Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Ludzie zrywają relacje z rodzicami i przyjaciółmi przez podziały polityczne. Polaryzacja zaszła za daleko

Ludzie zrywają relacje z rodzicami i przyjaciółmi przez podziały polityczne. Polaryzacja zaszła za daleko autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

W 2025 roku doszliśmy do przełomowego momentu, gdy o naszych wyborach politycznych nie decydują nasza zamożność, miejsce zamieszkania czy wykształcenie. Wyścig o fotel prezydencki nie był zderzeniem dwóch wizji Polski. Podział na Polskę liberalną solidarną, proeuropejską, antyeuropejską nie ma dziś znaczenia. To, co ustawia dziś debatę publiczną, to przemysł nienawiści. Zwycięstwo w tej bitwie mierzone jest w skali obrzydzenia przeciwnika. A tym przeciwnikiem bywa rodzic, mąż, sąsiad lub kolega z pracy.

Przedstawiamy fragment książki „Nienawidzę ich! To Polacy mówią na terapiach. Reportaż z podzielonego kraju” autorstwa Karoliny Olejak, wydawnictwo Prześwity, Warszawa 2026.

Liberałowie zazdroszczą

Rodzice przyjechali do Krakowa. Mieliśmy miło spędzić czas. Spacer, obiad na mieście i galeria. Ojciec ma spotkanie absolwentów liceum. Chciał się pokazać po latach. Normalny, miły dzień. Szliśmy Sienną, później przez Planty do Galerii Krakowskiej. Po drodze, wiadomo, mnóstwo ludzi. Nie zwracałam na to uwagi, bo przywykłam do tłumu. Pracuję niedaleko Rynku.

Nagle widzę, że mama zaczyna nerwowo spoglądać na ojca. Ten cały zdenerwowany. Wysyłają sobie porozumiewawcze spojrzenia. Najpierw myślałam, że chodzi o mnie. Mama zawsze coś dostrzeże. Oberwany guzik, źle zapięty plecak, obszarpana sznurówka – powodem może być wszystko. Nic nie komentuje, ale sytuacja staje się bardzo napięta. Nagle matka wybucha: „Wszędzie te Ukrainki. Pewnie chłopa szukają”. Byłam w szoku.

Dlaczego?

Matka jest dyrektorką szkoły. Chodziła na marsze KOD-u. Za Tuska dałaby sobie rękę pokroić, a tu nagle taki szowinistyczny komentarz.

Co pani poczuła?

Wstyd mi się za nią zrobiło. Aż się obejrzałam, czy nikt nie słyszał. Wychowywałam się w postępowym domu, a ona nagle z takim tekstem.

Odpowiedziała pani coś?

Powiedziałam jej, że trwa wojna i te kobiety przed nią uciekły. Mama na to, że jakby były takie biedne, to siedziałyby w domu, a nie chodziły po galeriach. Twierdzi, że wszędzie widzi drogie samochody, „baby” z torebkami i na paznokciach. Niech lepiej wrócą do siebie i tam walczą, każdy musiał w historii swoje wywalczyć. Nam też nikt nie pomagał.

Co pani poczuła?

Wstręt, że moja mama mówi takie rzeczy. Jakby naczytała się Sputnika. Zaczęłam krzyczeć, że naczytała się rosyjskiej propagandy i chyba przepaliło jej zwoje mózgowe. Jest wykształconą, postępową kobietą, a wyjeżdża z tekstami, jakbym słuchała prostej baby pod sklepem. Nieraz to mi zarzucała zbyt konserwatywne podejście, gdy głosowałam na Trzecią Drogę. Mówiła, że to zakamuflowane prawaki.

Jak pani myśli, czemu panią to tak dotknęło?

Czułam, jakby to było o mnie. Ja też jestem młodą dziewczyną, chodzę po galeriach. Przeraziła mnie perspektywa, że ktoś mógłby pomyśleć tak na mój temat. Wkurzyła mnie szczególnie tym, że szukają tu pewnie męża. Tak jakby Polacy to był jakiś rarytas, na który trzeba zapolować. Gdyby była wojna i musiałabym uciekać, to ostatnie, czego bym chciała, to szukanie męża Niemca czy Francuza. To obrzydliwy prymitywizm tak myśleć.

Zwróciła się pani do taty?

Tak, trochę złagodził temat, ale zasadniczo przyznał jej rację. Mówił, że nie możemy utrzymywać dwóch narodów. Mówił coś o kolejkach u lekarzy i o tym, że Ukraińcy gadają przez zestaw głośnomówiący w telefonie i to brak kultury. Skoro mieszkają u nas, to powinni trzymać się zasad.

I jak się pani poczuła?

Oszukana. Myślałam, że wychowałam się w postępowym, otwartym domu. W życiu się nie spodziewałam, że mogę od nich usłyszeć coś takiego. To ohydne. Wywrzeszczałam im jeszcze, że powinni spróbować sobie wyobrazić, że to ja uciekam przed wojną i ktoś mówi, że powinnam wrócić do swojego kraju.

Jak zareagowali?

Hipokryzją. Mówili, że to inna sytuacja, bo na pewno starałabym się pracować i nie byłabym dla nikogo ciężarem. Niby skąd mają wiedzieć, jak by było.

To może być rodzaj lęku. Każdy się boi nowych sytuacji. Obawiają się wojny, a obecność Ukraińców im o tym lęku przypomina.

To pierwotne i nieludzkie. Brzydzi mnie to. Zupełnie inne rzeczy deklarowali w dyskusjach. Pamiętam, jak pisowcy budowali mur i zamykali granice. U rodziców byli znajomi. Wszyscy poszli na film Zielona Granica. Dyskutowali o nim. Matka to sobie nawet nakładkę na Facebooku ustawiła. Trzęsła się nad losem dzieci na granicy, ale oczywiście nic poza gadaniem nie zrobili.

Co złego w tym, że martwili się losem ludzi na granicy?

Wykpiwali wtedy pospólstwo, które zamyka się w domach i boi się kilkuset imigrantów. Mówili, że to prości, niewyedukowani ludzie, których podsycają pisiory. Chwilę później, gdy mają realnego człowieka obok, to sami zachowują się jak te pisiory.

Co chce pani z tym zrobić?

Szczerze? To ja już wolę tę prawicę. Tamci przynajmniej nie udają. Boją się i o tym mówią. Ja na pewno nie będę takim człowiekiem.

Powiedziała pani o tym rodzicom?

Tak, uznali, że jestem rozhisteryzowana. Dalej mają się za postępowych i liberalnych. Zaraz pierwszy listopada. Przyjdą ciotki i będą opowiadać o tych żałosnych, nieludzkich pisiorach i faszystach.

***

Polska z kraju emigracyjnego zmieniła się w kraj imigracyjny. Po dekadach wyjazdów naszych obywateli w poszukiwaniu lepszych warunków życia po raz pierwszy to nasz kraj stał się domem dla osób, które poszukują ekonomicznej i życiowej stabilizacji. Niewątpliwie przyczynił się do tego nasz sukces gospodarczy, ale także wojna, która rozpoczęła się za naszą wschodnią granicą. To właśnie ona całkowicie zmieniła sposób postrzegania wyzwań, jakie niesie za sobą gościnność.

Podejście do migracji przestało być kwestią deklaracji, a zaczęło być pytaniem o to, na ile jesteśmy w stanie dzielić się ograniczonymi zasobami w postaci dostępu do usług publicznych, takich jak ochrona zdrowia, edukacja czy transport. Do tych zmian doszło nagle, czyli w warunkach nietypowych dla żadnego społeczeństwa.

Obawy związane z otwartością potęguje dodatkowo fakt, że granica polsko-białoruska jest miejscem, gdzie to właśnie migranci wykorzystywani są przez reżimy Rosji i Białorusi jako element wojny hybrydowej. To wszystko sprawiło, że jasny podział na zwolenników i przeciwników migracji zobaczyliśmy w zupełnie innym świetle.

Jeszcze w 2015 roku za przyjmowaniem uchodźców z miejsc, gdzie toczy się wojna, wypowiadało się 72 proc. Polaków Bez trudu można znaleźć badania z tamtego okresu pokazujące, że jesteśmy narodem bardziej otwartym niż nasi europejscy sąsiedzi od lat borykający się z wyzwaniami związanymi z polityką migracyjną. Tu pojawia się pierwsza pułapka, w którą wpadają komentatorzy, czyli deklaracje a rzeczywistość. Ta druga zweryfikowała powyższe statystyki bardzo szybko, bo dokładnie 10 lat później po doświadczeniu przyjęcia do Polski naszych ukraińskich sąsiadów.

Między stereotypem a prawdą

Gdyby zapytać, kto jest najbardziej otwarty na obecność imigrantów w Polsce, niemal każdy odpowiedziałby bez zawahania, że osoby deklarujące lewicowo-centrowe poglądy. Do pewnego stopnia byłaby to prawda. To właśnie wyborcy takich ugrupowań mają lepsze skojarzenia ze słowem „imigrant”. Tak na przykład w badaniu CBOS swój stosunek do imigrantów osiedlających się w Polsce jako pozytywny określiło 75 proc. osób o poglądach lewicowych, 66 proc. deklarujących poglądy centrowe i 53 proc. określających się jako prawicowi wyborcy. Podobnych badań było wiele.

Opierając się wyłącznie na statystykach, można wyciągnąć prosty wniosek. Wraz z wyznawanymi poglądami politycznymi wyraża się nasz stosunek do drugiego człowieka, solidarność oraz zrozumienie, że – niezależnie od pochodzenia – każdy ma prawo układać sobie życie w różnych miejscach na ziemi. Deklaratywnie osoby o progresywnych poglądach przejawiają większą akceptację dla inności kulturowej i językowej w otoczeniu.

Chętniej poznają inne społeczności i wyobrażają sobie życie w kraju, który jest zróżnicowany. Nie przeszkadza im, że praktyki religijne, tradycje czy zwyczaje odbiegają od tych, które znamy. Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej skomplikowana i szczere rozprawienie się z mitami dotyczącymi tej otwartości pomoże nam zrozumieć, na czym naprawdę opiera się otwartość i czym jest prawdziwa tolerancja wobec przyjezdnych.

Gdy dla intelektualnego ćwiczenia odrzucimy programy partii czy wypowiedzi konkretnych polityków, którzy są z nimi związani, a poddamy pod analizę poglądy wyborców różnych ugrupowań, sytuacja przestaje być czarno-biała. Staje się naprawdę fascynująco sprzeczna. Okazuje się, że wszystkich nas, bez względu na deklaracje wyborcze, cechuje duża warunkowość w zakresie przyjmowania obcokrajowców.

Obraz tolerowanego imigranta w obu grupach jest bardzo podobny. Oczekujemy od nich przede wszystkim wkładu i zaangażowania w rynek pracy. Akceptację dla deportacji obcokrajowców, jeśli nie podejmą w naszym kraju pracy w ciągu roku, wyraża 78 proc. Polaków.

Uważamy, że polityka migracyjna powinna być prowadzona w oparciu o zapotrzebowanie rynku. Chcemy, żeby w Polsce osiedlali się głównie ci, których kwalifikacji potrzebujemy. W praktyce oznacza to, że oczekujemy, że przyjezdni będą wykonywać te prace, których my wolelibyśmy nie podejmować. Tu jesteśmy zgodni niemal w pełni.

Chcemy, żeby państwo prowadziło jasną i strategiczną politykę migracyjną. W praktyce oznacza to monitoring tego, kto i na jakich zasadach pracuje w naszym kraju. Oczekujemy, że politycy i eksperci wyznaczą branże, gdzie pracowników brakuje, i wedle tych statystyk urzędnicy wydadzą odpowiednie pozwolenia i zgody. Tymczasem polska rzeczywistość to polityka migracyjna, którą przejął przypadek i oczekiwania dużych korporacji. A to nie podoba się większości naszych obywateli.

Wolę Polaka

Kasia ma 32 lata i pracuje w branży IT. Skończyła studia, rozpoczęła pierwszą i kolejną pracę. Jest doceniana, jeździ na międzynarodowe konferencje, a ostatnio dostała awans. Ma lewicowe poglądy, głosuje na Nową Lewicę, ale na co dzień nie udziela się społecznie. Raz na jakiś czas, głównie za namową znajomych, dorzuca się do Szlachetnej Paczki albo zbiórki na chore dziecko.

Jest zajęta karierą, nie zastanawia się nad tym. Działalność w organizacjach pozarządowych to po prostu nie jej bajka. Jednak, gdy dociera do niej, co dzieje się na polsko-białoruskiej granicy, coś w niej pęka. Godzinami ogląda nagrania z uchodźcami, których wolontariusze znajdują w lesie bez butów, niedożywionych i zmarzniętych. Nie może przestać o tym myśleć.

Zgłasza się do jednej z organizacji, która zajmuje się tą sprawą. Bierze udział w zbiórce ciepłych ubrań, ogłasza w biurze zrzutkę na specjalną żywność, którą można przekazać uchodźcom. Ustawia nakładkę na zdjęcie profilowe, bo, jak mówi, chce, żeby więcej osób dowiedziało się o sprawie.

I powtarza: „To jak w czasie II wojny światowej i Holokaustu – wszyscy wiedzieli, ale nikt nie miał odwagi mówić”. Udostępnia artykuły. Wyrzuca ze znajomych wszystkich, którzy negują, że na polskiej granicy ludziom dzieje się krzywda.

– Pamiętam, że na każdą próbę wyjaśniania, że sytuacja jest złożona, a to element wojny hybrydowej, reagowałam płaczem – relacjonuje.

Wielu osobom zaimponowała swoją jednoznaczną postawą.

– Nienawidziłam Konfederacji i PiS-u. To oni odczłowieczają ludzi, którzy znaleźli się na granicy. Bez tej całej hejterskiej propagandy prawicy łatwiej byłoby pomagać osobom, które znalazły się w tak ciężkim położeniu. To oni napędzają niechęć do migrantów i sprawiają, że pokazywani są w złym świetle – mówi, nie kryjąc oburzenia.

Kasia mieszka w lokalu, który należy do jej ciotki. Dzięki temu nie płaci wiele za czynsz. Wie jednak, że to i tak „życie na kredyt”, bo krewna od dawna zapowiada, iż będzie chciała sprzedać mieszkanie. Decyzja zapada w czerwcu 2025 roku. Rozpoczynają się poszukiwania.

Kasia, z racji, że na co dzień mieszka pod adresem ciotki, udostępnia lokal. Pokazuje go przyszłym właścicielom, oprowadza i opowiada o technicznych szczegółach instalacji w mieszkaniu. „Zwiedzających” jest kilkudziesięciu, różni ludzie. Niektórzy bardziej, inni mniej poważnie zainteresowani kupnem.

Spotkania są męczące. Dużo pytań, a często z góry wiadomo, że do transakcji nie dojdzie. Pewnego dnia w domu Kasi zjawia się Ukrainka. Kobieta ma na oko 30 lat – dobrze ubrana, z torebką okraszoną ogromnym logo – od progu jest zdecydowana na zakup. Chce płacić gotówką.

Kasia odruchowo próbuje ją zniechęcić. Relacjonuje, jak wyglądała awaria instalacji, która doprowadziła do zalania mieszkania, o sąsiadach, którzy lubią hałasować po dwudziestej drugiej. Na próżno, kobieta jest przekonana do kupna. Prosi o nawiązanie kontaktu z właścicielką w celu finalizacji transakcji. Kasia obiecała jej przekazanie kontaktu, ale nigdy tego nie zrobiła. Nie powiedziała ciotce o kobiecie, która była zdecydowana na zakup mieszkania. Dlaczego tak się zachowała?

– Nie chciałam, żeby Ukrainka mieszkała w takim mieszkaniu – przyznaje.

– Takim, czyli jakim? – dopytuję.

– Mieszkaniu z historią, w centrum Warszawy. Wolałam, żeby zostało w rękach Polaków. Myśl, że Ukraińcy wykupują takie lokale, strasznie mnie irytuje – przyznaje.

Drążę.

– Ta Ukrainka była w moim wieku. Miała ze 30 lat. Wkurza mnie, że stać ją na kupno mieszkania za gotówkę. Ja od ośmiu lat ciężko pracuję, a wcześniej wiele lat się uczyłam, żeby otrzymywać godne pieniądze. Mimo wszystko nigdy nie będzie mnie stać na tak duże mieszkanie.

Ukraińcy są w Polsce gośćmi – mówi i przyznaje, że jest w niej niechciane poczucie wyższości. Woli, żeby mieszkali w wynajmowanych mieszkaniach na Tarchominie albo Bemowie (dzielnice oddalone od centrum Warszawy – przyp. red.). Pytam ją, jak łączy te dwie postawy. Z jednej strony zaangażowanie w sprawę uchodźców, z drugiej niechęć wobec dzielenia się z innymi wspólną przestrzenią.

– Myślałam o tym długo. Pomaganie uchodźcom było miłe, gdy chodziło o osoby niemające nic, całkowicie zdane na moją łaskę. Wiem, że to źle brzmi, ale czułam się dzięki temu bohaterką. Byłam potrzebna i czułam, że robię coś dobrego. Uchodźcy, którzy przyjechali tu z workiem pieniędzy, są dla nas głównie zagrożeniem – przyznaje.

***

Jeśli mielibyśmy znaleźć jeden temat, który łączy całe pokolenie, ponad politycznymi podziałami, to byłby to kryzys mieszkaniowy. Temat przewodni rozmów towarzyskich i dyskusji rodzinnych. Niezależnie od poglądów, młodych łączy ta sama troska – brak zdolności kredytowej, wkładu własnego i obawa przed zadłużeniem na 30 lat.

Jedni kombinują, jak uzbierać na wkład własny, pożyczają od rodziny, biorą dodatkowe zlecenia. Inni już dawno uznali, że uzbieranie kilkuset tysięcy złotych przekracza ich możliwości, nawet jeśli ciężko pracowaliby przez najbliższe dekady. Dezerterują i wynajmują mieszkanie za niemal połowę swojej pensji. Przez lata żyją w obawie, czy właściciel mieszkania nie zechce nagle wypowiedzieć umowy, bo znajdzie się inny zainteresowany lub zgłosi się ktoś bliski z rodziny.

Znoszą dziwactwa, niespodziewane wizyty, rzeczy trzymane w szafach, bo właściciel nie ma innego pomysłu, co z nimi zrobić. Znam historie, gdzie całe pokoje były zamknięte na kłódkę, bo właściciel trzymał „coś” w pokoju, który był wyłączony z najmu. To „coś” każdego dnia przypominało, że nie jesteś u siebie w domu. Masz dostęp tylko do jasno wygrodzonych przestrzeni.

Ta sytuacja rodzi napięcia. Nie tylko między współlokatorami. Przede wszystkim rodzi konflikt międzypokoleniowy. Młodzi mają żal do rodziców, iż ci nie zapewnili im wsparcia w zdobyciu własnego lokalu. Czują, że ze względu na sytuację gospodarczą nie będą w stanie kupić go żadnymi siłami. Tymczasem ich zdaniem pokolenie rodziców względnie łatwo mogło zdobyć mieszkanie. Widzą w tym ważną rolę państwa, niezależnie od funkcjonującego wówczas systemu.

Odkładają ważne decyzje życiowe na czas, gdy będą już mieli bezpieczną przystań do zamieszkania. Nawet ci, którzy jasno deklarują chęć posiadania dzieci, wstrzymują się z tym do czasu, gdy ich sytuacja lokalowa się ustabilizuje. To właśnie niepewność w tym zakresie jest jedną z głównych barier wskazywanych przez młodych w badaniach demograficznych.

Pokolenie rodziców 25–30-latków przedstawia swoje racje. Problemy z dostępem do podstawowego zaopatrzenia, pozyskiwanie każdego mebla ogromnym wkładem oraz książeczki mieszkaniowe, które również nie były ich zdaniem szybkim sposobem zdobycia własnego mieszkania. Przytaczają wspomnienia o tym, jak wychowywali dzieci w dwupokojowych mieszkaniach albo tych dzielonych z dziadkami. Jednak żaden z tych argumentów nie ma już mocy. Współcześni dziadkowie zajęci są pracą, a wielopokoleniowe rodziny już nie istnieją.

Rozwarstwienie społeczne sprawia, że zarabiający naprawdę dużo mogą pozwolić sobie na wygodne i duże mieszkania, a ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, nie mogą liczyć na wsparcie państwa w tym zakresie. Tu pojawia się trudny do uchwycenia czynnik porównywania się. Łatwiej jest wieść skromny los, gdy wszyscy wokół mają podobnie. Trudniej, gdy młodych z każdej strony bombardują zdjęcia i obrazki tych, którym lepiej powiodło się w tym zakresie. Tak więc trwamy we wzajemnych oskarżeniach.

Gniazdownicy

W Polsce 1,7 mln osób między 25–34 rokiem życia jest gniazdownikami. Oznacza to, że mimo osiągnięcia dorosłości, wciąż mieszkają z rodzicami i nie założyli własnej rodziny.

Najwięcej gniazdowników żyje w woj. świętokrzyskim (41 proc.), podkarpackim i w lubelskim (po 39 proc.). Najmniej (poniżej 30 proc.) w woj. mazowieckim, pomorskim i dolnośląskim. Oznacza to, że zjawisko znacznie bardziej dotyczy wschodniej części Polski.

Gniazdownicy to częściej mężczyźni (63 proc.). Co czwarty z nich ma wyższe wykształcenie. Stereotyp, że są to głównie niepracujący młodzi dorośli jest nieprawdziwy, bo większość to osoby aktywne zawodowo. Pracują częściej ci, którzy zostają z rodzicami mieszkającymi na wsi niż w mieście.

Jeśli gniazdowniczkami są kobiety, to statystycznie są lepiej wykształcone. Ponad połowa z nich (52 proc.) posiada wykształcenie wyższe. To nauczycielki, pielęgniarki, opiekunki i pracowniczki zatrudnione na niższym szczeblu w państwowych lub prywatnych przedsiębiorstwach. Pracują, ale ich wynagrodzenie albo nie pozwala na wynajem mieszkania, albo trawiłoby ponad połowę ich miesięcznego wynagrodzenia.

Gdy zsumujemy wszystkie aspekty problemu dostępności mieszkań, otrzymamy idealny materiał na konflikt społeczny. Tam, gdzie pojawia się niedobór, zwłaszcza w tak podstawowej kwestii jak bezpieczne i stabilne miejsce zamieszkania, wkradają się również wzajemne oskarżenia i poczucie niesprawiedliwości. To za mało? Skomplikujmy.

Według szacunków rządu przygotowanych na potrzeby „Strategii migracyjnej Polski na lata 2025–2030” w naszym kraju przebywa blisko 2,5 mln cudzoziemców, których pobyt określamy jako długookresowy (przebywają w Polsce ponad 12 miesięcy). To 2,5 mln ludzi, którzy muszą gdzieś zamieszkać.

Uchodźcy wojenni z Ukrainy przebywający obecnie w Polsce to około 1 mln osób, a łącznie — z imigrantami sprzed 2022 roku — społeczność ukraińska liczy ok. 1,9 mln osób (te szacunki nieco się różnią w zależności od instytucji prowadzącej badania). Ich sytuacja mieszkaniowa uległa znaczącej poprawie: spada liczba osób, które zamieszkują lokale zbiorowe. Zmienia się to na korzyść indywidualnie wynajmowanych mieszkań na rynku komercyjnym.

Większość imigrantów zaspokaja swoje potrzeby mieszkaniowe samodzielnie. Wynajmują (73 proc.) lub kupują lokal (9 proc.). Pozostali korzystają z pomocy pracodawcy lub mieszkają z ukraińskimi rodzinami. Na zakup częściej decydują się ci, którzy do Polski przyjechali jeszcze przed wojną.

Oznacza to, że społeczność ukraińska coraz sprawniej i łatwiej wchodzi na rynek mieszkaniowy. Zakotwicza się i osadza w naszej rzeczywistości. Z jasnych przyczyn cieszy to tych, którzy oczekują prowadzenia polityki migracyjnej opartej na osobach zbliżonych do nas kulturowo. To również dowód na to, że udaje nam się nie powielać modelu gettoizacji przyjezdnych i włączamy migrantów z Ukrainy w naszą strukturę społeczną.

Jeśli jednak chcemy zbudować prawdziwy obraz naszych relacji, to musimy zdać sobie sprawę, że ma to również negatywne konsekwencje. To naturalne, że sukcesy jednych w tym zakresie będą postrzegane przez innych negatywnie. Część Polaków odbiera imigrantów jako konkurencję.

Więcej osób na deficytowym rynku mieszkaniowym to, z indywidualnej perspektywy, trudność ze znalezieniem atrakcyjnego ogłoszenia. Skutkuje to podwyższonymi kosztami wynajmu i castingami na idealnego lokatora prowadzonymi przez właścicieli lokali. Zaś osoby udostępniające mieszkania w napływie migrantów widzą własne problemy, np. trudności z formalizacją umowy (deficyty językowe, czasem braki w odpowiednich dokumentach).

Problemem na rynku mieszkaniowym jest też wrażenie zawyżania cen zakupu mieszkania. Chociaż ekonomiści spierają się, czy to ostatnie jest faktyczną prawidłowością rynku, nie zmienia to faktu, że w indywidualnym postrzeganiu osoby, która chce kupić mieszkanie, tak właśnie wygląda „zatłoczony” rynek. Bez zbędnej poprawności, z jednoczesną ostrożnością wobec uprzedzeń, trzeba to dostrzec.

Kto najbardziej odczuje presję związaną z dostępnością lokali? Nie osoby posiadające własny kąt, ale ci, którzy sami są wędrowcami na rynku mieszkaniowym. To oni będą patrzeć na znikające oferty względnie taniego wynajmu. Tułać się od jednego do drugiego lokalu w poszukiwaniu właściciela mieszkania, którego oczekiwania spełnią.

To wreszcie oni, wydając połowę swojej wypłaty na podstawową życiową funkcję, będą się zastanawiać, czy zamiast wakacji w tym roku odkładać na kaucję. To w tym obszarze koncentruje się największe napięcie. Chodzi przecież o najbardziej podstawową kwestię — dach nad głową.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.