I kto tu jest pipi-prawicą? Wokół buntu Mateusza Morawieckiego
Mateusz Morawiecki, Jarosław Kaczyński i Adam Bielan. Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=9HRbBjryUbY
Po trzech latach od utraty władzy przez PiS oglądamy coś więcej niż konflikt w partii. Obserwujemy zamianę ról. Radykałowie coraz częściej zachowują się jak koniunkturaliści, a umiarkowani – jak ci, którzy idą pod prąd. Przekorny Polak postawi dziś prędzej na Mateusza Morawieckiego i Michała Dworczyka niż Patryka Jakiego i Przemysława Czarnka.
Określenie „pipi-prawica” przez lata służyło jako pałka na tych, którzy – zamiast krzyczeć – próbowali coś przemyśleć, skorygować, czasem zrewidować. Miało oznaczać prawicę uległą, salonową, dostosowującą się do ducha czasów, unikającą realnej konfrontacji z politycznymi przeciwnikami.
Tyle że jeśli tę definicję potraktować poważnie, to dziś zaczyna ona pasować gdzie indziej. Już nie do Mateusza Morawieckiego, ale do jego przeciwników.
Bo czym jest koniunkturalizm w polityce, jeśli nie dostosowywaniem przekazu do tego, skąd aktualnie wieje wiatr? A tenna prawicy od pewnego czasu wieje z jednego kierunku – z Konfederacji. To ona narzuciła ton debacie w wielu kluczowych debatach, a część PiS-u dostroiła się do tej melodii z gorliwością neofity.
Stąd nagłe zaostrzenia kursu: retoryka antyunijna podkręcona do granic karykatury, odruchowe granie antyniemieckimi resentymentami, powroty do węgla w stylu „im bardziej na przekór, tym lepiej”. Wszystko to coraz mniej przypomina spójny projekt polityczny, a coraz bardziej – reaktywną politykę komunikacyjną.
Do tego dochodzi nieznośny symboliczny hołd składany ruchowi MAGA, akurat w momencie, gdy poprzez politykę Donalda Trumpa staje się to coraz mniej sexy, nawet dla tych, którzy jeszcze niedawno upatrywali w przywódcy Stanów Zjednoczonych nadziei na konserwatywną kontrrewolucję.
Gdy widzę Patryka Jakiego przebranego za Charliego Kirka albo swojskie „oze-sroze” Przemysława Czarnka przypominające Trumpowskie „drill, baby drill”, to zastanawiam się, gdzie podziała się partia, która na każdym kroku stawiała na estetyczny i retoryczny suwerenizm.
Rozumiem ten rodzaj politycznego marketingu – to wszystko ma wyglądać na twardość. W praktyce coraz częściej jest jednak miękkością – tyle że przebraną za radykalizm. Bo łatwiej rozgrzewać media społecznościowe tanim populizmem, niż wejść w realny spór, który coś kosztuje.
I tu pojawia się paradoks Morawieckiego.
Można go nie lubić, można mu nie wierzyć, można kwestionować jego rządy – ale trudno nie zauważyć, że w ostatnich trzech latach wybrał inną ścieżkę niż duża część jego środowiska. Zamiast ścigać się jedynie na ostrość tweetów, wszedł w długie, merytoryczne debaty – z Krzysztofem Bosakiem, Sławomirem Mentzenem czy Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Zamiast grać wyłącznie emocją, próbuje odbudować narrację rozwojową i modernizacyjną.
To nie jest droga efektowna. To jest droga żmudna, momentami niewdzięczna. Wymaga wychodzenia poza własną bańkę i przyjmowania ciosów z każdej strony – i z Telewizji Republika, i z TVN-u. Ale to jest też coś, co przypomina politykę w klasycznym sensie: spór, argument, próba przekonania. Promowanie swojej agendy wbrew emocjom ludu.
Przez długi czas pojawiał się zarzut, że Morawiecki „nie ma ludzi”. Trzy lata poza władzą to dobry test. I wygląda na to, że zdołał zbudować środowisko na tyle realne, że jego ewentualna secesja byłaby dla PiS-u gwoździem do trumny.
Symboliczne było zresztą to słynne zdjęcie po rozmowie z prezesem w mieszkaniu Adama Bielana. Kiedy „maślarze” rozgrzewali X-a przez tydzień, ostatecznie siedmiogodzinną pogawędkę o strategii partii, ale i ponoć o historii filozofii uciął sobie z Kaczyńskim nie Czarnek, lecz Morawiecki.
I tu wracamy do punktu wyjścia.
„Pipi-prawica” miała oznaczać brak charakteru, uległość wobec trendów, brak odwagi w obronie własnych pryncypiów. Trudno uznać, że te określenia pasują dziś do umiarkowanego skrzydła PiS-u.
Może więc warto odwrócić pytanie: nie kto jest dziś wystarczająco radykalny, ale kto jeszcze uprawia politykę, która nie jest tylko jej imitacją?
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
