Matura 2026? Covid minął, taryfa ulgowa została
Za chwilę młodzi z rocznika 2006 i 2007 usiądą do egzaminu dojrzałości. Sama nazwa tego egzaminu brzmi dziś niemal ironicznie. Matura powinna sprawdzać wiedzę i intelektualną samodzielność absolwenta szkoły średniej, tymczasem od kilku lat państwo wysyła maturzystom inny komunikat: nie wierzymy, że dacie radę, więc będziemy wymagać mniej. Najpierw ministerstwo powoływało się na Covid, teraz na „systemową reformę”.
Pandemia skończyła się dawno temu. A lockdowny i wiążące się z nimi lekcje na Teamsie, „niedziałające” kamerki i mikrofony, czy przesypianie zajęć, należą już do przeszłości. A jednak kolejne roczniki uczniów nadal rozliczane są według odchudzonej podstawy programowej.
Ministerstwo Edukacji ograniczyło podstawę programową o około 20 proc. W przypadku języka polskiego zmniejszono liczbę lektur obowiązkowych (zniknęło ponad 20 pozycji i fragmentów), uproszczono także wymagania z zakresu gramatyki i nauki o języku.
W matematyce ograniczono część zagadnień dotyczących geometrii i wzorów skróconego mnożenia, ograniczono także zakres skomplikowanych dowodów na rzecz prostszych uzasadnień.
Nie chodzi o to, by obrażać młodych ludzi albo wyśmiewać ich braki. Przeciwnie. Problemem jest państwowy system edukacji, który potraktował młodzież mniej poważnie, niż na to zasługują.
Każdy kryzys ma swój koniec. A przynajmniej powinien
W czasie pandemii COVID ograniczenie wymagań miało sens. Uczniowie stracili miesiące normalnej nauki i kontaktu z rówieśnikami. Wielu z nich pracowało w fatalnych warunkach: w małych mieszkaniach, z jednym komputerem na rodzeństwo, bez kontaktu z nauczycielem, bez porządkującego rytmu szkolnego.
Straty edukacyjne poniesione w tym okresie były realne i nikt rozsądny nie powinien tego negować. Badania OECD nie pozostawiają tutaj złudzeń. Wyniki międzynarodowego badania umiejętności zawarte w raporcie PISA 2022, pokazały największy spadek kompetencji uczniów od początku pomiarów.
Najbardziej pogorszyły się wyniki z matematyki, czytania i nauk przyrodniczych. Polska szczególnie wyraźny spadek odnotowała w matematyce. Mimo że wynik nadal pozostaje wyższy od średniej OECD (489 pkt wobec 472 pkt.), był on o 27 punktów niższy niż w 2018 roku.
Uznanie problemu nie może oznaczać życia w nieskończonym stanie wyjątkowym. Kryzys minął, a więc polityka kryzysowa również powinna się skończyć. Tymczasem u nas wygodnie uznano, że łatwiej zostawić ulgi, niż odbudować wymagania.
Ministerstwo uważa, że przepisy obowiązujące w czasie kryzysowym mają uzasadnienie również dziś, ponieważ program był przeładowany materiałem niepraktycznym i wymagającym nauki na pamięć. COVID obnażył ponoć jedynie te wady podstawy programowej, które istniały już wcześniej.
Czy jednak za zbędną wiedzę encyklopedyczną można uznać znajomość ważnych dla tożsamości narodowej Kazań sejmowych Piotra Skargi czy Kroniki polskiej Galla Anonima albo za niepraktyczną – umiejętność przeprowadzania prostych dowodów matematycznych?
Niskie wymagania są atrakcyjne politycznie
Dane Centralnej Komisji Egzaminacyjnej pokazują wyraźnie, że w latach 2014–2020 ogólna zdawalność matury najczęściej mieściła się między 71 a 80 proc. Tymczasem po utrzymaniu obniżonych wymagań wzrosła do 84,4 proc. w 2023 r. i 84,1 proc. w kolejnym roku. To jedne z najwyższych wyników w historii egzaminu.
Jeszcze mocniej widać to w matematyce. Egzamin podstawowy, dawniej traktowany jako najpoważniejsza bariera, zdało 88 proc. maturzystów w 2023 r. i blisko 89 proc. w roku kolejnym. Jeszcze kilka lat temu co piąty uczeń regularnie oblewał matematykę. Dziś zdaje ją niemal dziewięciu na dziesięciu.
Obniżenie wymagań jest politycznie bezpieczne, a może wręcz użyteczne politycznie. Nikt nie protestuje przeciwko łatwiejszej maturze. Uczniowie czują ulgę, rodzice łapią oddech, a politycy mają spokój. Rachunek za to przychodzi później.
Przychodzi na studiach, gdy okazuje się, że trzeba czytać trudniejsze teksty i narzucać samemu sobie dyscyplinę. Przychodzi w pracy, gdy trzeba analizować dane albo rozwiązywać problemy bez gotowej instrukcji. A w końcu przychodzi w życiu obywatelskim, gdy mamy odróżniać logiczne argumenty od emocji.
Minimalne wymagania edukacyjne są równoznaczne ze słabszymi studiami, a co za tym idzie ze słabszym rynkiem pracy i w wyniku tego ze słabszym państwem. Łatwa matura bywa zatem drogim oszustwem.
Pomylenie troski z kapitulacją
Po pandemii w szkołach pojawił się na niespotykaną dotychczas skalę język dobrostanu psychicznego. I dobrze, bo lockdowny wywróciły życie młodych ludzi do góry nogami. Brak kontaktu z rówieśnikami był źródłem samotności i lęku.
Jednakże z prawdziwego problemu wyciągnięto fałszywy wniosek. Uznać, że uczniowie potrzebują wsparcia psychicznego, to jedno. Ale uznać, że dlatego należy od nich mniej wymagać po kilku latach od końca epidemii, to coś zupełnie innego.
Minister edukacji Barbara Nowacka broniła „odchudzonej podstawy”, mówiąc: „Po pierwsze dlatego, by zerwać z fikcją, bo program jest dzisiaj przeładowany, nauczyciele pędzą z tym programem, młodzież nie nadąża się nauczyć”.
Zgadza się, jednakże wybrane remedium: wymagać mniej, aniżeli lepiej uczyć – nie zdało egzaminu. To zupełnie tak, jakby odpowiedzią na wyraźny kryzys kondycji fizycznej było zlikwidowanie lekcji WF-u.
Jeśli uczeń ma trudności, potrzebuje mądrego wsparcia – relacji z autorytetem w postaci dorosłego, który jest w stanie przekonać do sensowności wytężonej pracy. Nie potrzebuje sygnału, że świat, który czeka na niego poza murami ogólniaka – obniży dla niego standardy.
Kto ma pieniądze dokupi kompetencje
Często mówi się, że łatwiejsza szkoła pomaga słabszym uczniom. W praktyce bywa odwrotnie. Dziecko z zamożnego domu, nawet jeśli szkoła daje mniej, dostanie korepetycje, kurs online, wsparcie rodziców, książki i spokojne miejsce do nauki. Poradzi sobie mimo systemu.
Natomiast uczeń z domu pozbawionego kapitału finansowego, który pozwala rodzicom albo znaleźć czas na aktywne uczestnictwo w edukacji dziecka, albo skorzystać z pomocy z zewnątrz, często ma do dyspozycji tylko szkołę. Jeśli szkoła przestaje wymagać, nie ma skąd wziąć reszty.
Obniżanie poziomu nie wyrównuje szans, tylko cementuje nierówności. A te rosną dziś w polskiej edukacji w szybkim tempie. Elity kupują kompetencje prywatnie, reszta dostaje taryfę ulgową. To jedna z najbardziej niedocenianych niesprawiedliwości współczesnej edukacji.

Młodzi zasługują na więcej, nie mniej
Intencje w debacie o szkole bywają dobre. Ochrona młodzieży przed przeciążeniem, stresem i przesadnymi wymaganiami jest zasadna. Ale jej zbyt lekkomyślne wykonanie ma fatalne skutki.
Młodzi ludzie nie potrzebują litości. Potrzebują wiary w ich możliwości. Potrafią podejmować wysiłek, jeśli dostrzegają sens w tym, co robią. Potrafią pracować intensywnie, jeśli ktoś stawia jasne granice i uczciwe wymagania. Potrafią dojrzewać przez odpowiedzialność, a nie przez nieustanne obniżanie poprzeczki.
„Dorosły świat” postąpi najgorzej, jeśli wmówi młodym ludziom, że są zbyt słabi, by sprostać wymaganiom, więc trzeba im uprościć całą otaczającą ich rzeczywistość. W ten sposób wychowa dorosłych, którzy nie wierzą we własne możliwości i kompetencje albo – co gorsza – przyzwyczajają się do przekonania, że świat powinien stale dostosowywać się do ich słabości, a oni sami są jedynie „ofiarami losu”.
Czas wrócić do powagi
Nie musi oznaczać to powrotu do bezmyślnego „zakuwania” ani do pruskiej tresury. Polska szkoła ma wiele realnych problemów: przemęczonych nauczycieli, niewiele miejsca na naukę samodzielnego myślenia, zbyt mało wsparcia psychologicznego. To wszystko wymaga naprawy. Ale naprawa nie polega na trwałym obniżaniu standardów.
Pandemia była wyjątkowym momentem, ale nie może stać się trwałym usprawiedliwieniem przeciętności. Covid minął, a związana z nim taryfa ulgowa została. Najwyższy czas ją zakończyć. Nie przeciwko maturzystom, lecz właśnie dla nich i dla ich przyszłości.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
