Żyjemy w czasach internetowej (kontr)reformacji. Wikipedia pokazuje jak naprawić debatę publiczną?
Szukając przyczyn kryzysu demokracji liberalnej zwracamy uwagę na różne rzeczy. Konserwatyści skupiają się na oderwaniu się od metafizycznego fundamentu Zachodu jakim jest chrześcijaństwo. Populiści zaś podkreślają oderwanie się globalnych elit od ludu i ciemne strony globalizacji. Pomija się jednak „słonia w pokoju” – jest nim pojawienie się internetu. Technologia ta podważyła debatę publiczną opartą o autorytet ekspertów, wywołując chaos i w ten sposób podważając fundamenty demokracji liberalnej. Powinniśmy uczyć się z historii. Nasz kultura przechodziła już tego typu procesy. Miało to miejsce w renesansie.
Obserwując współczesny świat, trudno oprzeć się wrażeniu, że żyjemy w czasach przesilenia kulturowego. Choć mniejsze i większe kryzysy towarzyszą ludzkości nieustannie, to wydaje się, że w ostatnich lata nastąpiła ich ponadstandardowa kumulacja. Widzimy rosnące niepokoje w wielu, pozornie nie powiązanych ze sobą sferach.
W większości krajów Zachodu możemy zaobserwować narastającą niechęć wobec zastanego systemu politycznego, przejawiającą się rosnącą popularnością ruchów antysystemowych. Zarówno USA jak i Zachód Europy doświadcza spadku zaufania do tradycyjnych, mainstreamowych partii. Walka polityczna coraz częściej wykracza poza ramy zwyczajnych kampanii – obejmując nawet próby delegalizacji przeciwników politycznych.
Równolegle obserwujemy kryzys instytucji akademickich i spadek zaufania do ekspertów, co objawia się rosnącą popularnością teorii spiskowych. Coraz częściej można też zauważyć kwestionowanie systemów sądowniczych oraz instytucji międzynarodowych.
Wydaje się, że dotychczasowy układ traci grunt pod nogami. Jakby coś go podmywało i trwał pewien niewypowiedziany, ale wyczuwalny podskórnie konflikt między dawnym porządkiem, oraz czymś, co próbuje się z niego narodzić. Czy to oznacza upadek Zachodu? A może jest wręcz przeciwnie – dotychczasowy porządek przeobraża się w coś nowego, a konwulsje jakich doświadcza nasza cywilizacja są nieodłącznym elementem towarzyszącym narodzinom nowych epok?
Internet jest niczym biblia Marcina Lutra
Współcześnie epokę renesansu kojarzymy raczej pozytywnie. Wyobrażamy ją sobie jako okres wzmożonego rozwoju kulturalnego, epokę wielkich dzieł tworzonych przez wybitnych myślicieli i artystów. Rzadziej pamiętamy jednak o tym, że był to okres bardzo burzliwy, naznaczony wojnami religijnymi wynikłymi z protestanckiej rewolucji , które w XVI wieku nabrały niezwykle krwawego charakteru.
Był to okres wielkiego fermentu intelektualnego, który oprócz nowych odkryć, niósł ze sobą potężną dawkę niepokoju – podważał bowiem istniejący porządek.
Jednym ze źródeł tego procesu było upowszechnienie się wynalazku maszyny drukarskiej. Ówczesne społeczeństwo opierało się o ograniczony dostęp do wiedzy. Możliwość korzystania z ksiąg miały jedynie wąskie grupy zamożnych i wykształconych ludzi, głównie kapłanów oraz elit uniwersyteckich. Jednak dzięki coraz tańszym i łatwiej dostępnym książkom zaczęto coraz szybciej upowszechniać informację.
Wraz z rosnącą dostępnością tekstów i powszechnością umiejętności czytania, pojawił się pewien „efekt uboczny” – nowe interpretacje kanonu, często wykraczające poza główny nurt i dominujące narracje. Był to jednak miecz obosieczny.
Obok bowiem, świeżych i nowatorskich spojrzeń na odwieczne problemy, pojawiły się również szkodliwe herezje To zaś prowadziło do zaognienia sporów i eskalacji przemocy. Druk nie był tutaj jedynym winowajcą, ale z pewnością stanowił on jeden z kluczowych elementów niepokojów epoki renesansu.
Wracając do współczesności, to dzisiejszym odpowiednikiem prasy drukarskiej jest internet. Choć powstał już w latach 70-tych, to stał się powszechny dopiero na przełomie tysiącleci. I od tamtej pory jego wpływ na nasz świat ustawicznie rośnie.
Globalna sieć internetowa wielokrotnie przyspieszyła przepływ informacji i zdemokratyzowała wiedzę do poziomu, nieznanego w dotychczasowej historii. Gdy spojrzy się na skalę tego zjawiska z szerszej perspektywy, to wydaje się wręcz pewnym rodzajem naiwności założenie, że społeczeństwem wyposażonym w to nowe narzędzie będzie można zarządzać w takim sam sposób jak dawniej.
Debata publiczna moderowana przez ekspertów miała swoje plusy i minusy
Jeszcze w latach 90., kwestie prawne, były wyłączną domeną prawników, którzy zajmowali się nimi we własnym gronie. Jako jedyni mieli nie tylko kierunkowe wykształcenie, ale również dostęp do dokumentów, kodeksów i ustaw. Dziś aż ciężko sobie wyobrazić, że szukając jakiegoś zapisu trzeba było iść do biblioteki, wziąć do ręki fizyczny wolumin i go przekartkować.
Także ze względu na te fizyczne ograniczenia, mało kto, poza specjalistami, miał czas, aby samemu analizować poszczególne sprawy i wydawać na ich temat opinie, nie mówiąc już o tym, żeby wygłaszać je publicznie. Wyroki wydawane przez ekspertów rzadko były kwestionowane przez społeczeństwo, które nie miało ani narzędzi do ich weryfikacji, ani powodów do ich podważania.
Podobnie było z naukowcami, którzy wymieniali się wiedzą za murami uniwersytetów, na zamkniętych kongresach czy też na łamach specjalistycznych czasopism, które mało kto czytał. Debata publiczna również miała ograniczony zasięg – ograniczała się z grubsza do tego, co mówili profesjonalni dziennikarze. I nawet jeżeli istniał „drugi obieg” to miał stosunkowo ograniczoną skalę.
Wszystko to miało swoje plusy i minusy. Z jednej strony opisane dziedziny były domeną osób przeszkolonych w zajmowaniu się nimi. Nawet jeżeli czasami popełniały one błędy, dopuszczały się manipulacji czy kłamstw, to mimo wszystko występowały pod swoim nazwiskiem i swoją pozycją odpowiadały za swoje słowa.
Z drugiej strony taki model miał też oczywiście swoje ograniczenia. Interpretacja nagromadzonej przez ludzkość wiedzy była bowiem ograniczona do stosunkowo niewielkiej grupy ludzi, którzy poprzez edukację byli profilowani w określony sposób i zamknięci na niektóre rozwiązania.
Będąc ekspertami tworzyli też osobną klasę społeczną, której obce mogły być problemy z jakimi stykały się szersze masy. Była to też grupa stosunkowo mała, ze względu choćby na nakłady jakie trzeba było poświęcić, aby ją stworzyć.
Spora liczba inteligentnych ludzi, zwłaszcza z biedniejszych krajów, siłą rzeczy pozostała poza nią. Wiele osób posiadało jedynie pojedyncze „cząstki wiedzy” wynikające choćby z ich życiowego doświadczenia, pozostające jednak ich prywatną własnością lub ich lokalnych społeczności. Przez większość historii ten potencjał tkwiący w masach leżał odłogiem, odpięty od globalnej sieci przepływu informacji.
Ciemne i jasne strony internetowej demokratyzacji dostępu do informacji
Internet sprawił że dane stały się dostępne dla każdego kto miał komputer z szybkim łączem. W ułamku sekundy można było sprawdzić niemalże dowolną informację. Nastąpiło intelektualne upodmiotowienie całych społeczności, które zamiast polegać na zdaniu autorytetów, mogły same zacząć zbierać dane, analizować je, przetwarzać i tworzyć własne, unikatowe interpretacje.
Dodatkowo, każdy mógł w sieci podzielić się wypracowanymi przez siebie wnioskami, które podawane dalej, krążyły po globie z prędkością światłowodu. Memy – w sensie jednostki informacji – przepływały przez internet niczym impulsy neuronalne w gigantycznym mózgu.
Nastąpiła zmiana, która jednak nie była tak jednoznacznie dobra jak mogło początkowo się wydawać. Kosztem procesu włączenia mas w obieg danych było bowiem tworzenie olbrzymich ilości bezwartościowej, fałszywej lub wręcz szkodliwej informacji.
Większość osób, które dostawały dostęp do badań naukowych, ustaw czy danych statystycznych nie umiała ich poprawnie interpretować. Za to każdy mógł napisać co mu się wydaje, a we wszechogarniającym szumie zdań i opinii, ciężko było odróżnić ziarna od plew.
Kontrowersyjne teorie spiskowe, roznosiły się szybciej niż rzeczowe analizy, a plotki szybciej niż ich sprostowania. Nic więc dziwnego, że środowiska eksperckie i akademickie z niepokojem patrzyły na ten proces.
Z drugiej strony, debata społeczna znacznie poszerzyła swój zasięg. Pojawiły się głosy marginalizowanych dotąd grup. Dziedziny wiedzy zaczęły się mieszać ze sobą, tworząc zupełnie nowe sposoby ich rozumienia. Wreszcie powstał nowy rodzaj komentariatu, niezależny od tradycyjnych mediów, akademii i polityków, z heterodoksyjnym podejściem do wielu spraw.
Prędkość rozwoju i tworzenia danych zwiększyła się skokowo, tworząc nową rzeczywistość, której nie jesteśmy w stanie jeszcze w pełni poznać. Już sama ilość tworzonych danych mimowolnie przechodziła w nową jakość. Bez wątpienia nie byłoby rewolucji AI, gdyby nie monstrualne ilości tekstów, obrazów i filmów jakie miliardy użytkowników internetu wrzucały do sieci każdego dnia.
Dawne autorytety nie potrafią odnaleźć się w nowej rzeczywistości
Sprawa nie jest łatwa do oceny i na każdy zysk z tej nowej sytuacji przypada kilka nowych problemów. Napięcie pomiędzy nową, internetową społecznością a tradycyjnymi elitami intelektualnymi nabiera na sile i to właśnie je odczuwamy tak boleśnie. Nie jesteśmy w stanie już utrzymać dawnego konsensusu, ale też nie wiemy, jak poradzić sobie z chaosem jaki w międzyczasie powstał.
To zderzenie nowego ze starym najlepiej widać na przykładzie „akademików”, zwłaszcza starszej daty, przyzwyczajonych do świata, w którym ustalenia grona ekspertów były niemal bezdyskusyjnie przyjmowane przez masy. Kiedy coś ogłosili, reszta po prostu to akceptowała.
Dziś jednak ich wypowiedzi natychmiast spotykają się z falą komentarzy i krytyki. I to nie ze strony kolegów po fachu, lecz anonimowych internautów. Ataki te w większości są nieuzasadnione. Zdarza się jednak, że faktycznie demaskują one błędy poznawcze, uprzedzenia czy manipulacje od jakich naukowcy nie są wolni.
Przykładem może być tutaj profesor Magdalena Środa, której mocno wątpliwe teorie (np. na temat płci) są akceptowane na jej macierzystej uczelni, gdy tymczasem internet nie zostawia na nich suchej nitki.
Podobne zjawisko dotyczy polityków. Ci starsi, przyzwyczajeni do kontrolowania przekazu poprzez kontakty z kilkoma redakcjami, dziś muszą mierzyć się z bezpośrednią reakcją internautów i zarządzać przekazem poprzez memy i wirale. Jedni potrafią odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, a inni reagują agresją lub wycofaniem się.
Zmienia się także rola partii politycznych i samej debaty publicznej. Partie, które dotąd reprezentowały interesy określonych grup i pełniły funkcję pośredników między społeczeństwem a elitami, tracą swoją dotychczasową pozycję. Skoro obywatele mają bezpośredni dostęp do informacji i do siebie nawzajem, to ich rola staje się wątpliwa.
Przez większość historii lud akceptował pewien poziom nepotyzmu, korupcji czy dyletanctwa swoich włodarzy, ponieważ tylko oni mieli dostęp do wiedzy na temat szerszej sytuacji w świecie. Teraz gdy dane są powszechnie dostępna, to każdy może je analizować i samodzielne wyciągać z nich wnioski.
Internet daje możliwość kontroli wielkich tego świata
Zbiorowa siła internetowych mas potrafiła wyłamać się nawet z zasad obowiązujących na rynkach finansowych. Przykładem może być historia aplikacji giełdowej Robinhood oraz słynnego short squeeze’u na akcjach GameStop z 2021 roku.
W dużym uproszczeniu polegało ona na tym, że liczna grupa drobnych inwestorów detalicznych, skupionych wokół forum internetowego, zaczęła masowo kupować akcje spółki, podbijając ich cenę. Ich celem było „wyciśnięcie” pieniędzy z dużych graczy giełdowych, którzy wcześniej obstawiali spadek kursu GameStopu.
Zjawisko to było o tyle zaskakujące, że dotychczas podobne strategie były domeną instytucji finansowych, wykorzystywanych wobec mniejszych graczy. W tym przypadku sytuacja się odwróciła, co mogło wywołać niepokój wśród elit finansowych. Choć nie wiemy, jaka była ich reakcja, to faktem jest, że przedsięwzięcie zakończyło się wstrzymaniem problematycznych transakcji na wspomnianej aplikacji giełdowej.
Uwolnienie się informacji spod kontroli, ma też inny pozytywny aspekt. Zamknięte środowiska mają bowiem tendencję do tuszowania nadużyć. Dobrym przykładem jest sprawa Harveya Weinsteina, o którego problemie wiedziano w Hollywood przez lata, ale strach i zależności uniemożliwiały reakcję. Dopiero nagłośnienie sprawy w internecie za pomocą akcji #MeToo, wywarło presję, która doprowadziła do jego skazania.
Nowy obieg informacji, pomógł więc w zwiększaniu przejrzystości wielu środowisk i instytucji. O ile bowiem głos pojedynczej osoby mógł zniknąć w tłumie, to jeżeli nagromadziły się one w jednym punkcie wirtualnej przestrzeni – zaczynały nabierać na sile.
Patrząc też na opieszałość z jaką jest rozliczana sprawa Epsteina, można powątpiewać czy akta tej sprawy ujrzałyby w ogóle światło dzienne, gdyby nie nieustanne naciski społeczne wywierane głównie za sprawą social mediów.
Nawet jeżeli przy okazji pojawiły się nadużycia, to sama jawność życia publicznego nie wydaje się być czymś złym. Jest to zresztą zgodne z biblijnym cytatem: „Nie ma nic ukrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć”.
Czy debatę publiczną da się jeszcze kontrolować?
Każda akcja wywołuje reakcję. Tak jak w XVI wieku Kościół katolicki starał się reagować na reformację, tak i dziś dawne instytucje nie są obojętne na zachodzące zmiany. Demokracja liberalna również przechodzi coś, co można określić mianem internetowej kontrreformacji.
Coraz częściej pojawiają się głosy o potrzebie kontroli internetu. Pierwsze próby tego mieliśmy już w 2012 roku, podczas protestów przeciw ACTA. Już wtedy wydawało się jasne, w jakim kierunku zmierzają zmiany, jednak próba ich zatrzymania okazała się nieudana.
Co ciekawe, jak w czasach reformacji różnice religijne mieszały się z polityką międzynarodową, tak i dziś obserwujemy napięcia związane z wpływami amerykańskich big techów.
Nie wchodząc w dywagacje, czy za próbą cenzury sieci stoją szczere intencje utrzymania porządku wobec narastającego chaosu, czy może cyniczna chęć utrzymania władzy, to nie wydaje się, aby zmiany udało się zatrzymać lub cofnąć.
Wydaje się, że podobnie jak w sporze renesansowych reformatorów z inkwizytorami, nie udało się osiągnąć zdecydowanego zwycięstwa żadnej ze stron, tak i obecnie nie dojdzie ani do całkowitego zatrzymania procesu demokratyzacji wiedzy, ani do całkowitego odcięcia się od elit intelektualnych. Zgodnie z historyczną dialektyką, prawdopodobnie dojdzie raczej do pewnej syntezy obu nurtów – a jej zarysy już możemy dostrzec.
Wikipedia symbolem eksperckiej kontrreformacji
Nie jest prawdą, że przestrzeń publiczna została całkowicie przejęta przez laików i przypadkowych ludzi, a autorytet umarł całkowicie — zmienił się jedynie sposób jego funkcjonowania.
Większość osób, nawet mając dostęp do całej wiedzy świata, nie ma ambicji, chęci ani czasu aby samemu ją interpretować. Przykładem pozornej powszechności tworzenia informacji jest Wikipedia.
Internetowy projekt, który teoretycznie może edytować każdy, w praktyce jest tworzony i nadzorowany głównie przez specjalistów z danych dziedzin. Działają oni jednak w innym trybie: we współpracy ze społecznością internetową, a nie poza nią. Jest to przykład tego jak eksperci z danych dziedzin, mogą wyznaczyć nowe ramy funkcjonowania w nowej przestrzeni wymiany informacji.
Osobnym przykładem pomostu między starą akademią i nowym medium są też popularnonaukowe kanały internetowe, jak na przykład ten prowadzony przez Tomasza Rożka. Potrafi on łączyć tradycyjną wiedzę z atrakcyjnym przekazem, co trafia do niemal 800 tysięcy jego subskrybentów.
Także Klub Jagielloński jest instytucją, która stanowi pewnego rodzaju łącznik między starym i nowym światem. Z jednej strony zrzesza osoby wywodzące się z szeroko pojętej akademii, a z drugiej strony aktywnie działa w social mediach, starając się trafić ze swoim niełatwym przekazem „pod strzechy”.
Eksperckość nie umiera, lecz uczy się działać według nowych reguł. Dziś nie wystarczy ogłosić czegoś ex cathedra i zakładać, że społeczeństwo to przyjmie. Trzeba podjąć rękawicę, wyjść w tłum, wejść z nim w debatę, wytłumaczyć swoje stanowisko i odpowiadać na zarzuty.
***
Na koniec można się zastanowić, jak konserwatysta powinien podejść do konfliktu między starym i nowym porządkiem. Wydaje się, że zasadniczo istotę konserwatyzmu jest dążenie do „konserwowania” systemu, a więc stanięcie po stronie ancien regime.
Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, bo ów dawny ład jest u swoich podstaw ideologicznie niechętny konserwatywnym wartościom, przynajmniej tak, jak rozumiane są po prawej stronie.
Z tego też powodu spora część chrześcijan sympatyzuje ze stroną antysystemową. Nie zmienia to jednak faktu, że populiści en masse, są mieszanką dość złożoną, w której spora część poglądów stoi w sprzeczności z tradycyjnymi wartościami.
Osobiście jako osoba starająca się patrzeć na historię przez pryzmat procesów, uważam że pewne zmiany muszą się wydarzyć. Można jednak zmieniać ich kierunek. Moderować ich przebieg i ostatecznie wpływać na końcowy kształt. W tym sensie powinniśmy więc być akuszerami transformacji, dbającymi o to, aby dokonała się w możliwie cywilizowany i bezpieczny sposób.
W wyniku renesansowych przemian, pomimo całego zamieszania, konfliktów, stosów i wojen, ostatecznie udało się wykształcić nową kulturę komunikacji i debaty. Zmniejszył się dystans między elitami a resztą społeczeństwa. Uniwersytety zaczęły się otwierać na nowe prądy myślowe. To właśnie tamta transformacja stała się jednym z fundamentów rozwoju nowoczesnej nauki.
Społeczeństwa europejskie potrzebowały czasu, by „dojrzeć” do korzystania z nowego medium, jakim był druk. I choć nie było to łatwe, ostatecznie wyszło im to na dobre. Oby nam zaadaptowanie internetu zajęło mniej czasu — i oby obyło się bez przemocy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

