Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Cena rewolucjonizmu. Co mógłby zablokować TK, gdyby nie został sparaliżowany?

Cena rewolucjonizmu. Co mógłby zablokować TK, gdyby nie został sparaliżowany? autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Degradacja autorytetu Trybunału Konstytucyjnego była jednym z większych błędów Jarosława Kaczyńskiego. Gdyby nie zniszczono pozycji TK, polska prawica miałaby lepsze argumenty w wielu sporach, które po 2015 roku przyszło jej toczyć.

Jest październik 2015 roku. W niedawnej republikańskiej debacie prawyborczej, senator Ted Cruz żartował, że zbuduje mur na granicy z Meksykiem i sprawi, że Donald Trump za niego zapłaci. Platforma TikTok nie istnieje, a spółka OpenAI zostanie założona dopiero za kilka miesięcy. Mówiąc krótko, świat wygląda inaczej.

A Polska? Sejm VII kadencji właśnie powołał 5 nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego, z czego 2 – nielegalnie. 16 listopada zostanie zaprzysiężony rząd Beaty Szydło, który stanie przed dwoma rozwiązaniami: zmierzyć się z tym problemem przy zachowaniu obowiązujących procedur lub wykorzystać pretekst i „pójść na całość”.

Jak wiemy z dzisiejszej perspektywy, wybrano wojnę. Niestety, dla stabilności państwa polskiego, hańby również nie udało się uniknąć.

Kolejne odsłony sporu o Trybunał Konstytucyjny, w tym ta najnowsza, już dawno przestały budzić emocje społeczne porównywalne do tych sprzed dekady. Politycy dwóch największych partii w Polsce stracili nie tylko motywację moralną, ale także tę wyborczą, aby konstruktywnie zmierzyć się z tematem kryzysu konstytucyjnego. Być może jedynym, przekonującym argumentem będzie dla nich ich własny interes.

Grzech założycielski

Nie można w tym miejscu nie przypomnieć pierwszej reakcji polityków PiS-u na zmianę ustawy o Trybunale Konstytucyjnym przeforsowaną przez Platformę Obywatelską latem 2015 roku.

Złożyli oni bowiem wniosek do TK, domagając się zbadania zgodności tej nowelizacji z konstytucją, a szczególnie art. 137 ustawy, który pod pozorem przepisu przejściowego umożliwiał powołanie dodatkowych 2 sędziów jeszcze w VII kadencji Sejmu.

Po przejęciu władzy w listopadzie wniosek został wycofany z Trybunału, co zmusiło sąd do umorzenia postępowania. PiS, zamiast dążyć do wyeliminowania złych przepisów, zamierzał je wykorzystać jako casus belli. Niedługo potem niemal identyczny wniosek złożyli jednak posłowie PO, licząc na niekonstytucyjność uchwalonej przez siebie ustawy.

TK postąpił zgodnie z przewidywaniami większości chłodnych obserwatorów – pod sygnaturą K 34/15 orzekł, że nie można dokonać wyboru „w stosunku do stanowisk sędziowskich, które zostaną zwolnione dopiero w trakcie kadencji przyszłego Sejmu”, a „podstawa prawna wyboru ich następcy została uznana za niekonstytucyjną”.

Systemowy bezpiecznik, jakim ma być Trybunał, w sposób modelowy spełnił więc swoją funkcję. Co więcej, w tym przypadku uczynił to z korzyścią dla prawicy, wbrew powszechnemu wśród jej przedstawicieli przekonaniu, że jest on emanacją niechętnych jej, liberalnych elit.

Skutki braku takiego bezpiecznika prawica odczuwa dziś jeszcze mocniej. Jakkolwiek nie oceniać bowiem sympatii politycznych sędziów zasiadających w TK przez całą historię III RP, można przyjąć założenie, że przynajmniej niektóre z najbardziej kontrowersyjnych decyzji aktualnego rządu Trybunał mógłby skutecznie zablokować, gdyby jego funkcjonowanie nie zostało wcześniej sparaliżowane, a jego autorytet ostatecznie podważony.

Subwencja dla PiS

Choć temat zatrzymania wypłaty subwencji budżetowej dla Prawa i Sprawiedliwości od 2024 roku należy oceniać przede wszystkim z perspektywy prawnej, to najbardziej odczuwalny jest on w praktyce politycznej. Jak wskazywał Piotr Trudnowski, jest to m.in. jedna z głównych przyczyn tak mocnych tarć wewnątrz ugrupowania.

Warto przypomnieć, że kiedy Państwowa Komisja Wyborcza po raz pierwszy odrzuciła sprawozdanie finansowe PiS-u, odwołanie w tej sprawie trafiło do Sądu Najwyższego. SN – wbrew zarzutom, że orzekająca w tej sprawie izba składała się z upolitycznionych neo-sędziów – „podzielił wyrażoną przez PKW dezaprobatę dla praktyki wykorzystywania piastowanych funkcji publicznych w kampanii wyborczej”.

Wskazał jednak braki w argumentacji prawnej i niewystarczający stopień udokumentowania naruszeń, które uniemożliwiały utrzymanie uchwały PKW w mocy – skarga została więc uznana za zasadną.

Rozpoczęło to kilkumiesięczne przeciąganie liny pomiędzy Państwową Komisją Wyborczą a ministrem finansów Andrzejem Domańskim. Spór dotyczył uznawania orzeczeń Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN oraz pytania o obowiązek wykonywania przez ministra uchwał PKW.

Gdyby Trybunał Konstytucyjny spełniał w tym czasie swoją funkcję, jako budzący zaufanie stabilizator systemu, Sąd Najwyższy mógłby zwrócić się do niego z pytaniem prawnym, w trybie z art. 193 ustawy zasadniczej, o zgodność z konstytucją i innymi ustawami nakładających się na siebie przepisów Kodeksu wyborczego i Ustawy o partiach politycznych. Prawo i Sprawiedliwość miałoby szansę uzyskać mocny argument w sporze o subwencję, nieobciążony skutkami dyskusji na temat statusu tzw. neo-sędziów.

Tym bardziej, że tożsame zagadnienie pojawiło się już przed Trybunałem w 2017 roku, wsparte obszernym stanowiskiem Rzecznika Praw Obywatelskich. TK, pod kierownictwem Julii Przyłębskiej, nie wydał w tej sprawie wyroku, a po latach umorzył sprawę – być może dlatego, że dotyczyło to sprawozdania złożonego przez Partię Razem. Jak się okazało, po latach zemścił się brak jednoznacznego stanowiska w tej sprawie.

„Czysta woda” w likwidacji

Dawno ucichły już emocje wokół TVP i sposobu, w jaki została przejęta nad nią kontrola po zmianie władzy w 2023 roku. Obie strony sporu wydają się pogodzone z dzisiejszym, mizernym stanem mediów publicznych.

Wystarczy jednak przypomnieć sobie zacięte boje staczane na korytarzach budynków przy ul. Woronicza czy w biurze Polskiej Agencji Prasowej, aby uświadomić sobie polityczną wagę tamtych wydarzeń.

Po 8 burzliwych latach funkcjonowania w TVP, partia Jarosława Kaczyńskiego straciła swój główny środek przekazu i komunikacji z elektoratem, a nie udało się przez ten czas zbudować rozsądnej, niezależnej instytucjonalnie od rządu, prawicowej alternatywy.

Z kolei przejmująca władzę koalicja upatrywała w mediach publicznych łatwy łup w kontekście „rozliczeń”, tak szumnie zapowiadanych i szczerze oczekiwanych przez wielu jej wyborców.

Efektowna, choć groteskowa, forma wchodzenia do siedzib poszczególnych mediów tylko jeszcze mocniej zagrzewała do walki rozochocony wyborczym zwycięstwem liberalny komentariat.

Nie ulega jednak wątpliwości, że przeprowadzone zmiany, a przynajmniej ich część, były niezgodne z obowiązującym prawem. Warto przypomnieć, że gdyby wcześniej wykonano orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2016 r. pod sygnaturą K 13/16, kompetencje do wyboru władz mediów publicznych nie zostałyby odebrane Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.

Tym samym politycy PiS mieliby wystarczająco dużo czasu, aby znaleźć inny, zgodny z konstytucją, sposób na zapewnienie sobie wpływu na obsadę TVP, PAP i Polskiego Radia po utracie władzy.

Wojna o ambasadorów

Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski uznał niedawno, że sprawa braku przedstawicieli Rzeczpospolitej w najważniejszych stolicach na świecie warta jest primaaprilisowego żartu na platformie X. Obywatelom nie powinno być jednak do śmiechu – Polska nie jest w pełni dyplomatycznie reprezentowana w aż 88 krajach.

Oczywiście, nie jest to kwestia spędzająca sen z powiek ani wyborcom, ani politykom. Formy prowadzenia polityki zagranicznej się zmieniają, a nigdy nie był to obszar najbardziej interesujący opinię publiczną. Z perspektywy prawicy jest to jednak przestrzeń, w której pozycja Prezydenta RP mogłaby zostać wzmocniona.

Trybunał Konstytucyjny już raz wypowiedział się w historii III RP na temat sporu kompetencyjnego w dyplomacji. W ramach słynnej „wojny o krzesło” w wyroku Kpt 2/08 z 2009 r. orzekł, że głowa państwa ma prawo uczestniczyć w posiedzeniu Rady Europejskiej – czego rząd chciał jej odmówić – i choć powinna reprezentować stanowisko przedstawione przez Radę Ministrów, to może się do niego odnieść.

W kwestii powoływania ambasadorów wyrok wydany przez niezależny i cieszący się silnym autorytetem TK mógłby być potencjalnie jeszcze bardziej przychylny. W komentarzu do Konstytucji autorstwa prof. Piotra Tulei (sędziego Trybunału w latach 2010 – 2019) możemy przeczytać, że głowa państwa „nie jest prawnie związana złożonymi wnioskami”, a zasady współdziałania z art. 133 Konstytucji „nie powinno się traktować jako podstawy do pozbawiania Prezydenta pewnej swobody w realizacji jego konstytucyjnych kompetencji”.

Brakuje bezpiecznika

Konstytucja RP z 1997 r. od wielu lat poddawana jest poważnej krytyce, ostatnio coraz częściej także przez samych polityków. Niewątpliwie najistotniejszym argumentem w tej dyskusji jest problematyczny podział kompetencji pomiędzy różne ośrodki władzy, który niejednokrotnie ułatwia paraliż instytucjonalny, zamiast przed nim chronić.

Opisane tu przypadki pokazują, że bardzo często politycznie traci na tym prawica, w dodatku na własne życzenie.

Oczywiście, gdyby wszystkie z powyższych sporów udało się szybko rozwiązać, a instytucje państwa zadziałałyby skutecznie, politycy KO i PiS-u straciliby cenne dla nich pokłady polaryzacyjnego paliwa.

Z ich punktu widzenia niebezpieczna jest sama myśl o tym, czym mogłaby zainteresować się opinia publiczna, gdyby przez ostatnie 2,5 roku nie traciła czasu na tak jałowe kłótnie.

Myślenie propaństwowe wymaga jednak oparcia się pokusie prowadzenia polityki wyłącznie poprzez zarządzanie negatywnymi emocjami. Co więcej, wymaga rzeczywistego wyciągania wniosków z błędów przeszłości.

A jeśli i to zawodzi, pozostaje przynajmniej mieć nadzieję, że politycy dostrzegą w dbaniu o trwałość najważniejszych instytucji w państwie swój własny interes.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.