, które zdemolowały liberalne „ustawienia fabryczne” w ostatniej dekadzie.
Po pierwsze, Hayekowski ideał państwa minimum – nigdy nie wprowadzony w Polsce w życie, ale jednak meblujący nam porządek polityczny w głowach – bezpowrotnie odszedł.
Nasze państwo ma być interwencyjne i jest to oczywiste dla zdecydowanej większości Polaków. Chcemy atomu, CPK, wielkiej armii, wsparcia najuboższych i rodzin. Do realizacji tych wszystkich zadań potrzeba silnego państwa. Cele te są uznawane nawet przez retorycznie wolnorynkowych polityków, być może z drobnymi wyjątkami w postaci partii Grzegorza Brauna.
Po drugie, skończył się mit bezstronnych mędrców w togach. Sądy przestały być postrzegane jako neutralni strażnicy porządku, a prawo na czele z konstytucją zaczęło być traktowane jako narzędzie władzy, a nie sposób na jej ograniczenie. Liberalny legalizm zamienił się w polityczny konflikt o to, kto ma prawo zawieszać reguły.
Po trzecie, upadła wiara w spontaniczny porządek społeczny. Nawet Donald Tusk, długo przedstawiany jako liberalny zbawca Europy, dziś mówi językiem granic, zasieków i blokowania migracji. Z Koalicji Obywatelskiej słychać pomysły usuwania smartfonów ze szkół, a także kontroli dezinformacji w internecie. Rzeczywistość okazała się silniejsza od doktryny.
Po czwarte, zamiast rządów merytokratycznych elit niezainteresowanych społeczeństwem mamy permanentny nastrój stanu wyjątkowego, totalnej mobilizacji elektoratu i właściwie nieustannej kampanii wyborczej.
Po piąte wreszcie, wraca naród. Wojna za wschodnią granicą, masowa migracja i lęk przed dezintegracją społeczną sprawiają, że coraz mniej myślimy o sobie jako o zbiorze autonomicznych jednostek, a coraz bardziej jako o wspólnocie politycznej, która czuje się zagrożona.
Trendy te widać również wśród wyborców Donalda Tuska. Jak przekonująco pokazała Karolina Olejak w książce Nienawidzę ich. Co Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju, także liberalni wyborcy zaczęli myśleć kategoriami narodu zagrożonego wojną i masową imigracją. Ku własnemu zdziwieniu i irytacji zaczęli upodabniać się do wyborców prawicy.
Ogłosić koniec bez radości i rewolucyjnego zapału
Prawica od 30 lat utyskuje na liberalny salon i czuje się strukturalnie pokrzywdzona. Dziś, gdy salon vel katedra upadły, to poczucie niższości wydaje się absurdalne. Ustawianie się w pozycji ofiary historii jest też niebezpieczne, bo to właśnie poczucie bycia krzywdzonym przez system stało u źródeł każdej rewolucji.
Tego zaś rewolucyjnego zapału prawica powinna się wystrzegać. Liberalny porządek przyniósł Polsce realny dobrobyt, stabilność i historyczny awans.
Dzięki ludzkiej przedsiębiorczości, konsensusowi całej klasy politycznej co do kluczowych celów państwa i społeczeństwa, a także wyjątkowo korzystnej koniunkturze międzynarodowej po raz pierwszy odnieśliśmy bezprecedensowy w naszej historii sukces cywilizacyjny i ekonomiczny. I od 35 lat, jak przekonująco pokazał Marcin Piątkowski w książce Złoty wiek, jesteśmy europejskim liderem wzrostu.
Tylko człowiek zaczadzony ideologicznie może zamykać oczy na tę rzeczywistość. Zresztą polska prawica od dekad uprawia tutaj swoistą „pedagogikę wstydu III RP”. Między innymi z tego powodu nie potrafimy opowiedzieć sami przed sobą tego sukcesu i dowartościować drogi, jaką przebyliśmy od 1989 r.
Dlatego najważniejszym zadaniem nie jest dziś zemsta na liberalizmie ani symboliczne palenie jego świątyń. Trzeba raczej nauczyć się żyć po jego końcu – bez nostalgii, ale też bez taniej satysfakcji. III RP nie potrzebuje ani kolejnej rewolucji, ani polityki odwetowej, lecz nowej opowieści o państwie.
Jeśli liberalizm był religią założycielską III RP, to dziś żyjemy już po utracie wiary. Problem w tym, że wielu polityków i intelektualistów wciąż odprawia stare rytuały nad pustym ołtarzem, udając, że nic się nie zmieniło. Może właśnie dlatego nasze życie polityczne wydaje się tak jałowym i pozbawionym sensu spektaklem.
III RP jest truchłem tylko wtedy, gdy uparcie próbujemy konserwować jej martwe ciało. Jeśli jednak potraktujemy ten moment nie jako koniec Polski, lecz koniec pewnej epoki, wtedy możliwe staje się coś trudniejszego i ważniejszego niż kolejny bunt – nowy początek.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

