Jak zażegnać kryzys demograficzny w Polsce? Odpowiedzi udzielić powinny kobiety
O kryzysie demograficznym w Polsce mówi się dużo – ale rzadko oddaje się głos tym, których dotyczy najbardziej. Tymczasem bez zrozumienia doświadczeń kobiet wszystkie recepty na wzrost dzietności pozostaną jedynie publicystycznymi fantazjami.
To kolejny artykuł z cyklu „Prorodzinne prowokacje”. W ramach kampanii #KiedyNieMaDzieci będziemy publikować odważne diagnozy i nieoczywiste pomysły dotyczące polityki rodzinnej i demografii. Zachęcamy do lektury tekstu wprowadzającego do naszego cyklu, nadsyłania własnych pomysłów i propozycji reform na adres [email protected] oraz wsparcia naszej kampanii 1,5% PIT dla Klubu Jagiellońskiego. Numer KRS: 0000128315
Przeczytałam wiele książek i artykułów na ten temat, ale nadal nie znam odpowiedzi na pytanie, jak zażegnać kryzys demograficzny. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że nie ma żadnego kryzysu. Eksperci i publicyści coraz częściej zgadzają się jednak, że nie ma uniwersalnego rozwiązania, choć zaproponowano ich już wiele.
Na przykład na portalu Klubu Jagiellońskiego pojawiła się koncepcja „państwowego Tindera” albo 200 tys. zł za urodzenie dziecka. Najmniej realistyczną receptą, o jakiej czytałam, było zburzenie Pałacu Kultury i Nauki i wybudowanie na jego miejscu wieżowców w kształcie skrzydeł husarskich. Z takim pomysłem wystąpili autorzy książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”.
Znamienne jest, że autorami większości tych tekstów byli mężczyźni. To oni najchętniej wypowiadają się na temat demografii i najczęściej są dopuszczani do głosu. Na ubiegłorocznym Europejskim Kongresie Gospodarczym przysłuchiwałam się panelowi dyskusyjnemu, w którym wszyscy spośród ośmiu uczestników byli mężczyznami.
Nie była to ani pierwsza, ani ostatnia debata, w której pominięto przedstawicielki drugiej połowy ludzkości. Zakłopotany prowadzący wyjaśnił, że zaproszenia wysłano również do pań, ale żadna z nich nie zdecydowała się wziąć udziału. Nie wiem, do ilu kobiet napisano ani dlaczego odmówiły. Wiem natomiast, że żaden z uczestników nie był ekspertem od demografii, a wcale nie krępowało ich to w wypowiadaniu się na ten temat.
Dlatego w tym tekście chcę oddać głos tym kobietom, które znalazły w sobie odwagę, aby podzielić się swoją wiedzą i zabrać głos w debacie publicznej. Są to autorki polskie i zagraniczne, prezentujące różne perspektywy na kwestię dzietności.
Na początek – głos matek
Podstawowe fakty wydają się powszechnie znane. Przerzucają się nimi politycy i komentatorzy. Rozmawia się o nich na imprezach rodzinnych. Z każdym rokiem współczynnik dzietności spada i od dawna jest poniżej poziomu gwarantującego zastępowalność pokoleń. Rośnie za to średni wiek, w którym kobiety decydują się na dziecko. Według danych GUS w 2024 r. większość matek w chwili urodzenia dziecka miała od 30 do 34 lat. Wzrosła także liczba kobiet, które rodzą już po czterdziestce.
Zmianę tę obserwuję na spotkaniach dla mam z małymi dziećmi, gdzie czasem łatwiej mi spotkać czterdziestolatkę niż dwudziestolatkę. Takie grupy to jedno z tych miejsc, gdzie można poznać perspektywę kobiet – dlaczego zdecydowały się na macierzyństwo, jak sobie z nim radzą, czego potrzebują.
Doświadczeniem wielu kobiet jest brak tzw. „wioski”. To metaforyczne określenie nawiązuje do realiów życia w małej społeczności, gdzie wszyscy się znali i można było liczyć na pomoc rodziny lub sąsiadów, a także na wymianę doświadczeń.
Przeprowadzka z dala od rodzinnych stron nierzadko otwiera nowe perspektywy, daje możliwość znalezienia lepszej pracy i rozwoju, czasem stanowi terapię traum wyniesionych z pierwotnego środowiska. Ma jednak też drugą stronę – znacznie trudniej znaleźć pomoc nawet przy tak drobnych sprawach, jak ugotowanie za kogoś obiadu czy przypilnowanie dziecka przez godzinę. Dotyczy to zwłaszcza kobiet, bo to one najczęściej opiekują się dzieckiem w pierwszych miesiącach jego życia. Wynikający z tego stan permanentnego przemęczenia sprawia, że trudniej zdecydować się im na kolejne dziecko.
Skoro wiele kobiet nie może liczyć na rodzinę, ich rolę przejmują wspólnoty oparte na podobnych doświadczeniach życiowych, np. wspomniane przeze mnie grupy mam spotykające się na żywo i online. Zastępczą „wioską” mogą stać się także sąsiedzi, z którymi utrzymujemy dobre relacje, czy przyjaciele. Jeśli kobiety mogą wymieniać się doświadczeniami w obrębie takiej czy innej grupy, łatwiej przychodzi im decyzja o pierwszym i kolejnym dziecku.
Opisałam powyżej doświadczenie przede wszystkim mieszkanek wielkich miast, a jest ono również moim udziałem. Taka jest też perspektywa tych kobiet, które najczęściej wypowiadają się publicznie na temat kryzysu demograficznego poprzez książki, artykuły czy aktywność w mediach społecznościowych. Nie można jednak zapominać, że życie mieszkanek mniejszych miejscowości i wybory, które podejmują, wyglądają nieraz zupełnie inaczej.
Przeciążenie kobiet niewidzialną pracą
Często słyszę, że współczesne kobiety mają łatwiej dzięki wynalazkom technicznym, począwszy od pralek i zmywarek, a skończywszy na samogotujących garnkach. Owszem, urządzenia te skróciły czas potrzebny na wykonanie podstawowych obowiązków domowych, ale nie uwolniły nas od nich całkowicie, a i same wymagają obsługi.
Wzrosły do tego wymagania dotyczące tego, jak należy prowadzić dom czy wychowywać dzieci. Do tego dochodzi jeszcze praca zawodowa. Czy pośród tych obowiązków matka może jeszcze znaleźć czas dla siebie – na odpoczynek czy rozwijanie pasji lub działalności społecznej? W rozwianiu takich wątpliwości wśród potencjalnych matek nie pomagają wyniki badań.
Według raportu wydanego w maju 2025 r. przez Polski Instytut Ekonomiczny: „W większości rodzin z małymi dziećmi (63 proc.) matki wykonują więcej obowiązków domowych niż ojcowie. Tylko 27 proc. kobiet przyznaje, że obowiązki są w ich domu dzielone po równo. (…) Obciążenie kobiet pracą w domu i obowiązkami opiekuńczymi w Polsce utrzymuje się pomimo rosnącej aktywności zawodowej kobiet i zmiany oczekiwań społecznych dotyczących tradycyjnie postrzeganych ról płciowych”. Jest to tym ważniejsze, że – jak stwierdzają autorzy – „zadowolenie z podziału obowiązków domowych i opiekuńczych jest pozytywnie związane z chęcią posiadania kolejnego dziecka”.
W rozmowach z innymi matkami zdarzyło mi się usłyszeć uskarżanie się na zmęczenie i przeciążenie pracą, które ostatecznie może prowadzić do wypalenia rodzicielskiego. Często jest ona niewidzialna, czyli nieodpłatna i niedoceniana. Jej elementem jest też tzw. praca emocjonalna, czyli m.in. zarządzanie emocjami innych członków rodziny, dbanie o relacje czy wizerunek rodziny.
Niewidzialna praca to nie tylko sprzątanie czy gotowanie. Może być nią odpowiedzialność za wybór i kupno ubrań dla innych członków rodziny, zabawek czy prezentów. Podobnym obciążeniem jest planowanie rodzinnych uroczystości czy dbanie o dobre relacje z bliższymi i dalszymi krewnymi. Tym wszystkim najczęściej zajmują się kobiety.
Możemy o tym przeczytać w książce „Praca emocjonalna. Jak niewidzialna praca kształtuje nasze życie i jak poznać się na własnej sile?”. Jej autorka, Rose Hackman, pisze, że niewidzialną pracę można wyodrębnić, badając długość czasu wolnego. W 2018 r. przeciętny mężczyzna miał go o 49 minut więcej niż przeciętna kobieta. Różnica jest według Hackman spowodowana właśnie nieodpłatną i niedocenianą pracą, jaką wykonują kobiety w domach.
Podane liczby dotyczą Stanów Zjednoczonych, ale podobne badania przeprowadza się także w naszym kraju. Hackman wspomina także, że praca emocjonalna kobiet wciąż bywa niedoceniana, a nawet wyśmiewana, bo wiele osób czynności związanych z troską, czułością czy miłością nie postrzega jako pracy, lecz jako emanację kobiecości.
Obserwacja, że kobiety są przeciążone pracą, nie jest niczym nowym. Już ponad 50 lat temu ikona feminizmu Susan Sontag w swoim eseju „Trzeci świat kobiet” pisała: „Kobiety, które zyskały swobodę wyjścia w świat, lecz nie wyzwoliły się od obowiązków robienia zakupów, gotowania, sprzątania i zajmowania się dziećmi po powrocie z pracy, jedynie podwoiły swój trud”.
System, który każe wybierać – praca zawodowa czy macierzyństwo?
Skoro kobiety są tak przeciążone, czy rozwiązaniem byłoby, gdyby dla dobra demografii zrezygnowały – przynajmniej na jakiś czas – z pracy zawodowej? Na takie pytanie najuczciwsza odpowiedź brzmi: to zależy.
Linda Scott w wydanej w 2020 r. książce „Kapitał kobiet” przedstawia wyniki badań przeprowadzonych w 163 krajach, które wykazały, że aktywizacja zawodowa kobiet jest najlepszą metodą napędzania wzrostu gospodarczego. Posiadanie przez kobiety źródła własnego dochodu przynosi im niezależność finansową, a także stymuluje rozwój klasy średniej. W perspektywie makroekonomicznej wszystkim nam opłaca się praca zawodowa kobiet.
Autorka „Kapitału kobiet” jako główną przyczynę kryzysu demograficznego podaje rosnące koszty życia, zwłaszcza w dużych miastach, które uniemożliwiają utrzymanie się z jednej pensji. W jej ocenie kobiety wracające do pracy po urodzeniu dziecka spotykają się z dużą niechęcią swoich pracodawców.
Zmniejszająca się liczba ludności może dodatkowo pogorszyć sytuację kobiet, ponieważ jednym z przewidywanych skutków będą problemy z podażą usług opiekuńczych, co doprowadzi do wzrostu ich kosztów. Z jednej strony wzrastać będzie liczba osób starszych wymagających opieki, z drugiej – maleć liczba potencjalnych pielęgniarek, pracowników DPS-ów itp. Wiele kobiet będzie musiało opiekować się nie tylko swoimi dziećmi, lecz także starzejącymi się rodzicami, a to jeszcze bardziej zniechęci do podjęcia decyzji o urodzeniu własnego potomstwa.
Warunki w miejscu pracy zawodowej inaczej wpływają na decyzję o posiadaniu pierwszego dziecka, a inaczej na decyzję o kolejnych. Kluczowa jest otwartość pracodawców na zatrudnianie kobiet, niezależnie od tego, czy i ile dzieci posiadają.
Większość kobiet po okresie urlopu macierzyńskiego i rodzicielskiego chciałaby wrócić do pracy i łączyć ją z wychowaniem dzieci. Tu z jednej strony niezbędne jest zapewnienie opieki nad dzieckiem (dostępność żłobków, programy wsparcia finansowego, takie jak tzw. „babciowe”), z drugiej – możliwość dopasowania stanowiska do potrzeb młodych matek.
O ile „wyciągnięcie kobiet z kuchni” generuje zyski dla gospodarki w krótkim okresie, o tyle inwestycją we wspólną ekonomiczną przyszłość, która może wyhamować kryzys demograficzny, jest stworzenie miejsc pracy przyjaznych matkom. Można to osiągnąć poprzez np. elastyczne godziny pracy, możliwość pracy zdalnej i na część etatu.
Różne spojrzenia na kryzys demograficzny
Inne niż w „Kapitale kobiet” nastawienie do pracy zawodowej matek znajdziemy w książce „Bezpotomni”. Jej autorki – Maria Mościcka, Agnieszka Stefaniuk oraz Katarzyna Szałajko – to szczęśliwe żony i matki (dwie z nich mają siedmioro, jedna sześcioro dzieci), piszą książki, prowadzą warsztaty i popularne profile w mediach społecznościowych.
Uważają, że właściwym pytaniem nie jest to, jak pogodzić pracę z macierzyństwem, ale dlaczego kapitalizm w ogóle zmusza kobiety do tego, aby być jednocześnie matką i pracownicą. Sugerują, że część matek wraca na rynek pracy wbrew sobie, działając pod presją ekonomiczną i społeczną.
Owszem, istnieje taka grupa, choć statystyki przytoczone przez Mateusza Łakomego w książce „Demografia jest przyszłością” pokazują, że jedynie ok. 10–20% kobiet chce w całości poświęcić swój czas na dom i dzieci, rezygnując z pracy zawodowej.
Zdarza się, że są one przedstawiane w złym świetle jako te, które zaprzepaściły karierę na rzecz gotowania i sprzątania. O nieprzychylne komentarze jest szczególnie łatwo w internecie, na styku „baniek”, w jakich zamykają nas algorytmy mediów społecznościowych.
Jedna bańka – pod hasłem „Bądź najlepszą wersją samej siebie” – przedstawia nam poprzez posty, zdjęcia i rolki wizję niezależności, realizacji pasji i życiowych celów, a druga wypełniona jest codziennymi radościami i smutkami macierzyństwa. Temu pierwszemu światu nieraz trudno jest zaakceptować, że są kobiety, które jako swoją formę samorealizacji wybierają właśnie bycie matką.
Autorki „Bezpotomnych” zwracają uwagę na jeszcze wiele innych czynników, które ich zdaniem doprowadziły nas do tak niskiego wskaźnika dzietności. Wśród nich znajdują się m.in. trudne historie rodzinne, wieczne dokształcanie się i „szukanie sensu” w życiu, powielanie stylu życia pokazywanego nam w mediach społecznościowych. Pojawia się również wątek wpływu poprzednich pokoleń.
Zazwyczaj szukamy wytłumaczenia, co my i współczesny świat robimy źle. Jedna z autorek książki wspomina wypowiedź swojej matki, która zastanawia się nad tym, co jej pokolenie zrobiło źle i jaki wpływ ma to na obecną sytuację. Poza zastanawianiem się, jak działać dziś dla poprawy demografii, warto myśleć nad długoterminowymi skutkami naszych obecnych działań i ich wpływem na życie następnych pokoleń.
Kolejną perspektywę na demografię znajdziemy w książce Katarzyny Tubylewicz „Nie czekam na szklankę wody”. Autorka zdecydowała się na napisanie książki o bezdzietności, choć – jak sama pisze we wstępie – ma dorosłego syna. Wsłuchuje się więc w głosy kobiet z różnych środowisk, które nie mają potomstwa. Kolejne „chóry kobiet” (tak autorka określa rozdziały książki) przedstawiają swoje powody, takie jak strach przed utratą niezależności, strach przed przekazaniem chorób genetycznych czy troska o klimat. Nie zawsze jednak bezdzietność była efektem ich decyzji. Często przyczyną był brak odpowiedniego partnera lub kwestie zdrowotne.
Tubylewicz zwraca uwagę czytelnikom na przyszłe konsekwencje kryzysu demograficznego. To ważny wątek, ponieważ dyskusje na ten temat bywają czasem kwitowane krótkim „No i co z tego?”. Otóż mniejsza liczba ludności oznacza mniejszą liczbę konsumentów, pracowników i podatników, a koszty tego będą ponosić wszyscy obywatele.
Czy jesteśmy na to przygotowani? Nie – ani jako społeczeństwo, ani jako jednostki. Nie są przygotowani też obecni seniorzy, którzy – jak pisze autorka „Nie czekam na szklankę wody” – nie doczekali się „deseru życia”, czyli wnuków. Podobnie jak w perspektywie makroekonomicznej oceniamy pracę zawodową kobiet, tak samo powinniśmy oceniać wybór bezdzietności, biorąc pod uwagę gospodarcze skutki takich decyzji i ich wpływ na całe społeczeństwo.
Najbardziej winny kapitalizm?
Jednym z najciekawszych tekstów na temat obecnego kryzysu dzietności jest esej Anny Gromady „Co począć z katastrofą demograficzną”, opublikowany na portalu Polityka Insight. Autorka zaznacza, że obecnie nie ma jednego scenariusza, który rozwiązałby nasze problemy z dzietnością. Źródeł kryzysu upatruje m.in. w problemach z wchodzeniem w relacje przez młodych ludzi. Ich bezpośrednią przyczyną są media społecznościowe, pornografia czy portale randkowe. Wszystko to odciąga od zawierania znajomości w realnym świecie.
Single w systemie kapitalistycznym stają się idealnymi klientami, więc walka o większą dzietność to również walka z wielkimi firmami technologicznymi. I tu powinniśmy pamiętać, że walczymy o dzietność w przyszłości. Zakaz mediów społecznościowych dla dzieci i młodzieży do określonego wieku to jedno z rozwiązań, które może przynieść poprawę wskaźnika dzietności w następnych pokoleniach.
Według sondażu CBOS z 2023 r. tylko ok. 10% kobiet w ogóle nie chce mieć dzieci. Jednocześnie aż 57% respondentów przyznaje, że ma mniej dzieci, niż by chciało. Anna Gromada, poza kwestią relacji, proponuje także skupienie się na barierach, które wpływają na powstawanie tej różnicy. Tu przeważają czynniki ekonomiczne (m.in. większa dostępność mieszkań) czy zdrowotne (m.in. rozszerzenie programu in vitro).
System kapitalistyczny, w którym wszyscy funkcjonujemy, jest jedną z przyczyn problemów z wchodzeniem w relacje, ale wpływa także na kształt samego rodzicielstwa. Paulina Małochleb, autorka wydanej niedawno książki „Mięśnie mam od miłości. O macierzyństwie”, pisze o tym, że nie da się z tego systemu uciec.
Na każdą rodzicielską rozterkę czy wyrzuty sumienia rynek oferuje rodzicom gotowy produkt, który można nabyć za określoną cenę. Cena ta ma wymiar nie tylko finansowy. Ciągłe wymyślanie nowych potrzeb i produktów dla rodziców może działać zniechęcająco do posiadania dzieci w ogóle. By być rodzicem, który „ogarnia wszystko” i zapewnia swoim dzieciom wszystko, co najlepsze, potrzeba nie tylko nieograniczonego czasu, ale i grubego portfela.
W takiej perspektywie decyzja o macierzyństwie staje się niejako działaniem przeciwko kulturze, w jakiej funkcjonujemy. Nie dziwi więc, że Paulina Małochleb wskazuje, że kryzys demograficzny działa na korzyść kobiet.
Dlaczego kobiety chcą być matkami?
Zamiast zbyt często powtarzanego w mediach czy przez polityków pytania, dlaczego kobiety nie chcą rodzić dzieci, warto odwrócić to pytanie i zastanowić się, dlaczego chcą być matkami. Tak stawia sprawę Karolina Lewestam w eseju otwierającym książkę „Pasterze smoków”. Autorka, matka trójki dzieci, opowiada o swojej drodze do podjęcia decyzji o macierzyństwie.
Chęć dopełnienia małżeństwa, lęk przed samotnością na starość, presja rodzinna i społeczna czy zwykła ciekawość i chęć doświadczenia tego samego – to tylko niektóre z wielu impulsów, które mogą prowadzić ku macierzyństwu. Nie da się zresztą podjąć całkiem racjonalnej decyzji, skoro ani my, ani nikt inny nie może wiedzieć, co czeka nas na rodzicielskiej drodze. Zbyt długie zastanawianie się i odkładanie decyzji o macierzyństwie dla wielu kobiet niestety może zamknąć możliwość wybrania tej drogi w przyszłości.
Na koniec warto jednak wspomnieć o dwóch czynnikach, których nie da się wpisać do prostego rachunku ekonomicznego – miłości i nadziei. Według badań najczęściej podawanym powodem, dla którego Polacy chcą mieć dzieci, jest właśnie miłość.
W obecnym świecie zmienia się nasze jej doświadczenie, a brak wypełniamy substytutami oferowanymi przez rynek. Jak pisała bell hooks w książce „Wszystko o miłości”: „Wielu z nas pragnie kochać i być kochanym, ale nie ma odwagi podjąć ryzyka. (…) Może i brakuje nam miłości, ale zawsze możemy pójść na zakupy”. Byung-Chul Han w książce „Duch nadziei i inne eseje” dodaje: „Bez idei, bez sensownego horyzontu życie zapada się w przeżycie albo w immanencję konsumpcji, jak to ma miejsce dzisiaj. Konsumenci nie mają nadziei. Mają tylko pragnienia lub potrzeby. Nie potrzebują też przyszłości.”
Może to właśnie miłość i nadzieja, jaka wiąże się z każdym nowym życiem, nawet wbrew „racjonalnej” kalkulacji, najbardziej przybliżają nas do decyzji o rodzicielstwie. Nie możemy jednak zapominać o warunkach życia kobiet, ich codziennych doświadczeniach. Zamiast szukać kolejnych teoretycznych pomysłów na rozwiązanie problemów demografii, powinniśmy uważnie wysłuchać głosu kobiet.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
