Następca G.K. Chestertona? Kim jest Paul Kingsnorth?
„Coś złego dzieje się ze światem”. Dziś tego typu stwierdzenia padają zarówno z ust lewicowców, liberałów, jak i konserwatystów. Jedni bardziej martwią się upadkiem dawnego ładu moralnego i społecznego, inni – rozpychaniem się megakapitału i neoliberalizmu czy kryzysem zdrowia psychicznego. Jeszcze inni obawiają się nadejścia fali prawicowego (lub lewicowego) populizmu albo kolejnej wojny światowej. A co, jeśli za tymi wszystkimi obawami kryje się coś głębszego, oddziałującego na poziomie ciała, czego nie umiemy dobrze wyrazić? Obawa, która odwołuje się do najgłębiej zakorzenionych potrzeb, pragnień, sposobów funkcjonowania? Paul Kingsnorth próbuje nazwać i opisać ten rodzaj trwogi.
Intuicyjny opis przemijania świata, który znamy
„Większość rzeczy, które kochamy, zanika. Wielkie lasy i historie tworzone w nich i przez nie, dziwne kultury trwające przez wieki, małe puby, osobliwe, niezamieszkane miejsca, dudniące świątynie i mroczne mokradła, koślawe wioski i ludowe opowieści, wspólnoty, spontaniczny śpiew, stare domy, w których mogłyby mieszkać czarownice.
Możliwość istnienia smoków, puste plaże i dzikie wzgórza, szansa, by zgubić się w deszczu lub odkryć coś, czego nigdy nie było na żadnej mapie. Świat bez map, świat bez silników. Ten świat znika – o ile już dawno nie zniknął.
Ten, który objawia się, by go zastąpić, jest rajem lewej półkuli mózgu: same proste linie i betonowe parkingi tam, gdzie kiedyś był targ ze zbożem. Przyszłość to STEM, chatboty, bezgotówkowe parkometry, wzrost gospodarczy oraz górnictwo na asteroidach – na wieki wieków” .
Pozwalam sobie na zacytowanie dłuższego fragmentu pierwszego rozdziału Przeciw Maszynie (celowo dużą literą, Maszyna jest bowiem u Kingsnortha bytem niemal osobowym – tytuł oryg. Against the Machine), by czytelnicy mogli wczuć się w ten charakterystyczny ton i zbadać, jak z nimi rezonuje.
Można bowiem książce, która tak się zaczyna, od razu postawić zarzuty. Jakim prawem właściwie Kingsnorth używa słowa „my” i odwołuje się do jakiejś wspólnej tęsknoty? A może czytelnik wcale nie chce świata zaczarowanego, z mrocznymi mokradłami, w którym można zgubić się w deszczu, może chce chatbotów i bezgotówkowych parkometrów?
Zarzuty te byłyby zasadne, jeśli jego książkę będzie się czytać jako systematyczny wykład, przedstawienie naukowego obrazu świata, analizę socjologiczną czy ekonomiczną. Kingsnorth nie jest jednak ani naukowcem, ani nie jest socjologiem.
Z wykształcenia jest historykiem, przez lata był dziennikarzem, aktywistą, dziś jest głównie pisarzem i poetą. Jego wrażliwość, a co za tym idzie, sposób postrzegania świata, są bardziej poetyckie niż analityczne, co jest zarówno siłą, jak i słabością jego nowej książki.
Przeciw Maszynie to napisana w sposób intuicyjny, a miejscami zgoła mistyczny, diagnoza stanu zachodniej cywilizacji i tego, co w niej, zdaniem autora, najgroźniejsze. Kingsnorth żyje dziś na wsi, na zachodzie Irlandii. Żyje z pisarstwa, ale uprawia też swoją ziemię, pracuje fizycznie, produkuje żywność dla swojej rodziny.
W młodości był żarliwym działaczem na rzecz ochrony przyrody, zastępcą redaktora naczelnego „The Ecologist”. Ruch ekologiczny rozczarował go jednak okrutnie.
Jak twierdzi autor Against the Machine – ruch ten sprzeniewierzył się swoim korzeniom, wspierając globalizację i „sustainability”, industrializację rolnictwa, i zapominając jednocześnie o tym, co najważniejsze: o samej przyrodzie i bliskości człowieka z nią. Słowem – przyjmując mechaniczny, a nie organiczny sposób działania. Wtedy właśnie Kingsnorthowi zaczęła się rysować wizja, którą przedstawia w Against the Machine.
Nauka jest przykrywką dla żądzy pieniądza i przyjemności
Coś złego dzieje się ze światem – ale właściwie co? Tytułowa Maszyna to słowo, które Kingsnorth odnajduje w różnych lekturach – to w poezji (u R. S. Thomasa), to w pracach historyka i socjologa Lewisa Mumforda (Mit maszyny).
Maszyna, której sprzeciwia się Kingsnorth, nie jest przedmiotem, urządzeniem, organizacją lecz procesem – trwającym od wieków, a przyśpieszającym radykalnie od czasu rewolucji przemysłowej. To proces wykorzenienia, prowadzący ludzkość w kierunku masowego społeczeństwa, kontrolowanego przez technologię i ostatecznie będącego dla tej technologii pożywieniem, w najlepszym przypadku – społeczeństwa złożonego z trybików w Maszynie.
W innym miejscu Kingsnorth pisze, że Maszyna tworzy się na „skrzyżowaniu potęgi wielkiego pieniądza, państwa oraz coraz bardziej przemocowych i manipulacyjnych technologii”, i dąży do likwidacji wszelkich granic i korzeni.
Nie zatrzyma się, nim nie osiągnie swojego celu. Aby go osiągnąć – czyli podbić świat – musi najpierw zniszczyć „zakorzenione społeczności, przyrodę, wolność, piękno, wiarę i wiele innych wartości”.
Społeczeństwo zorganizowane w sposób maszynowy – dające się przeliczyć na wskaźniki, opanować, zorganizować, usystematyzować – pojawiło się już w historii ludzkości wiele wieków temu (za Mumfordem, Kingsnorth wskazuje na starożytny Egipt). Dziś jego podstawą jest – a przynajmniej tak głoszą koryfeusze Maszyny – nauka i rozum.
Tak naprawdę według Kingsnortha naukowe pozory zasłaniają żądzę pieniądza, przyjemności i ekspansji niezahamowanej ani przez granice państw, ani nawet przez bariery ludzkiego ciała. Aby tej ekspansji dokonać, Maszyna niszczy przede wszystkim cztery wartości (w oryg. 4P – Past, People, Place, Prayer), zastępując je swoimi wartościami (4S – Science, the Self, Sex i the Screen).
Przed Maszyną to przeszłość (Past) pokazywała ludziom, skąd przychodzą, jaki jest ich rodowód. Dziś tę historię opowiada nauka (Science). Poczucie tożsamości dawała przynależność do ludu/narodu (People), dziś – to „ja”, „ego” (the Self) jest centralną kategorią, z którą ludzie się utożsamiają.
Zakorzenienie zapewniało miejsce, lokalność (Place); w świecie Maszyny ludzi definiuje to, co robią, ich najświętsza droga do przyjemności (Sex). I wreszcie modlitwa (Prayer) pokazywała, dokąd iść – w świecie Maszyny pokazuje to ekran (the Screen).
Z rozdziału na rozdział wizje Kingsnortha są coraz bardziej mroczne – ostatecznie celem Maszyny jest uzyskanie świadomości i stworzenie Boga. Bezos, Thiel i inni książęta wielkich technologii budują rzekomego Boga, który jednak w istocie będzie Lucyferem. Ten wielki umysł ostatecznie zniszczy ludzi – staną się oni dlań pożywką, jak w Matriksie braci Wachowskich.
Chciałoby się zapytać: skoro ta Maszyna jest tak potwornym bytem, to czemu właściwie ludzie ją ciągle budują? Kingsnorth już na początku wskazuje na jedną główną, jego zdaniem, przyczynę rozprzestrzeniania się Maszyny: jest to upadek chrześcijaństwa.
Ludzi da się wykorzenić, twierdzi, jeśli przestaną się trzymać świętego ładu. A ład oparty na chrześcijańskiej opowieści umarł. Dlatego – równie ostro mówi Kingsnorth – umarł i Zachód. Zniknęły wszelkie hamulce, tabu, cnoty, prawdy i normy. Chrześcijaństwo – pisze autor – trzymało w ryzach średniowiecznych handlarzy, a dziś nic już nie zatrzyma – na przykład – transhumanistycznej przebudowy ludzkiego ciała.
Ale to nie koniec. Powołując się na Alasdaira MacIntyre’a, Kingsnorth twierdzi, że bez świętego ładu społeczeństwo wpadnie w emotywizm, relatywizm i w końcu się zdezintegruje. Na to miejsce powstanie w końcu, jak mówił René Guénon, nowy ład, bo natura nie znosi próżni, ale przejście z jednego do drugiego ładu odbywa się w ciemności. I w tym momencie właśnie jest ludzkość.
Następca Chestertona, Tolkiena i Lewisa
Kim więc właściwie jest Paul Kingsnorth? Gdzie umiejscowić go na mapie myślicieli? Pokazuje to wyraźnie już cytowany przeze mnie początek Against the Machine. Jest on współczesnym kontynuatorem nurtu, który na potrzeby tego tekstu nazwę „konserwatyzmem z angielskich łąk”. Zupełnie innym niż amerykański neokonserwatyzm, innym niż wielkomiejskie, neoliberalne (z Ayn Rand jako patronką), innym niż jego odmiany wojujące.
To raczej konserwatyzm raju utraconego. A tym rajem jest dawna, zielona Anglia, mityczne i zaczarowane miejsce życia dobrego i prostego, ładu społecznego budowanego w sposób organiczny w małych wspólnotach. Anglia, która odchodzi bezpowrotnie w przeszłość (może dlatego Kingsnorth wybrał właśnie Irlandię?).
Ten nurt powstał na przełomie XIX i XX wieku, w odpowiedzi na ówczesną intensywną industrializację i modernizację. Tworzyli go i popularyzowali Chesterton, Lewis i Tolkien (nic dziwnego, że wszystkie te nazwiska pojawiają się w Przeciw maszynie, choć najwięcej jest Chestertona).
Konserwatyści z angielskich łąk nie mieli wielu poprzedników wśród filozofów – mimo sentymentu do natury nie byli ze szkoły Rousseau, jeśli inspirowali ich myśliciele, to chrześcijańscy (tacy jak św. Franciszek czy św. Tomasz z Akwinu), lub poeci – Keats, Wordsworth czy Coleridge.
Można by doszukiwać się podobieństw z amerykańskimi transcendentalistami, którzy pojawili się nieco wcześniej – z Emersonem czy Thoreau – ale Chesterton, Lewis i Tolkien byli wobec nich nastawieni sceptycznie. Poszukiwali raczej zakorzenienia w ortodoksji (katolickiej lub, w przypadku Lewisa, anglikańskiej) niż wykraczania poza siebie. Jedni i drudzy natomiast inspirowali się romantyczną poezją.
Wszystkie te inspiracje widać u Kingsnortha. Mogło się wydawać, że w drugiej połowie XX wieku i na początku XXI wieku „konserwatyzm z angielskich łąk” zanika i starzeje się (pozwolę sobie na osobistą anegdotę – kiedy kilkanaście lat temu zbierałem materiały do powieści o Chestertonie i odwiedziłem jego ulubiony londyński pub, „Ye Olde Cheshire Cheese” na Fleet Street, okazało się, że nikt z obsługi nie słyszał w ogóle o autorze Kuli i krzyża i nie wiedział, że ktoś taki tu przesiadywał).
Wraz z odnową ruchu konserwatywnego w ostatnich latach, myśli Inklingów i ich poprzedników podejmowane są na nowo. Nawiasem mówiąc – ciekawe, że w Polsce, choć Lewisa, Tolkiena i Chestertona lubimy, nigdy nie powstał „konserwatyzm z zielonych (mazowieckich) łąk”. Nie ma co się dziwić – nasze doświadczenie historyczne jest zupełnie inne. Nie mamy raju utraconego jak Anglicy.
Nasze „pagórki leśne” i „łąki zielone” na Mazowszu, Lubelszczyźnie czy Kresach nie są bowiem dla nas – już od dawna – wspominanym z nostalgią rajem.
Jak sięgnąć pamięcią, były miejscem zagrożenia, obsadzanym przez zaborców, dworki o pobielanych ścianach systematycznie niszczyli wrodzy żołnierze, a peerelowscy sekretarze anektowali je na swoje wille. Timothy Snyder mówił, że we współczesnej Polsce trudno o prawdziwy konserwatyzm, bo tu po 1989 r. nie było co konserwować.
Tak czy inaczej wydawać by się mogło, że to, co proponuje Kingsnorth, to po prostu kolejna odsłona konserwatyzmu i konserwatywnego narzekania na upadek dawnych wartości i wiary – może jedynie z malowniczym, angielskim zabarwieniem. Jego diagnozy – na pierwszy rzut oka – równie dobrze mógłby powtórzyć Jordan Peterson czy Zdzisław Krasnodębski.
Jest jednak w pisarstwie Kingsnortha także zupełnie inny pierwiastek – nazwijmy go roboczo lewicowo-ekologiczno-anarchistycznym. Z lewicą łączy go wyraźna niechęć do wielkiego kapitału, będącego głównym nośnikiem Maszyny, z anarchistami – niechęć do państwa i dużych organizacji, a ekologiczną wrażliwość daje się zauważyć na każdym kroku podczas lektury.
Zamiast Arystotelesa, św. Tomasza czy Burke’a, Kingsnorth cytuje myślicieli – zwłaszcza jak na swoje czasy – niekonserwatywnych, od Simone Weil do Marksa i Engelsa i ich Manifestu komunistycznego. Podkreśla oczywiście, że nie jest marksistą, ale podziwia ich trafną diagnozę nieubłaganego rozwoju kapitalizmu (rozwój ten równie mocno przerażał Chestertona).
Za to świętych Augustyna i Tomasza Kingsnorth krytykuje, za Philipem Sherrardem, gdyż „przygotowali Kartezjuszowi i Baconowi drogę do odczarowania natury i dehumanizacji”. „Bóg stał się transcendentny, nie immanentny, i w ten sposób dano ludzkości prawo, by samą siebie i przyrodę poddać analizie i wiwisekcji”.
Właśnie ta niejednoznaczność uwiarygadnia diagnozę Kingsnortha, bo możemy mieć pewność, że Przeciw Maszynie nie jest po prostu ideologicznym manifestem. Problemy, na które Brytyjczyk wskazuje, diagnozowane są zarówno na lewicy, jak i na prawicy.
W Polsce obawy przed samowolą big techów można znaleźć i u konserwatysty Andrzeja Zybertowicza, i w raczej lewicowo-liberalnym „Piśmie” (ostatnio np. w znakomitym tekście Sylwii Czubkowskiej Jak bogacze niszczą światowy ład czy w felietonach odważnej i niestrudzonej Magdaleny Bigaj). Przekształcanie się kolejnych sfer życia w formy maszynowe (na przykład nauki – poprzez „punktozę” i tyranię „doskonałości”) krytykują konserwatyści i lewicowcy.
Grupa postępowych liberałów, którzy pozostają skrajnymi technooptymistami i nie widzą zagrożeń, jest może coraz mniejsza – ale jej pozycja, bogactwo i potęga rosną. O negatywnych skutkach uzależnień od technologii, o kryzysie zdrowia psychicznego mówią fakty i liczby.
Nadmierne demonizowanie nauki, naiwna wiara w nową prawicę
Dobrze, że Kingsnorth próbował opisać i nazwać Maszynę, znaleźć ogólne wzorce w zróżnicowanej rzeczywistości. Na razie nie pisze jeszcze tak dobrze jak Chesterton (poprzednia jego książka, „Okrutni bogowie” miejscami była bardzo przegadana i egocentryczna) – ale szlifując twórcze narzędzia, może z czasem stać się jego następcą. W Przeciw Maszynie są jednak momenty, kiedy trafia na mieliznę.
Wynika to w pewnej mierze z dość emocjonalnego i poetyckiego sposobu pisania. W związku z tym trzeźwe diagnozy szybko przechodzą w niebezpieczne uogólnienia. Przykładem jest bardzo silny u Kingsnortha sceptycyzm wobec nauki.
Po lekturze Against the Machine możemy odnieść wrażenie, że jest ona niemal wyłącznie źródłem zła. Kingsnorth pisze, że przyczynia się ona do dehumanizacji, a nawet – że jej definicja skonstruowana w nowożytności przez Francisa Bacona i do dziś co do zasady obowiązująca nie różni się praktycznie od definicji magii u Aleistera Crowleya, bodajże najsłynniejszego okultysty.
Wprawdzie od czasu do czasu autor czuje się zobowiązany wtrącić, że nauka miewa także dobre owoce, ale ostateczny wydźwięk po lekturze jest negatywny. Zwłaszcza że jako przykład złego funkcjonowania nauki Kingsnorth (nie tylko w tej książce) co rusz odwołuje się do obostrzeń COVID-owych, bez ich głębszej analizy. W zasadzie wszystko, co porządkujące i systematyzujące, wydaje się mu niebezpieczne.
Czy w tej szarży na scjentyzm nie zaczyna się gubić racjonalność? Jak, po ograniczeniu porządkowania i systematyzowania, Kingsnorth chciałby zorganizować życie 8,2 mld ludzi? Jak łatwo się domyślić, autor nie udziela tu satysfakcjonującej odpowiedzi, podobnie jak nie mówi, jak w systemowy sposób zatrzymać Maszynę.
Rady, które daje czytelnikom spragnionym ocalenia, sprowadzają się do zmiany sposobu patrzenia na świat i stawienia czoła Maszynie – przez tworzenie „moralnej ekonomii” wśród małych wspólnot (bez szczegółów), czy to przez osobistą ascezę i postawienie granic samemu sobie (na przykład: nie będę korzystał z AI).
Mam poczucie, że Kingsnorthowi, który nie należy do biedaków żyjących na marginesie społeczeństwa i którego stać było na kupienie domu w Irlandii, nader łatwo przychodzi moralizowanie i wezwania do ascezy (albo – w wersji hard – do rozbicia smartfona młotkiem, sprzedania laptopa i… bombardowania centrów danych).
Na ascezę mogą sobie pozwolić nieliczni, zwłaszcza w obliczu Maszyny, która uzależnia nas od siebie na poziomie bytowym. A co do bombardowania, to też nie widzę, by Kingsnorth dawał własny przykład ani żeby rozważył, ilu niewinnych ludzi zginęłoby w takim bombardowaniu, a zwłaszcza – ilu winnych uniknęłoby konsekwencji. No ale cóż – poecie do pewnego stopnia wybacza się hiperbole.
Kolejny problem to naiwna wiara Kingsnortha w niektóre rzekome przejawy antyglobalizmu. W wielu miejscach ukazuje współczesne, rzekomo totalizujące, państwa europejskie (nie mówiąc już o Unii Europejskiej) jako nośniki Maszyny być może jeszcze gorsze od wielkiego kapitału.
Pośród przedstawicieli ruchu „antymaszynowego” wymienia Amerykanów głosujących na Trumpa i Brytyjczyków popierających Brexit, pojawia się nawet – w pozytywnym kontekście – Viktor Orbán.
Książka bazuje na postach z Substacka autora, więc częściowo była pisana już parę ładnych lat temu, i wydaje się, że ostatnie lata mocno zweryfikowały ten hurraoptymizm. Kingsnorth miał nadzieję, że Trump, Orbán i Brexit pomogą przeciwstawić się Maszynie.
Tymczasem okazuje się, że amerykański prezydent, sprzysiężony z technologicznymi gigantami, jest jeszcze bardziej „maszynowy” niż jego poprzednicy; Orban stworzył na Węgrzech nepotystyczną quasi-dyktaturę, która w niczym nie przypomina „merry old England”.
Brexitu zaczynają żałować nawet torysi, a już na pewno duża część ich elektoratu. Nie mówiąc już o tym, że w obecnej sytuacji ponadnarodowe organizacje takie jak znienawidzona przez Kingsnortha UE mogą przeciwstawić się Big Techom skuteczniej niż państwa narodowe.
Podzielając więc niechęć autora do Maszyny, jak i dużą część diagnozy, jego następcom i kontynuatorom radziłbym, by jednak uczyli się od świętego Tomasza z Akwinu porządkowania i systematyczności myśli.
Każdy bowiem wojownik występujący przeciw Maszynie będzie poszukiwał potężnych sojuszników, którzy wesprą go w tej nierównej walce. A to poszukiwanie wymaga rozumu, inaczej może zaprowadzić na straszliwe manowce. Niezależnie od tego, „konserwatyzm z zielonych łąk” jest wart kontynuowania. Czy to w Yorkshire, czy na Lubelszczyźnie.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
