Świat umarł, ale ludzie muszą żyć dalej. Postapokalipsa według Leonarda Cohena
W świecie ruin nie ma map. Nawet gdyby istniała busola, nie potrafilibyśmy z niej skorzystać, gdyż nie ma już kierunków, które mogłaby wskazać. Swoje ostatnie utwory Leonard Cohen podporządkował próbie opisu tego, co zostało po kataklizmie. Jego proces twórczy u schyłku życia to taktyka nurzania się w mroku – oswajania tego, co z natury nieoswajalne. Nie brakuje tu ironii oraz dystansu, dominuje jednak rozpad sensu i dezintegracja narracji. Czy w takim świecie zostało cokolwiek wartego obrony? Tak, odpowiada poeta. Nawet w świecie ruin, w świecie po końcu świata, pozostaje bowiem wina i odpowiedzialność, pozostaje gest i rytuał. I kolibry. W ostatecznym rozrachunku, twierdzi Cohen, tylko one mają znaczenie.
Hineni. „Oto jestem”. Słowa, którymi Abraham odpowiada Bogu, gdy ten wzywa go do złożenia ofiary ze swego ukochanego syna. To jeden z najbardziej wstrząsających fragmentów Pisma, gdyż zakłada – jak pisał Søren Kierkegaard – zawieszenie porządku etycznego, a przez to nie mieści się w naszym pojmowaniu moralności.
Hineni. Niemniej: oto jestem, odpowiada wezwany przez Boga. Gotowy na wszystko, co nastanie. To nie są słowa nadziei, miłości czy wiary. To wyznanie całkowitego podporządkowania i pogodzenia ze swym losem. Żądasz ciemności? Nie dyskutujemy, nie targujemy się, po prostu gasimy płomień:
If you are the dealer, I’m out of the game
If you are the healer, it means I’m broken and lame
If thine is the glory, then mine must be the shame
You want it darker
We kill the flame
Bóg jako krupier
Album You Want it Darker ukazał się na kilka tygodni przed śmiercią schorowanego artysty. Jednak wbrew temu, co można by sądzić, nie jest pożegnaniem. A przynajmniej nie wyłącznie i nie przede wszystkim. You Want it Darker jest bowiem albumem „żywym”, w którym Cohen nadal mocuje się ze światem.
Myślą przewodnią płyty jest przekonanie, że ład, który miał wyznaczać ramy ludzkiej egzystencji, od dawna nie działa. Wina, ofiara i przemoc są wpisane w logikę tej rzeczywistości, przez co pojęcie wiary zdaje się być absurdem.
Tylko że tam, gdzie wspomniany Kierkegaard widział w paradoksie szansę dla człowieka poprzez zawieszenie etyki i skok wiary, Cohen widzi granicę – sprzeciwia się, twierdząc, że taka relacja nie może być uczciwa.
Rodzi się tu naturalne napięcie między niezgodą a podporządkowaniem – ta aporia stanowi fundament dla „późnego” Cohena. Dla porównania w utworze Story of Isaac z 1969 roku młody poeta analizując ten sam temat, wychodził z pozycji stricte etycznych, dając surowe sądy. Cohen „późny” nie stroi się w piórka sędziego, jego poezja nie ocenia, tylko raczej opisuje stan rzeczy.
If you are the dealer, I’m out of the game – nie jest przypadkiem, że właśnie tymi słowami poeta rozpoczyna swój ostatni album. Bóg zostaje sportretowany nie jako Ojciec, Stwórca czy sprawiedliwy sędzia, ale „krupier” wydający karty i ustalający reguły gry. Sprzeciw nie oznacza tu buntu i rebelii, a jedynie chęć porzucenia „gry”, w której już na starcie jesteśmy przegrani.
A jednocześnie, mimo całej niezgody, Cohen dodaje bez chwili wahania:
Hineni, hineni
I’m ready, my Lord
W bodaj ostatnim wywiadzie udzielonym przed śmiercią Cohen przyznał, że słowo hineni wiąże z koniecznością podporządkowania się. Koniecznością, gdyż potrzeba służenia jest wpisana w ludzką naturę:
„To deklaracja gotowości, bez względu na rezultat. Wszyscy jesteśmy motywowani potężnymi impulsami i głęboką potrzebą służenia. Nawet jeżeli nie jesteśmy w stanie zlokalizować tego, czemu chcielibyśmy służyć”.
Hineni. Jestem tu. Nie targuję się, nie proszę. Po prostu nie chcę dalej grać i czekam na nieuniknione. Czekam pośród ruin.
Spacer w świecie ruin
Żyd, który przez całą swą karierę obsesyjnie powracał do postaci Chrystusa, by w pewnym momencie wycofać się z publicznego życia i na pięć lat zniknąć w klasztorze zen. Niewielu było równie inspirujących, niejednoznacznych artystów.
Już po jego śmierci Nick Cave stwierdził, że płyty Cohena zawsze sprawiały wrażenie, jakby ich autor wyruszał w odległą podróż tam, gdzie inni nie ośmielają się zapuszczać, by następnie powrócić z jakąś mądrością, którą się ze wszystkimi innymi dzielił. Jaka zatem nauka płynie z tych ostatnich wierszy artysty?
Jest to lekcja oswajania mroku. Nie „pogodzenia” się z nim, nie „zaakceptowania”, gdyż niektórych rzeczy akceptować nie wolno, ale właśnie oswajania.
You Want it Darker nie jest bowiem płytą nagrywaną w oczekiwaniu na spotkanie z Bogiem. To album postapokaliptyczny – nagrany po upadku, po rozpadzie sensu; prezentuje świat, w którym dawne wartości, idee i zasady przestały obowiązywać.
Nie wiadomo, kiedy doszło do katastrofy, nie wiadomo dlaczego. Cohena właściwie nie interesuje geneza upadku, a jedynie jego konsekwencje. Nie jest poetą katastrofy i śmierci, tylko życia w świecie po kataklizmie. Miejsce kierkegaardowskiego rycerza wiary zajmuje figura włóczęgi pośród ruin. Przykładem utwór Steer Your Way wieńczący album You Want It Darker:
Steer your way past the ruins
Of the altar and the mall
Steer your way through the fables
Of creation and the fall
Religia, tak jak i sama koncepcja prawdy czy dobra, okazują się fenomenami czasowymi (past the truth that you believed in yesterday / Such as fundamental goodness and the wisdom of the way). Prawda religii nie tyle jest kłamstwem, co po prostu „zużyła się”, odpadła, została w tyle, a świat poszedł naprzód. Nie ma narracji, nie ma sensu i porządku; realny pozostaje ból:
Steer your way through the pain
That is far more real than you
That smashed the cosmic model
That blinded every view
And please don’t make me go there
Though there be a God or not
Same pytania dotyczące transcendencji, pytania graniczne i fundamentalne, wokół których przez wieki ogniskowała się ludzka refleksja, do niczego już nie prowadzą. Trafiają w próżnię, nie organizują ludzkiej egzystencji.
Te wątki pojawiały się już wcześniej, choćby w pieśni Nevermind z 2014 roku, gdzie Cohen opisuje, co się dzieje z przegranymi wielkiej historii, którzy są zmuszeni żyć pośród zwycięzców, upodabniając się do swych oprawców.
Poeta stwierdza bowiem, że nie da się przywrócić dawnego świata, nie da się go nawet opowiedzieć, gdyż historia jest złożona z półprawd i fałszów. To, co dla pokonanych było święte, dla zwycięzców okazuje się być jedynie pyłem przeszłości (Names so deep and names so true / They’re blood to me they’re dust to you).
Apokalipsa Cohena nie jest abstrakcyjną, egzystencjalną refleksją o kryzysie jednostki i upadku humanizmu, tylko wyrasta z konkretnych wydarzeń historycznych. Nawet Dance Me to the End of Love, bodaj najsłynniejszy utwór artysty, był zainspirowany tragedią Holokaustu. To, co wyróżnia jednak Nevermind na tle wielu innych wierszy, to jego „umiejscowienie” w chronologii katastrofy.
Sama idea apokalipsy i rozpadu społeczeństwa przez lata powracała w twórczości Cohena. W Everybody Knows z 1988 poeta stwierdzał, „everybody knows that the Plague is coming”; cztery lata później w utworze The Future rysował już obraz tejże pożogi: „Get ready for the future: it is murder”.
Apokalipsa wydawała się nieunikniona, jednak cały czas dopiero majaczyła na horyzoncie. Nevermind tymczasem opisuje już świat po katastrofie. Nawet bowiem jeżeli świat się skończył, to ludzie muszą żyć dalej. W przebraniu, w kamuflażu, pośród swych wrogów i katów.
Wróćmy jednak do albumu Darker, który w całości jest już pisany z tej postapokaliptycznej perspektywy. W utworze It Seemed The Better Way Cohen konstatował rozpad samej koncepcji prawdy, jaką miała nieść religia:
Sounded like the truth
Seemed the better way
Sounded like the truth
But it’s not the truth today
Wiara wydawała się być „lepszą drogą”, jednak jej moc się wyczerpała: Now it’s much too late / To turn the other cheek. Co zatem pozostaje włóczędze w świecie ruin?
Pozostaje rytuał, pozostaje pusty gest. Stanowią one echa dawnego porządku. To niewiele, ale potrafią nam wskazać podstawowe ramy, w jakich powinniśmy funkcjonować, albo przynajmniej pobudzić wspomnienie o nich:
I better hold my tongue
I better take my place
Lift this glass of blood
Try to say the grace
Cohen nie jest „modlącym się ateistą”. Gdyby od początku deklarował niewiarę, byłoby prościej. To raczej ktoś, kto wie, że modlitwa nie przyniesie rezultatu, ale mimo wszystko postanawia ją wznieść. Czemu? Może dlatego, że nie zostało mu nic innego, a może dlatego, że tak po prostu trzeba.
Bóg zdaje się być dla Cohena prawdziwy, ale nieosiągalny. Sam poeta zwraca się do Niego bez nadziei, że zostanie usłyszany.
Możliwe, że mówimy do pustego pokoju, że wysyłamy listy na adres, który od dawna jest opuszczony. Najwyraźniej jednak brak pewności co do sensu naszej modlitwy nie zwalnia nas z obowiązku podejmowania kolejnych prób.
Podróżując bez złudzeń
„Niedawno powiedziałem, że jestem gotowy na śmierć. Przesadzałem. Mam skłonność do dramatyzowania. Zamierzam żyć wiecznie” – stwierdził Cohen ze śmiechem pytany o swoje zdrowie.
Od lat wracam myślami do tego wywiadu, który poeta udzielił na miesiąc przed śmiercią. Nie chodzi o pogodę ducha, to za mało. Humor w obliczu końca robi wrażenie, ale nie wyjaśnia fenomenu. Za uśmiechem kryje się tu coś wielkiego.
Cohen całą karierę korzystał z ironii. Służyła mu za płaszcz, którym odgradzał się od patosu. Ironia przewija się też w jego ostatnich nagraniach. Czy zatem i tutaj – w tym wywiadzie – był to po prostu kolejny unik? Wydaje się, że nie. W tej humorystycznej odpowiedzi znajduje się ta sama nauka, którą tętnią jego ostatnie prace.
Aby to zrozumieć, musimy sięgnąć do tekstu Traveling Light. Cohen stwierdza w nim, że podróżuje właśnie bez bagażu narracji, bez obciążenia sensów, gdyż dalsza droga z metaforycznymi walizkami jest po prostu niemożliwa.
Pozostaje przestać karmić się iluzją. Dlatego też w tekście Treaty Cohen prezentuje nam dialog z Jezusem, w którym przyznaje, że mimo wielokrotnych prób, nie potrafił zdobyć się na „skok wiary”:
I’m so sorry for that ghost I made you be
Only one of us was real and that was me
Chciałbym podpisać pakt – zwraca się Cohen do Chrystusa – pakt między moją miłością a Twoją. Ostatecznie jednak jest to niemożliwe, świat pozostaje skażony:
I heard the snake was baffled by his sin
He shed his scales to find the snake within
But born again is born without a skin
The poison enters into everything
Cohen wiedział, że zostały mu ostatnie dni życia i zdecydował się spędzić je bez złudzeń. Chciał oswoić nachodzący koniec, zanurzyć się w nim z podniesioną głową. Tylko ktoś pozbawiony nadziei, kto skonfrontował się ze swymi lękami, może pozwolić sobie na szczery śmiech w obliczu końca.
Żyć po końcu świata. Cień etyki na ostatnie dni
Świat ruin oznacza rozpad sensu i metafizyki, ale także coś więcej – to świat winy. Mija sens, ale wina pozostaje. I Cohen wychodzi ze stanowiska, że człowiekowi nie wolno tej odpowiedzialności porzucić.
Tradycyjne opowieści pozwalały nam uśpić poczucie wyrzutów sumienia (lullaby for suffering) – wina była przerzucana na los, wpisywana w historię, wymazywana przez ofiarę Boga. Religia zapewniała rozgrzeszenie, a sprawcy, świadkowie i ofiary dramatów mogli iść dalej do kolejnego krwawego wydarzenia (There’s a lover in the story / But the story’s still the same).
Cohen nie mówi „Boga nie ma, a miłość nie istnieje”. Nie, Bóg (być może) istnieje, a miłość jest wpisana w ten świat, tylko to niczego nie zmienia. Miłość nie wymazuje winy.
If thine is the glory, then mine must be the shame – do Boga należy chwała na wieki, ale sam ten fakt nie unieważnia wstydu, który zostaje z człowiekiem. Wręcz go wymusza, gdyż to dualistyczny, zazębiający się porządek. Bez niewolnika nie ma pana, bez poniżonego nie ma tego w chwale. Bez chorego nie ma uzdrowiciela.
Jednak nawet jeżeli świat się rozpadł, to wcale nie oznacza, że wszystko wolno. Brak sankcji metafizycznej nie znosi z nas winy i nie znosi z nas obowiązku.
W obliczu końca można jedynie minimalizować straty – żyć bez złudzeń, nie oczekiwać ani przebaczenia, ani pocieszenia. To projekt etyki minimalistycznej po końcu świata. Projekt, który nie wskazuje nam celu wędrówki – gdyż ten już nie istnieje – ale pokazuje, której drogi należy unikać. To nie jest system, to cień porządku.
Podsumowaniem postapokaliptycznych wątków jest utwór Happens to the Heart, który Cohen napisał pod sam koniec życia. Artysta stwierdza w nim, że dawny porządek został całkowicie przeobrażony; dobro stało się złem, zło nazwano dobrem. Jednocześnie przyznaje, że sam nigdy nie żywił złudzeń co do natury świata. Jak przyznaje, od dawna „znał zakończenie” tej historii:
I had no trouble betting on the flood against the Ark
You see, I knew about the ending, what happens to the heart
Dlatego ostatnie teksty Cohena są taktyką „nurzania się w mroku” – to proces obdzierania samego siebie ze wszelkich złudzeń. Nasz świat przegrał z potopem, arka nie nadeszła, a my musimy żyć dalej.
Zaproszenie dla grzesznika
Przez wiele lat traktowałem Cohena jako artystę wielkiego, ale jednak zamkniętego w przeszłości. Dopiero utwór Almost Like the Blues promujący w 2014 roku album Popular Problems uzmysłowił mi, w jak wielkim stopniu autor Hallelujah pozostaje twórcą aktualnym, totalnie współczesnym i dzisiejszym.
Cohen prezentuje w tym utworze świat pogrążony w chaosie i przemocy oraz całkowitym zobojętnieniu. Tragedie świata wypływają do nas z każdego ekranu, a ludzie odwracają wzrok, zamykając się w swojej małej codzienności. Poeta jest do bólu szczery i bezlitosny. Także dla siebie samego:
There’s torture and there’s killing
And there’s all my bad reviews
The war, the children missing
Lord, it’s almost like the blues
Niewyobrażalne tragedie współczesności są tu zestawiane na równi z niepochlebnymi recenzjami jego płyt. To kapitalna, autoironiczna strofa, gdzie Cohen pokazuje, że on sam jest skażony zobojętnieniem i egocentryzmem.
Jak stwierdza w dalszej części tekstu, zobojętnienie jest wstydliwą, ale naturalną postawą, która pozwala nam przetrwać w czasach chaosu: So I let my heart get frozen / To keep away the rot. Dla nas najistotniejsze jest jednak zwieńczenie utworu. Przytoczmy nieco dłuższy fragment:
There is no God in Heaven
And there is no Hell below
So says the great professor
Of all there is to know
But I’ve had the invitation
That a sinner can’t refuse
And it’s almost like salvation
It’s almost like the blues
Mamy tu zatem archetyp nowożytnego autorytetu, który ex cathedra oznajmia, że transcendencja jako taka jest przeżytkiem. Cohen nie odrzuca tego stanowiska, ale dodaje, że nie jest ono pełne. Nowoczesność nie unieważniła bowiem pytań ostatecznych, tylko odwróciła od nich wzrok.
„Zaproszenie”, które przypomina zbawienie, jest jedną z bardziej tajemniczych myśli Cohena. Może jest śladem transcendencji, resztką metafizyki w świecie bez metafizyki? Poeta robi tu unik i odmawia jasnej odpowiedzi, jakby bał się powiedzieć zbyt wiele. Wybiera gest zamiast odpowiedzi; intuicję zamiast wiedzy. Może tak trzeba? Może w świecie bez prawdy sama wiedza nie ma już żadnej przewagi nad intuicją?
Cofnijmy się zatem o dwie dekady. There is a crack, a crack, in everything / That’s how the light gets in – pisał przed laty w utworze Anthem. Ten cytat może być dla nas wskazówką, jak interpretować kwestię tajemniczego „zaproszenia”. Jest ono, przypuszczalnie, właśnie taką „szczeliną”, przez którą wpada światło.
Świat Cohena jest bowiem światem rozpadu sensu i upadku wartości. Pozostało w nim jednak „coś”, czego się nie da opisać ani zracjonalizować. Możemy to przyrównać – zakładając pewną dozę tolerancji i ugodowości – do lacanowskiego „Realnego”, które wymyka się symbolizacji.
Śladem tej „resztki” jest rytuał, intuicja, może gest, może echo. Same w sobie mogą być „puste”, ale świadczą o jakimś głębszym pęknięciu, o szczelinie. Modlitwa jest wznoszona nie po to, by została usłyszana, ale by dotknąć pozostałości dawnego sensu.
Słuchajcie kolibrów, nic innego nie ma znaczenia
Gdy nadejdzie czas, należy uregulować rachunki, oddać pożyczone książki i włożyć ostatni garnitur. Pozostać uczciwym wobec siebie i nie rysować map na kartce papieru, nie potrząsać desperacko zepsutym kompasem.
Po prostu odejść. To wyraz grzeczności bez wyrzutów, pożegnanie bez nadziei na powrót. Kurtuazja jako echo dawnego porządku.
Cohen odchodzi – jak się wydaje – bez wiary w szczęśliwe zakończenie. Bóg jest milczący, nieśmiertelność duszy wątpliwa, świat skażony. Odchodzi jednak również bez goryczy, bowiem na tym świecie jest też coś więcej niż cierpienie, ofiara oraz wina.
Są rzeczy, których nie możemy dostrzec, ale które istnieją. Jest ślad czegoś większego; zaproszenie. Listen to the Hummingbird to zapewne ostatni wiersz napisany przez Cohena. W utworze wieńczącym swoją twórczość poeta zwraca się bezpośrednio do słuchaczy:
Listen to the mind of God
Which doesn’t need to be
Listen to the mind of God
Don’t listen to me
Listen to the hummingbird
Whose wings you cannot see
Listen to the hummingbird
Don’t listen to me
Oto ostatnie słowa u kresu dni. Epilog po końcu świata. „Nie słuchajcie mnie, to wszystko były wprawki, dziecinne zabawy” – zdaje się mówić Cohen. Prawdziwa wartość leży gdzie indziej. Bóg może być iluzją – nie wiemy tego – ale to nie znaczy, że nie należy go szukać.
Zupełnie jak skrzydła kolibra, które poruszają się tak szybko, że nie jesteśmy w stanie ich dostrzec. Wydają się nie istnieć… Świat się rozmywa, narasta szmer skrzydeł. Przez smugę światła przebija niewyraźny kształt. Nie ma nic bardziej realnego.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
