Opłata reprograficzna to podatek od smartfonów, który doprowadzi do powrotu piractwa?
W życie wchodzi tzw. opłata reprograficzna, która w swoich założeniach ma być rekompensatą dla artystów za korzystanie ich dzieł w ramach dozwolonego użytku prywatnego. Zdaniem eksperta Klubu Jagiellońskiego dr. hab. Bartłomieja Bigi opłata ta jest w rzeczywistości nowym ukrytym podatkiem, który zamiast wesprzeć artystów może nieumyślnie przyczynić się do powrotu piractwa poprzez wzrost cen usług zapewniających twórczość audiowizualną.
Opłata reprograficzna wchodzi w życie
Minister kultury Marta Cienkowska podpisała nowelizację rozporządzenia dotyczącego tzw. opłaty reprograficznej, a więc opłat od urządzeń takich jak smartfony, tablety, laptopy i telewizory Smart TV, z tytułu ich sprzedaży przez producentów i importerów. Oznacza to wejście w życie budzącej społeczne emocje reformy, której wprowadzenie planował jeszcze rząd Prawa i Sprawiedliwości.
„Właśnie podpisałam rozporządzenie dot. opłaty reprograficznej. To był trudny proces, pełen lobbingu i fake newsów o rzekomych »nowych podatkach«. Prawda jest prosta: pożegnaliśmy lata 90. (faksy i kasety) i wprowadziliśmy prawo na miarę XXI wieku, w którym giganci sprzętowi dzielą się swoimi zyskami z polskimi twórcami” – oznajmiła Cienkowska na X.
Opłata ta w wysokości 1-4% ceny urządzeń w swoich założeniach ma zrekompensować twórcom dozwolony użytek prywatny ich dzieł. Zebrane pieniądze nie zasilą budżetu państwa, lecz mają trafić do organizacji zajmujących się zbieraniem dla twórców wynagrodzeń autorskich takich jak ZAiKS, w związku z czym rząd nie komunikuje tej zmiany jako nowego podatku.
Niepotrzebny podatek od elektroniki?
Temat opłaty reprograficznej był już wielokrotnie komentowany na łamach Klubu Jagiellońskiego przez dr. hab. Bartłomieja Bigę, ekonomistę specjalizującego się m.in. w cyfryzacji. W jednej z analiz przychylił się do krytycznych głosów, że omawiana reforma jest w rzeczywistości sprytnie ukrytym podatkiem, podając przy tym w wątpliwość tłumaczenia polityków, iż podatek w przeciwieństwie do opłaty jest „czymś, co jest przeznaczone na rzecz budżetu centralnego albo lokalnego”.
„W literaturze przedmiotu wskazuje się jednak, że sednem [różnicy podatku od opłaty – przyp. wydawcy] jest co innego – opłata w przeciwieństwie do podatku jest ekwiwalentna. Po zapłaceniu podatku nie mamy więc żadnego roszczenia, a np. uiszczając opłatę za wywóz śmieci mamy prawo wymagać wykonania tej usługi.
Zatem z tego punktu widzenia, opłata reprograficzna jest więc raczej podatkiem, bo osoba płacąca nie otrzymuje przecież w zamian żadnego konkretnego świadczenia. Nie jest to jednak pierwszy przypadek, kiedy podatek próbuje się »sprzedać« pod płaszczykiem lepiej brzmiącej opłaty” – argumentował Biga.
Sam pomysł rozszerzenia opłaty reprograficznej również był krytykowany przez eksperta Centrum Analiz KJ. Wskazał, że głównym celem rekompensaty twórcom dozwolonego użytku prywatnego ich dzieł jest walka ze znikomym obecnie problemem piractwa. Dziś konsumpcja treści odbywa się w znacznej mierze za pomocą modeli subskrypcyjnych..
„Świat się zmienił i coraz więcej konsumowanych przez nas treści już pochodzi z formalnego obrotu. Dwadzieścia lat temu większość studentów słuchała muzyki na podstawie dozwolonego użytku, kopiując ją w plikach MP3.
Dziś prawie każdy student ma Spotify albo Apple Music, które są na tyle przystępne cenowo, że mało komu chce się szukać muzyki gdzieś indziej” – tłumaczył Biga.
Ekspert CAKJ przyznał, że obecnie artyści otrzymują co prawda niewielkie wynagrodzenie z tytułu umów z serwisami streamingowymi, lecz wiąże się to z równie niską ceną subskrypcji do tychże usług, co skutecznie zniechęca klientów do piractwa. Równolegle, jego zdaniem, rozszerzanie opłaty reprograficznej paradoksalnie mogłoby doprowadzić do powrotu tego szkodliwego zjawiska.
„Gdyby płacić artystom tak, jakby pewnie chciałyby organizacje zbiorowego zarządzania, dajmy na to kilkadziesiąt grosze za odtworzenie, to abonament na takiej platformie kosztowałby nie kilkadziesiąt, ale co najmniej sto kilkadziesiąt złotych miesięcznie.
Można przypuszczać, że znów wróciłoby piractwo. Dla studenta wydać 15-20 złotych na abonament, a 150 złotych to znaczna różnica” – twierdził ekspert CAKJ.
Rok przed wprowadzeniem przez minister Cienkowską rozporządzenia Biga wyraził obawę, że opłata reprograficzna może zostać poszerzona o wszystkie urządzenia elektroniczne, które mają pamięć i możliwość kopiowania plików. W skrajnej formie mogłoby zatem dojść do opodatkowania zegarka czy lodówki, która ma ekran i głośnik.
Alternatywy dla opłaty reprograficznej
Zdaniem Bigi, istnieją rozwiązania pozyskiwania źródeł finansowania lepsze od opłaty reprograficznej. Należy ich szukać przede wszystkim w opodatkowaniu największych gwiazd. Przykładowo, górne 5% artystów zgarnia w Stanach Zjednoczonych ponad 80% ogólnych wpływów za bilety koncertowe, zatem część z tych dochodów można by przekazać na dofinansowanie reszty artystów.
„Postulat ten – choć lewicowy w swej istocie – zasługuje na rozważenie. Tym bardziej, że alternatywą jest równie nie-konserwatywne obłożenie społeczeństwa powszechnym podatkiem w imię uprzywilejowanego traktowania jakiejś wybranej grupy społecznej” – proponował Biga.
Ekspert CAKJ zwracał również uwagę, że opłata reprograficzna nie jest warunkiem koniecznym dla powstawania wartościowej twórczości. Istnieje bowiem wiele form monetyzacji, które są wykorzystywane przez artystów.
„Dobrym przykładem mogą być podcasty. Choć Spotify zasadniczo nie wynagradza w żaden sposób ich twórców, oni i tak (w liczbie 3,6 miliona) udostępniają swoje dzieła na tej platformie. W tej gigantycznej liczbie nie brak bardzo wartościowych treści. Co więcej, popularniejsi twórcy nie mają problemu z zapewnieniem godnego finansowania swoich projektów.
Oczywiście można narzekać, że platformy streamingowe wypłacają bardzo niskie kwoty za odtworzenie. Nie chciałbym unikać dyskusji o sprawiedliwym podziale tortu między platformy i twórców. Pamiętajmy jednak, że ograniczeniem jest cenowy próg bólu abonentów tych serwisów (…)
My, twórcy, musimy więc się pogodzić, że nie zawsze możemy zarabiać na tym, co uważamy za esencję swojej działalności. Na szczęście jednak istnieją modele biznesowe, które nadal pozwalają nas sensownie wynagradzać” – konkludował.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
