Czy dwa płuca uratują PiS? Na pewno szybciej niż udawana jedność
Wbrew wielu opiniom, Prawo i Sprawiedliwość nie jest skazane na rozpad. Musi jednak przejść gruntowną zmianę. Wprowadzenie realnej, jawnej frakcyjności z klarownymi regułami wymagałoby nie tylko korekt formalnych, ale i głębokiej przebudowy kultury organizacyjnej tej partii. To zaś bardzo trudne.

Wewnętrzna wojna w PiS została wstrzymana. Na zorganizowanej niedawno wspólnej konferencji prasowej Mateusza Morawieckiego i Jarosława Kaczyńskiego ogłoszono porozumienie dotyczące działania stowarzyszenia „Rozwój Plus”.
Kompromis polega na tym, że będzie ono legalne, ale ma być jeszcze silniej zintegrowane i nadzorowane przez partię. W komentariacie wielu głowiło się nad egzegezą tego porozumienia, a dowodem na rozbieżność interpretacji był spór „harcerzy” i „maślarzy”, którzy tuż po konferencji zaczęli publicznie wbijać sobie tradycyjne szpilki.
Legalizacja frakcji
Tymczasem to nie ustalenia dotyczące tego, jak powinno funkcjonować sporne stowarzyszenie, było najważniejszym punktem na konferencji Kaczyńskiego z Morawieckim. Wielu obserwatorom umknęło, albo nie przywiązali wagi do absolutnie kluczowej kwestii.
Było nią wprost przyznanie przez prezesa PiS, że będzie ona partią „dwóch płuc” – jedno będzie obsługiwał Morawiecki z drużyną, a drugie Czarnek ze swoimi ludźmi. Kaczyński oficjalnie ogłosił zgodę na dwie de facto frakcje, które mają adresować przekaz do różnych grup wyborców.
Stało się więc to, czego lider PiS bał się jak diabeł święconej wody. Pomny doświadczeń prawicy z lat 90, kiedy była ona wielobarwna, ale jednocześnie słaba i podzielona, nie chciał, aby PiS poszedł tą drogą. Dlatego główną dyrektywą od lat był kurs na jedność bez żadnych odcieni.
Zmiana jest zatem iście kopernikańska. Prezes zarządził ją nie dlatego, że chciał, ale dlatego – że musiał. Zdał sobie sprawę, że wprawdzie nowa logika otwiera wrota, za którymi czai się wiele niebezpieczeństw, ale wiedział, że odmowa może grozić jeszcze większymi problemami.
Kluczowe pytanie, jakie się pojawia w tym kontekście brzmi: co właściwie mają oznaczać te dwa płuca?
Frakcje to nie błąd demokracji, ale jej przejaw
Mimo doktryny jedności w PiS przez lata nie brakowało podziałów i sporów. Kluczowe grupy były jednak nieformalnie i działały poza radarem opinii publicznej i oficjalnego życia partyjnego. Były to więc małe, niejawne koterie aniżeli frakcje.
W dodatku podziały nie były trwałe, bo opierały się na taktycznych sojuszach. Kaczyński był ich świadomy, a nawet aktywnie nimi zarządzał wedle metody „dziel i rządź”.
Pamiętajmy, że frakcje to nie choroba demokracji, ale jej naturalny element. Potwierdza to współczesna politologia, która badaniom nad tymi kwestiami poświęciła sporo publikacji.
O ile kiedyś pokutowało przekonanie, że frakcje to patologia, która prowadzi do rozłamów, destabilizacji i dezorientacji wyborców, tak obecnie uważa się, że frakcje mogą pełnić rolę bezpieczników systemu i katalizatorów rozwoju.
Frakcyjność nie jest więc błędem systemu, lecz sposobem na przetrwanie partii masowych, gdzie zawsze istnieją podziały – ideologiczne i nie tylko.
Oczywiście proces ten może mieć różne oblicza i rodzić różne konsekwencje. Polityczny świat zna wiele przykładów frakcji, które przynosiły więcej korzyści, ale też zna i takie, gdzie bilans był ujemny, nieraz prowadząc do rozkładu partii.
Polityczna konkurencja napędza innowacyjność
Kluczową korzyścią z utrzymania frakcji jest rozszerzenie bazy wyborczej. W sytuacji, w której partia oferuje różne frakcje, wyborcy mają szerszy wybór. Jeśli nie przekonuje ich przekaz jednej frakcji mogą być zainteresowani inną.
Gdy partia dąży do maksymalnej jedności i na siłę tworzy się jeden przekaz na zasadzie „one size fits all”, w którym różne osoby z partii muszą się zmieścić, często ceną spójności jest utrata różnorodności, co zawęża bazę wyborczą.
Korzyści z frakcyjności jest więcej. Dodanie kolejnych barw to nie tylko magnes dla różnych grup wyborców, ale także innych podmiotów w politycznym ekosystemie. To szansa na skuteczniejsze ściągnięcie polityków, ekspertów czy finansowych mecenasów dla których atrakcyjna jest jedynie dana frakcja, i to ją właśnie chcą wspierać.
Nie robiliby tego, gdyby dana grupa była „rozpuszczona” w większym partyjnym organizmie, gdzie jej głos byłby wyraźnie wytłumiony.
Wprowadzenie zasad rywalizacji wewnątrzpartyjnej naturalnie uruchamia także konkurencje, a ta jest źródłem politycznej innowacyjności. Podobnie jak w rywalizacji rynkowej partie bez frakcji – a więc z mniejszą presją na konkurencyjność – mają tendencje do stagnacji i wyjałowienia tak kadrowego, jak i intelektualnego.
Podział równa się paraliż?
Gdyby jednak frakcyjność przynosiła wyłącznie zyski, wszystkie partie ochoczo by się dzieliły. Tak różowo nie jest. Naturalną obawą związaną z frakcyjnością jest rozpad partii. Skoro partia zaczyna się wewnętrznie dzielić, to ryzyko, że podziały te będą się nasilać, jest nie tylko zrozumiałe, ale i empirycznie potwierdzone.
Nawet jeśli partia się nie rozpadnie, to przynajmniej jej członkowie rozjadą się komunikacyjnie. Skoro partia jest podzielona na frakcje, a każda ma inną melodię, to wyborcy mogą się poczuć skonfundowani.
Wreszcie uruchomienie wewnętrznej rywalizacji może odbyć się kosztem rywalizacji z innymi partiami. Walka o wpływy wewnątrz partii nie raz bywa na tyle wyczerpująca, że nie starcza energii i pomysłów, aby ją skutecznie kontynuować poza nią.
Wreszcie, nieobcy różnym podzielonym partiom jest paraliż decyzyjny. Jeśli metody podejmowania aktywności muszą uwzględniać stanowiska różnych frakcji, a te idą ze sobą na wojnę, to aż się prosi o pat.
Jak zatem zaprojektować frakcyjność, żeby bilans korzyści przeważał nad stratami?
Rywalizować tak, by się nie zdegenerować. Z pomocą na to pytanie przychodzi książka Francoise Boucek, Factional Politics: How Dominant Parties Implode or Stabilize. Wydana w 2012 r. pozycja buduje teorię na podstawie analizy konkretnych przykładów systemów politycznych w różnych państwach.
Jej badania nad brytyjskimi konserwatystami, kanadyjskimi i japońskimi liberałami czy włoską chadecją przekonująco opowiadają nie tylko o tym, gdzie frakcyjność się powiodła, a gdzie nie, ale przede wszystkim: co stoi za jej sukcesami bądź porażkami.
Boucek wprowadza model trzech faz frakcyjności. Pierwsza to frakcyjność kooperatywna, czyli model, w którym mamy do czynienia z różnymi frakcjami, ale zachowują się one w sposób silnie kooperacyjny.
Rywalizacja jest w nim mocno ograniczona, a grupy wewnątrz partii są co prawda zinstytucjonalizowane, ale dążą do kompromisu przez negocjacje, aby utrzymać partię przy władzy.
Drugi model to frakcyjność konkurencyjna, czyli faza, w której frakcje wprawdzie rywalizują ze sobą w sposób otwarty, ale jednocześnie rządzony jasnymi regułami. Grupy zachowują się jak mini-partie, ale są lojalne wobec partii-matki.
Trzeci model to frakcyjność degeneracyjna. W przeciwieństwie do poprzednich, ten model jest patologiczny. Pojawia się, gdy mechanizmy kooperacji lub zdrowej konkurencji zawodzą, a walka staje się grą o sumie zerowej. Frakcje przestają dbać o dobro wspólne (partii), a skupiają się na partykularnym interesie i wyłącznie na eliminacji rywali.
Boucek stawia klarowną tezę – aby frakcyjność w partii przyniosła jej więcej pożytku niż problemów musi ona przybrać postać albo modelu kooperatywnego, albo konkurencyjnego.
Oba modele to równoprawne mechanizmy adaptacyjne, pozwalające na inkluzywne zarządzanie różnorodnością partyjną. Jeśli ugrupowanie wchodzi w fazę degeneracyjną, to pojawia się strukturalny problem a wewnętrzne ciśnienie może zakończyć się implozją.
Jak zaprojektować dobrą frakcyjność?
Boucek nie zostawia nas z samymi modelami i ich konsekwencjami, ale odpowiada na pytanie, co zrobić, aby partia znalazła się w fazie kooperacyjnej / rywalizacyjnej, a nie degeneracyjnej.
Jej odpowiedź, ale potwierdzona także innymi badaniami, to właściwa architektura reguł gry, czyli stworzenie określonych bodźców, które będą popychać polityków do pożądanych zachowań.
Jedne reguły będą nagradzać współpracę, która pozwoli frakcjom współpracować, inne z kolei mogą powodować stopniowe „zjadanie” partii przez frakcje. Co zrobić, aby zrealizować pierwszy, a nie drugi scenariusz? Rekomendacje badających frakcje wskazują na konieczność spełnienia kilku warunków.
Po pierwsze, kluczowa jest „instytucjonalizacja” frakcji. Muszą być one zarówno legalne, jak i jawne. Najlepiej, aby były uznane w statucie partii, który powinien pozwalać na tworzenie przy frakcjach własnych struktur.
Gra w otwarte karty pozwala na klarowne zarządzanie różnicami znacznie łatwiej niż w sytuacji, w której frakcje działają w swoistym drugim obiegu. Jawność i legalność buduje stabilizację i możliwość sprawiedliwego podziału zasobów. Ukrycie rodzi niestabilność i sprzyja nieformalnym układom oraz intrygom, które podkopują zaufanie.
Po drugie, istota sporu powinna odnosić się do idei i kwestii programowych, a nie personalnych. Spory ideowe polegające na negocjacji wartości, programów i strategii formacji są dla partii bardziej konstruktywne niż kłótnie, w których chodzi jedynie o egoistyczny podział stanowisk konkretnej grupy polityków.
Te pierwsze ożywiają partie, te drugie zaś – prowadzą do klientelizmu i finalnie rozpadu partii.
Po trzecie, muszą być jasne mechanizmy rywalizacji międzyfrakcyjnej. Boucek podaje przykład japońskiej partii liberalno-demokratycznej, gdzie jasne reguły pozwalały w sposób sprawiedliwy dzielić stanowiska zarówno w partii jak i potem w rządzie i inne zasoby.
System ten oparty był o rywalizację osób z poszczególnych frakcji na listach wyborczych (które były wcześniej gwarantowane poszczególnym grupom), a następnie proporcjonalnych wpływach w partii, jak i rządzie do finalnego wyniku wyborczego.
Po czwarte, frakcje mimo podziałów muszą mieć wspólny mianownik. Patrick Köllner i Matthias Basedau w innej fundamentalnej pracy Factionalism in Political Parties: An Analytical Framework for Comparative Studies dowodzą, że frakcyjność działa wzmacniająco tylko wtedy, gdy nie kwestionuje podstawowych celów partii.
Musi być więc pewne minimum, na które wszystkie frakcje się godzą.
Elementy lojalności wobec rdzenia partii wzmacniają poczucie gry do jednej bramki. W sytuacji, w której frakcje dzielą się w taki sposób, że wspólny mianownik jest zbyt mały – partia pęka.
Czy PiS może to zrealizować?
Analiza warunków, jakie muszą być spełnione, aby podział frakcyjny był korzystny dość jasno pokazuje, że PiS w obecnej formie zaczął przygodę z frakcyjnością od fazy zdegenerowanej, która prowadzi do osłabienia, a nie wzmocnienia partii.
Frakcje walczą ze sobą bez reguł i oparciu o model gry o sumie zerowej, który jest napędzany głównie ściganiem się o schedę po Kaczyńskim. Uznanie stowarzyszenia Morawieckiego, ale pod warunkiem totalnego podporządkowania innym strukturom partyjnym, pokazuje, że mamy do czynienia z fasadą frakcyjności.
Szczególnie że równocześnie prezes PiS arbitralnie wyznaczył lidera jednej z frakcji na kandydata na premiera. Reakcja grup na porozumienie dobrze pokazuje, że mamy do czynienia z kruchym zawieszeniem broni, a nie systemowym zarządzaniem problemem.
PiS nie jest skazany na rozpad. Wciąż Jarosław Kaczyński ma instrumenty do tego, aby ustawić partię na właściwych torach.
Aby to się jednak wydarzyło partia musiałaby przejść gruntowną zmianę, a nie kosmetykę. Wprowadzenie realnej, jawnej frakcyjności z klarownymi regułami wymagałoby nie tylko korekt formalnych, ale i głębokiej przebudowy kultury organizacyjnej tej partii.
Przede wszystkim zmianę musiałby przejść sam Jarosław Kaczyński. Powiedzenie, że partia powinna oddychać dwoma płucami to na razie deklaracja. Prezes PiS musiałby porzucić ulubioną metodę „dziel i rządź” na rzecz roli arbitra między zinstytucjonalizowanymi frakcjami.
Ta druga rola musiałaby oznaczać, że godzi się z ograniczeniem swojej władzy. Bycie arbitrem lub sędzią pilnującym, czy inni przestrzegają reguł to bowiem ograniczenie arbitralności własnych decyzji.
Na dziś taki scenariusz jest jeszcze możliwy, ale bardzo trudny. PiS takiej kultury nie tylko nie ma ale i nigdy nie miał, bo był budowany na innym DNA. Dlatego dziś bliżej tej formacji do scenariusza włoskiej chadecji z początku lat 90. opisanej przez Boucek, gdzie wewnętrzne nieformalne frakcje skoncentrowane na osobistych korzyściach na tyle osłabiły partię, że przy większym kryzysie nie były w stanie dłużej współpracować.
Jeśli dla PiS gdzieś szukać nadziei, to w głębokich marzeniach Jarosława Kaczyńskiego. W czasie kiedy był premierem w 2007 roku powiedział w jednym z wywiadów: „Bardzo chciałbym pozostawić po sobie partię, która będzie trwałym elementem systemu politycznego w Polsce”.
Paradoks tego marzenia polega na tym, że realizacja tego marzenia wymagałaby od Kaczyńskiego wdrożenia tego, czego nie chciał robić przez całą historię PiS.
Dziś poszedł pół kroku do przodu, ale to stanowczo za mało, aby zobaczyć światło na horyzoncie. Jeśli nie zrobi kolejnych kroków i będzie chciał utrzymać status quo, jego największy polityczny projekt prawdopodobnie zakończy się wraz z jego końcem politycznej kariery.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.