Polityczna rewolucja Pauliny Matysiak. Cyfrowa podmiotowość lekarstwem na choroby demokracji?
Rzeczywistość polityczna nie nadąża za cyfrową rewolucją medialną. Zwrot ku podmiotowości zatrzymał się w pół drogi: możemy bez pośrednictwa „starych elit” do woli na nie narzekać, ale nie mamy równie otwartych metod inicjowania procesów czy podejmowania decyzji. To wzmaga polityczną frustrację i jest wiatrem w żagle demagogów, którzy obiecują zrobienie porządku z dotychczasową klasą polityczną. Dlatego potrzebujemy głębokiej, cyfrowej reformy demokratycznych procedur. Projekt ustawy złożonej w Sejmie przez Paulinę Matysiak może być ku temu pierwszym krokiem.
Rewolucja podmiotowości zatrzymana w pół drogi
Wiele jest diagnoz kryzysu demokracji liberalnej, który od ponad dekady toczy państwa Zachodu. Większość z nich dostrzega wśród kluczowych przyczyn zmianę formy komunikacji społecznej związaną z cyfrową rewolucją.
Obserwujemy spadek znaczenia tradycyjnych mediów i hierarchicznej komunikacji „z góry” od dawnych autorytetów sfery publicznej (polityków, dziennikarzy, naukowców) na rzecz tej sieciowej, poziomej i pozbawionej hierarchii.
W komunikacji odbywającej się tzw. mediach społecznościowych – choć coraz częściej mamy odwagę nazywać je w praktyce antyspołecznościowymi, a z pewnością antywspólnotowymi – formalne kwalifikacje ani zewnętrzne atrybuty autorytetu nie mają wielkiego znaczenia.
Kluczowa jest umiejętność emocjonalnego wpisywania się w oczekiwana odbiorców, a coraz częściej – w wyobrażenie oczekiwań odbiorców rekonstruowane przez algorytmy wielkich platform.
To sprawia, że powstały całe rzesze alternatywnych kanałów informacji, obalone zostały liczne tabu, a debata publiczna uległa fragmentacji na rozmaite bańki zainteresowań, wrażliwości, lęków i fascynacji. Na tak wyścielonym podglebiu jak grzyby po deszczu wyrastają dezinformacje, teorie spiskowe, radykalne narracje – i dotyczy to każdej ze stron politycznego spektrum.
Wszystko to razem stworzyło jednocześnie wrażenie – na marginesie zostawmy fundamentalne pytanie, czy to miraż, czy rzeczywistość – radykalnej demokratyzacji debaty publicznej. Miliony internautów na całym świecie zyskało możliwość ekspresji swoich poglądów.
Towarzyszy temu, często złudne, przekonanie, że opinie te docierają do decydentów. Wszak wyborcy mogą dzielić się swoimi opiniami także w wiadomościach prywatnych (tzw. DM’ce) albo w odpowiedzi na post polityka. To w naturalny sposób podnosi pułap oczekiwań: skoro do nich piszemy, to powinni nas słuchać.
Śmiem twierdzić, że jednym z powodów trwania i pogłębiania się kryzysu demokracji liberalnej jest właśnie zatrzymanie się tej cyfrowej rewolucji podmiotowości w połowie drogi.
Gdy w wymiarze komunikacji nastąpiła radykalna demokratyzacja, to w sferze procedur i obywatelskiej decyzyjności – niemal wszystko zostało po staremu. Tworzy to destrukcyjne dla demokratycznej polityki poczucie, że nasze opinie są jednocześnie powszechnie słyszane, jak i… głośno ignorowane.
To zaś rodzi zrozumiałe frustracje. Cyfrowe demosy mają uzasadnione powody, by czuć się lekceważonymi. Szczególnie, że w świecie online nawet wyznawcy najbardziej niszowych poglądów nie czują się samotnikami – algorytmy dbają o to, by utwierdzali się w swoich przekonaniach i mieli poczucie przynależności do szerszej grupy.
Ostatecznie zaś rzeczywistość polityczna często przynosi bolesne rozczarowanie: w sieci takie osoby czują, że „społeczeństwo się budzi”, a potem w „starej” sferze publicznej spotyka je dalsze ignorowanie lub retoryczna redukcja do roli niepoważnej ekstremy.
Nic dziwnego, że w efekcie zyskują polityczni demagodzy, nie zawsze słusznie nazywani populistami. Pewne jest, że rozmaite nowe ruchy polityczne budują dziś swoją atrakcyjność przez przygarnianie pod swoje skrzydła rozmaitych takich grup rozczarowanych, o niekoniecznie zbieżnych postulatach i oczekiwaniach. Na polskim gruncie najlepszym tego przykładem jest dziś fenomen „zjednoczonego frontu gaśnicowego”.
Fikcja partycypacji, oszustwo deliberacji
Problem nasilają niezbyt udane próby reformowania zachodnich systemów politycznych. Jeszcze dekadę czy dwie temu mogło się wydawać, że narastające poczucie kryzysu demokracji liberalnej przeminie, z jednej strony, cyfrową rewolucją, a z drugiej – z modą na deliberację i partycypację.
Zyskujące wówczas popularność metody „demokratyzacji” procesów decyzyjnych promowane były przez nieufnych względem demokracji bezpośredniej liberałów i lewicę. Z tych korekt, oczekiwań i obietnic niestety nie zostało wiele.
Partycypacja coraz częściej jest postrzegana jako jedynie symulowanie wpływu. Rozmaite deliberatywne innowacje, z panelami obywatelskimi na czele, nie stały się nową metodą podejmowania decyzji, a jedynie kolejną metodą konsultacji: czaso-, energo- i kosztochłonną, ale bez istotnego wpływu na realne decyzje.
Pomimo tysięcy prób, setek zapisanych stron podręczników do deliberacji i grubych milionów dotacji wydawanych z tych czy innych środków na wzmacnianie nowych form aktywizmu politycznego – ostatecznie jedyną namacalną formą faktycznej politycznej podmiotowości pozostają wybory.
Trudno się zatem dziwić, że chcąc dać upust frustracjom – wiele osób skreśla w nich najbardziej radykalnych kandydatów. Taki głos to dla wielu jedyna szansa, by znów chociaż na chwilę uwierzyć, że klasa polityczna wreszcie zacznie się z nimi liczyć.
Problem w tym, że wiara ta wyparowuje zwykle kilka miesięcy po oddanym głosie – nawet, gdy ten wpłynie na zmianę politycznej architektury.
Dane potwierdzają: w Polsce tylko wybory dają podmiotowość
Na polskim gruncie dość dobrze potwierdzają to dane z badań społecznych. Dwukrotnie w ostatniej dekadzie mieliśmy do czynienia z rekordowymi wskaźnikami wzrostu poczucia podmiotowości Polaków.
Pierwszy obserwowaliśmy po przejęciu władzy przez prezydenta Andrzeja Dudę i obóz Zjednoczonej Prawicy. Na początku 2016 rok z 24% do 41% wzrosła liczba odpowiadających pozytywnie na pytanie „Czy ludzie tacy jak Pan(i) mają wpływ na sprawy kraju?”. Równolegle liczba deklarujących brak poczucia wpływu spadła z 73% do 56%.
Kolejny rekord – odnotowany zresztą przez Donalda Tuska w exposé z 2023 r. – padł po wyborach 15 października. Wówczas liczba „mających wpływ” pierwszy raz w historii była wyższa od tych deklarujących jego brak.
Liczba osób odczuwających podmiotowość wzrosła z 26% u schyłku rządów PiS do aż 54% zaraz po wyborach. Liczba deklarujących brak wpływu – spadła z 71% do 41%.
W obu przypadkach rekordy były krótkotrwałą reakcją na zmianę władzę i wynikające z niej poczucie wpływu. W obu przypadkach po mniej więcej roku liczba czujących wpływ na sprawy kraju… spadła dokładnie do tego poziomu: zaledwie 34% ankietowanych.
Trudno o bardziej przekonującą ilustrację, że jedynym realnym źródłem poczucia podmiotowości Polaków są wybory – i to te, w których dochodzi do zmiany ekipy rządzącej. Ale pozorność innych form uczestnictwa obywateli w procesach politycznych pomiędzy wyborami dobrze obrazują inne dane.
W październiku 2025 roku CBOS zapytał Polaków o ponad 20 różnych cech, poprzez które można definiować, czy państwo jest demokratyczne. Najwięcej wskazań miały odpowiedzi dotyczące wyborów: za „bardzo ważne” i „średnio ważne” badani uznali przede wszystkim „wolne i uczciwe wybory” (97%) i „powszechne prawo wyborcze” (96%).
„Ciągłe konsultowanie ze społeczeństwem ważnych decyzji państwowych” wskazało 94% badanych, choć odsetek odpowiedzi „średnio ważne” był tu znacznie wyższy niż w przypadku pytania np. o kwestie wyborcze.
Najciekawsze jednak, że spośród wszystkich możliwych cech państwa demokratycznego konsultowanie decyzji z obywatelami jest tą, która w opinii respondentów jest… najrzadziej przestrzegana! Tylko 4% badanych uważa, że „zdecydowanie tak” jest, a 24% – że „raczej tak”. Odpowiedzi „raczej nie” i „zdecydowanie nie” wybrało kolejno 44% i 19% Polaków.
Większy odsetek Polaków uważa, że „do rządzenia krajem dobiera się najlepszych ludzi”, „rząd dba o dobrobyt obywateli”, „działania rządy kontrolowane są przez niezawisłe sądy, m.in. Trybunał Konstytucyjny” czy „Sejm reprezentuje wolę wyborców”.
Oznacza to, że poczucie braku konsultowania ważnych decyzji łączy Polaków ponad podziałami: wyborców partii rządzących i opozycji, prawicę i lewicę, liberałów i konserwatystów.
W przypadku innych kwestii preferencje partyjne i system wartości różnicują ocenę funkcjonowania określonej zasady w Polsce. W tym przypadku – podziały pozostają bez znaczenia, gwarantując procesom konsultowania decyzji z obywatelami niechlubne miejsce na dole tabeli.
Ustawa Matysiak odbije tworzenie prawa z rąk partii?
Na tym tle dopiero można w pełni docenić rewolucyjne znaczenie „Poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli oraz ustawy – Kodeks wyborczy”, który na początku kwietnia trafił do Sejmu z inicjatywy posłanki niezrzeszonej Pauliny Matysiak.
Projekt przewiduje, że podpisy pod projektami ustaw pisanymi przez obywateli będzie można składać drogą cyfrową, za pośrednictwem specjalnego systemu internetowego. Oznacza to, że wymóg zebrania 100 000 podpisów pod obywatelską ustawą przestanie być zaporowym progiem dostępnym w praktyce jedynie dla najsilniejszych struktur obywatelskich takich jak związki zawodowe czy partie polityczne.
Ma za to szanse stać się nową metodą sprawczego zaangażowania zwykłych obywateli w proces legisacyjny i egzekwowanie od klasy politycznej potrzebnych reform.
To kluczowe, bo w ostatnich latach przymiot „obywatelskości” w realizowaniu obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej był coraz bardziej wątpliwy. W poprzedniej kadencji do Sejmu trafiło 16 takich projektów.
W przypadku bardzo wielu z nich (m.in. renta wdowia, lasy państwowe, „lex Czarnek 3.0”, likwidacja TVP Info, dofinansowanie in vitro) – w praktyce inicjatorami byli politycy zasiadający w parlamencie. To typowy astroturfing – próba przedstawiania partyjnej inicjatywy jako oddolnej. Korzystali z niego rządzący i opozycja.
Jest wiele powodów, dla których zebranie 100 000 podpisów stało się dla zwykłych obywateli trudniejsze niż przed laty. Wymienić należy m.in. konsekwencje wprowadzenia RODO, kryzys zaufania po pandemii COVID czy tak prozaiczną sprawę jak… upowszechnienie słuchawek, co utrudnia namówienie kogoś do złożenia podpisu.
To wszystko sprawiało, że dla prawdziwych ruchów obywatelskich konieczność pozyskania „papierowych” podpisów było wzywaniem ponad siły. Syzyfową pracą, do której zniechęcały równie kiepskie statystyki przyjmowania obywatelskich ustaw przez Sejm. Inicjatywy Pauliny Matysiak ma szansę to zmienić.
Nie będzie legislacyjnego trollingu
Projekt reformy poprzeć można w ramach systemu sejmowych konsultacji społecznych wprowadzonego m.in. w efekcie starań Klubu Jagiellońskiego. By to zrobić należy wejść na stronę Sejmu i tam wyszukać projekt po tytule, numerze sygnatury (RPW/11430/2026) lub numerze druku (2452) i wybrać przycisk „ankieta”.
Następnie logujemy się za pośrednictwem mObywatela, bankowości elektronicznej czy Profilu Zaufanego i możemy oceniać projekt: zarówno w uproszczonej skali punktowej, jak i zgłaszającej szczegółowe, merytoryczne poprawki, komentarze lub uwagi. Można to zrobić tylko do 2 maja!
Projekt zasługuje zaś na pozytywną ocenę jeszcze z kilku powodów.
Po pierwsze, realizuje postulat, o który od lat upominały się środowiska obywatelskie. Łódzki Instytut Spraw Obywatelskich prowadzi w tej sprawie kampanię „Obywatele Decydują” od ponad dekady.
U jej początku internetową petycję w tej sprawie poparło ponad 200 000 obywateli, a oficjalne wystąpienia do rządu w tej sprawie podejmowali kolejni Rzecznicy Praw Obywatelskich.
Po drugie, projekt nie oznacza nowych istotnych kosztów ani wyzwań technologicznych. Rozwiązanie bazować będzie na mechanizmie, który tworzony jest dla potrzeb cyfrowej zbiórki podpisów poparcia pod listami kandydatów w wyborach.
Tę reformę, zainicjowaną przez wiceministra cyfryzacji Michała Gramatykę z Polski 2050, Sejm uchwalił kilka miesięcy temu, a Prezydent RP ustawę podpisał. System działać będzie od 2027 roku.
Po trzecie, inicjatorzy dostrzegli ryzyko ewentualnego wykorzystania cyfrowej zbiórki podpisów do swoistego „trollingu” legislacyjnego. Raczej nie grożą nam żarty obywateli chcących „ustawą znieść ubóstwo” albo wprowadzić 365 dni wolnych od pracy rocznie. Pierwsze 1000 podpisów wciąż trzeba będzie zebrać „tradycyjną”, papierową drogą – co wydaje się dla żartownisiów zbyt wyśrubowanym wymogiem.
Po czwarte, zbiórkę dalej będzie można prowadzić także w dotychczasowej formie. Nie ma więc mowy o pogłębianiu obywatelskiego wykluczenia cyfrowego osób niemogących lub niechętnych do korzystania z narzędzie internetowych.
Po piąte wreszcie – inicjatywa ma charakter bezprecedensowo ponadpartyjny. Pod projektem Pauliny Matysiak podpisali się posłowie: Polski 2050, Prawa i Sprawiedliwości, Razem i koła Demokracji Bezpośredniej.
To dopiero pierwszy krok
Należy trzymać kciuki, by propozycja Pauliny Matysiak została przegłosowana w Sejmie również w ponadpartyjnym konsensie. Dlatego szczególnie potrzebna jest mobilizacja w konsultacjach społecznych, by politycy wszystkich ugrupowań dostrzegli potencjał drzemiący w procedowanym projekcie.
Poparcie dla tego rozwiązania już jakiś czas temu, podpisując ustawę o cyfrowej zbiórce podpisów w wyborach, wyraził wprost prezydent Karol Nawrocki.
Powinniśmy też liczyć na to, że będzie początkiem systemowego przeglądu partycypacyjnych mechanizmów polskiej demokracji, które w wielu przypadkach pozostały w XX wieku. Kolejny krok to choćby cyfryzacja takich procedur na szczeblu lokalnym – inicjatywy uchwałodawczej mieszkańców i referendów.
Jako Klub Jagielloński niedawno upominaliśmy się o to, proponując „Pakiet Lokalnej Demokracji” przy okazji konsultacji ustawy o dwukadencyjności.
Elektroniczna inicjatywa ustawodawcza obywateli nie uratuje demokracji liberalnej, tak jak nie uratowało jej wprowadzenie sejmowego systemu konsultacji społecznych ustaw. Wszystkie takie reformy są jednak konieczne, by odbudowywać żywotność systemu politycznego, zwiększać rozliczalność klasy politycznej i dawać obywatelom realne poczucia podmiotowości.
To nie cudowny lek, ale potencjalnie skuteczna szczepionka, która zwiększa odporność na zakusy wrogich polskiej wspólnocie politycznej demagogów. Trzymając się medycznej tej metafory: nie zastąpi zbilansowanej diety ani aktywnego stylu życia, ale wymiernie zwiększa szansę na to, że kolejny kryzys zdrowotny polska demokracja przechoruje znacznie lżej.
Doświadczenia ostatnich lat wskazują zaś, że rozmaite „infekcje” spotykają nas częściej, niż byśmy chcieli. Warto być na to gotowym i po pierwsze – przeciwdziałać!
Zadanie „Sejm – nowe otwarcie. Monitoring systemu konsultacji społecznych aktów prawnych w Polsce” realizowane jest przez Klub Jagielloński dzięki finansowaniu ze środków Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018-2030 PROO Priorytet 3. Ten utwór, z wyjątkiem zdjęć, jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe.



