Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Pies w mikrofalówce i afera Epsteina. Jarosław Kaczyński i Roman Giertych działają tak samo

Pies w mikrofalówce i afera Epsteina. Jarosław Kaczyński i Roman Giertych działają tak samo Jarosław Kaczyński, screen [z:] https://www.youtube.com/watch?v=wU4hLp11uYE

Jarosław Kaczyński powielił wczoraj fejka o tym, że Peter Magyar upiekł psa w mikrofalówce. Druga część tej teorii spiskowej, uwiarygodnionej przez lidera polskiej prawicy, jest jeszcze bardziej obleśna: sugeruje przestępstwa seksualne przyszłego węgierskiego premiera względem jego własnych dzieci. To kolejna odsłona degrengolady, która w ostatnich miesiącach radykalnie przyspieszyła i nie oszczędza żadnej ze stron politycznego sporu w Polsce. Na czym polega i skąd bierze się ta choroba?

Napędzają ją: zorganizowana dezinformacja, radykalna polaryzacja i odkrycia psychologii politycznej. Potrzebujemy pilnie zbudować odporność na ten przerażający fenomen. By to zrobić – musimy zrozumieć jego źródła.

Zaczęło się od afery Epsteina, a następnie prób łączenia z nią polskiej prawicy podejmowanych przez polityków obozu rządzącego i najbardziej radykalnych, antypisowskich dziennikarzy. Później mieliśmy próby upartyjnienia lokalnych afer: tej wedle wymiaru sprawiedliwości nieprawdziwej z Lubina i tej prawdziwej – z Kłodzka. Skończyliśmy z psem w mikrofalówce Magyara.

Co łączy te sprawy? Fakt, że p*d*filia, z*o*ilia i wszystko, co moglibyśmy nazwać zbiorczo najbardziej patologicznym zwyrolstwem, wykorzystywane są bezrefleksyjnie jako polityczna pałka. W ciągu ledwie kilku miesięcy przekroczono kolejne granice, które dotąd wydawały się nieprzekraczalnymi czerwonymi liniami.

Dlaczego tak się dzieje? Prawda jest bolesna: bo to znakomicie działa.

Zaczęło się od afery Epsteina

Po publikacji akt z afery Epsteina cały świat przez kilka dni przeszukiwał materiały udostępnione przez amerykański wymiar sprawiedliwości. W dużym stopniu – do rzeczywistych treści dorysowywano to, co każdy chciał tam zobaczyć.

Lewicowcy koncentrowali się na powiązaniach Epsteina z samym Donaldem Trumpem i bliskimi obozowi MAGA ludźmi ze Stevem Bannonem na czele, a całości dopisywali inspirację rosyjskich służb specjalnych.

Prawicowcy zaś interpretowali sprawę jako ostateczny dowód zepsucia kosmopolitycznych elit, a także – co bardziej radykalni z nich – potwierdzenie „ziarna prawdy” w teoriach spod znaku Pizzagate i pokrewnych.

Tyle kontekstu globalnego, bo sprawa szybko znalazła swoje „krajowe” odzwierciedlenie. W internetowym środowisku „silnych razem” zaczęły się poszukiwania związków afery Epsteina z polską prawicą. Oliwy do ognia zaczęli dolewać użytkownicy wysokozasięgowi: po stronie politycznej Roman Giertych, wśród „dziennikarzy” – m.in. Klementyna Suchanow czy Eliza Michalik.

Gdy nie znaleziono nic twardego – pojawiły się insynuacje. Były oczywiście rosyjskie tropy czy skojarzenia z polskimi aferami. Wiadomo: jak Trump, to PiS. Jak skandal seksualny z udziałem polityków, to „afera podkarpacka”. Jak informacje o poszukiwaniu przez Epsteina młodych kobiet w Europie Środkowo-Wschodniej – to skojarzenia z teorią spiskową o rzekomym stręczycielstwie w wykonaniu Karola Nawrockiego.

Temat oczywiście rozpalał emocje internautów. Na tyle, że stał się… centralnym problemem polskiej polityki. Na medialnym „wstępie” do posiedzenia Rady MinistrówDonald Tusk zapowiedział powołanie specjalnego zespołu ds. wyjaśnienia polskich wątków afery Epsteina.

O co chodziło? Do dziś nikt tego nie wie. Po prostu trzeba było popłynąć na fali skojarzenia: wielka afera – p*d*filia i zwyrolstwo – polska prawica. A nuż coś się przyklei, a nuż coś się znajdzie.

„Silni razem” stworzyli grunt, premier zagrał w grę pod ich dyktando i bez żadnych przesłanek zaangażował w ten spin struktury państwowe.

Po paru dniach, jak to zwykle bywa, o sprawie większość opinii zapomniała – poza niezmordowanym Romanem Giertychem, który sprzedawał w Telewizji Zwanej Niegdyś Publiczną Dorocie Wysockiej-Schnepf głodne kawałki o tym, że Rada Bezpieczeństwa Narodowego powinna zająć się powiązaniami Karola Nawrockiego i PiS z aferą na wyspie sławnego finansisty.

Lubin i Kłodzko, czyli kolejne sprawy, ten sam mechanizm

To był jednak dopiero początek. Kilka dni później, na fali wzmożenia Epsteinem, część internetu zaczęło elektryzować rzekoma „afera lubińska”. Portal Goniec.pl i Radosław Gruca zaczęli publikować materiały pochodzące ze śledztwa dot. rzekomych patologii w tamtejszym ratuszu, które sugerować miały najgorsze zbrodnie o charakterze se*sualnym względem dzieci.

W sprawę najpoważniej zaangażowany miał być wieloletni, kojarzony z prawicą prezydent miasta, a w komentarzach przypominano o jego koalicyjnej współpracy z PiS w dolnośląskim samorządzie.

Początkowo doniesienia poważnie potraktowała część dziennikarzy śledczych, a nawet przedstawicieli instytucji państwa, np. członków Państwowej Komisji ds. Pedofilii. Zareagować musiała prokuratura, która po kilku dniach poinformowała, że w toku postępowania nie potwierdzono żadnego z insynuowanych przestępstw, sprawę umorzyła, a rzekome stenogramy uznała jednoznacznie za sfabrykowane.

Kilka tygodni później wybuchła kolejna sprawa: tym razem oparta na jak najbardziej prawdziwych przesłankach. Chodzi oczywiście o przestępstwa p*do*ilskie i z*o*ilskie w Kłodzku. Sąd skazał tamtejszą byłą działaczkę Koalicji Obywatelskiej, a przede wszystkim jej byłego już męża, za absolutnie makabryczne zbrodnie przeciwko dzieciom, w tym z udziałem zwierząt.

Ze względu na polityczne zaangażowanie kobiety sprawa stała się polityczna par excellence. Tym razem jednak granicę zaczęła przekraczać prawica. Choć nie ma cienia dowodu na zaangażowanie w proceder innych polityków czy próby „ratowania” byłej koleżanki partyjnej – z tragicznej historii próbowano zrobić aferę obciążającą całą partię i osobiście Donalda Tuska.

W szeregu analiz dyskursu w Internecie Res Futura wskazywała na ogromną popularność tej narracji i w efekcie – niezwykle poważny kryzys wizerunkowy partii rządzącej.

Pies Magyara w mikrofalówce

Na tym tle dochodzimy od 14 kwietnia, kiedy w rozmowie z dziennikarzami lider polskiej prawicy, były premier i prezes PiS pytany o wybory na Węgrzech i sukces Petera Magyara odpowiada: „mówiłem o jego wyczynach w życiu prywatnym, niebywałych, które każdego człowieka, który próbuje uczestniczyć w życiu publicznym, powinny natychmiast eliminować. (…) Na przykład to, co opisuje jego żona, że upiekł szczenię…”.

Co tu się właściwie wydarzyło? W ostatnich dniach przed węgierskimi wyborami w mediach społecznościowych krążyć zaczęła historia, jakoby była żona Petera Magyara – notabene również była minister sprawiedliwości w rządzie Viktora Orbana, po której wyrzuceniu z rządu lider TISZY zaczął polityczną karierę – napisała książkę autobiograficzną.

Miała w niej demaskować byłego partnera jako patologicznego zboczeńca. Wśród najmocniejszych zarzutów miało znaleźć się właśnie ugotowanie psa w mikrofalówce oraz podejmowanie aktywności sek*sualnej na oczach własnych dzieci.

Problem w tym, że taka książka nie istnieje. Była węgierska minister wprost przyznała, że nie napisała żadnej autobiografii. Sfabrykowaną historię o sfabrykowanej książce ze sfabrykowanymi wspomnieniami opublikowano na stronie internetowej, którą postawiono w Internecie na kilka dni przed wyborami, wyłącznie po to, by nadać social mediowej legendzie „źródło” trudne do zweryfikowania przez większość odbiorców, przynajmniej poza Węgrami.

Wydawać się mogło, że każdy umiarkowanie rozgarnięty człowiek ma świadomość, że przy opisanej skali patologii social mediowe doniesienia należy rzecz solidnie zweryfikować. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie przyszło to jednak do głowy.

Na zarzuty dziennikarzy, że opowieść jest zweryfikowanym fejkiem, prezes PiS odpowiedział, że na podstawie innej wiedzy o węgierskim liderze dla niego historia brzmi wiarygodnie.

Polityczna gnojowica jako wunderwaffe

Powtórzmy: powyższe sprawy to różne oblicza tego samego procesu. Kilkukrotnie w ciągu ledwie kilkunastu tygodni w centrum politycznej debaty stanęły sprawy daleko spoza dawnej czerwonej linii tabu.

W większości przypadków mieliśmy do czynienia ze zmyśleniem, w każdym – z radykalną, polityczną nadinterpretacją. Dlaczego zatem zostały podłapane? Dlaczego biły rekordy popularności w mediach społecznościowych, choć tradycyjne media w większości trzymały się od nich z daleka? Dlaczego ktoś zadał sobie wysiłek stworzenia tych historii, a następnie – ze sporymi sukcesami pozyskał do grona wyznawców wysokozasięgowe, plemienne „autorytety” partyjne i polityczne?

Ponieważ atak polityczny argumentem z krzywdzenia zwierząt i dzieci, a także sek*ualnego i sadystycznego zboczenia, to w warunkach radykalnej polaryzacji swoiste wunderwaffe.

Trudno o bardziej bolesny, krzywdzący, odhumanizowujący przeciwnika politycznego atak. Dlatego ktoś – chcąc zadać decydujący, polityczny cios – te historie zmyśla, a ktoś inny z łatwością w nie wierzy i powiela. To mechanizm diabelsko skuteczny, co potwierdzają ustalenia psychologii politycznej.

Jonathan Haidt w książce Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka przedstawia teorię „kubków smakowych moralności”. Według amerykańskiego psychologa polityczne wybory każdego z nas kształtuje jego osobista wrażliwość na kilka – pięć lub sześć – „smaków moralności”.

Dla każdej z grup – lewicowców, prawicowców i umiarkowanych – najbardziej powszechnie odczuwaną osią oceny rzeczywistości jest „troska i krzywda”.

Dla lewicowców najmniej istotna jest oś „czystość (świętość) i upodlenie”, która nabiera jednak znaczenia, im bardziej przesuniemy się na prawo sceny politycznej. Konserwatyści mają bowiem według badacza bardziej „wrażliwy” smak moralny, zwracają uwagę na większą liczbę kwestii.

Właśnie na przecięciu tych dwóch osi – „troski i krzywdy” oraz „czystości (świętości) i upodlenia” koncentrują się wszystkie cztery opisane historie. Wszędzie mamy krzywdę tych, których powinniśmy otaczać największą troską: dzieci i zwierzęta.

To mechanizm, który powoduje, że sprawy, które pojawiły się niedawno w debacie, bulwersują każdego. Dodatkowo mamy jednak sugestię patologicznego, zwyrodniałego zepsucia s*ks*lnego i sadystycznego, co szczególnie oddziaływuje na emocje konserwatystów poprzez naruszenie tabu czystości.

To wszystko sprawia zatem, że odwołując się do kategorii kubków smakowych można przeprowadzić najbardziej bezwzględny, ale i skuteczny atak polityczny. Opiera się on bowiem na głębokiej, nieuświadomionej do końca mechanice naszego myślenia o polityce.

Trafia nas w samo sedno, nie pozwala przejść obojętnie, angażuje najgłębsze emocje. Dlatego afera Kłodzka biła rekordy popularności w Internecie, a spiskowa narracja o przywódcy Tiszy – przywędrowała z podejrzanych odmętów sieci do konferencji prasowej Jarosława Kaczyńskiego.

Na to wszystko nakłada się radykalna polaryzacja, która każe postrzegać rywalizację polityczną jako wojnę dobra ze złem. Nie: konfrontację poglądów słusznych z niesłusznymi, porównanie diagnoz trafionych i błędnych, rywalizację ludzi uczciwych z podatnymi na pokusy, lecz właśnie wojnę dobra ze złem.

Gdy zaczynamy postrzegać politycznych konkurentów jako ucieleśnienie absolutnego zła, to jesteśmy skłonni wierzyć w najbardziej absurdalne przejawy zepsucia, gdy ktokolwiek przypisze je naszemu wrogowi.

Wierząc w czyste zło oponenta, stajemy się podatni na najbrudniejsze kłamstwo. W kompromitujący sposób stajemy się ofiarami topornej dezinformacji i najgorszej manipulacji.

Drugorzędne, którzy z bohaterów opisanych historii wpisywali się w ten scenariusz cynicznie, a którzy wierzyli w powielane przez siebie bzdury. Ponad podziałami przyczynili się do tego, że debata publiczna przestaje mieć sens, bo zaczyna przypominać zbiorowy odpowiednik psychotycznej jaźni. Kruszejące od ponad dekady fundamenty debaty publicznej podmywa podziemna rzeka gnojowicy.

Wcześniej czy później się w niej utopimy – i jest już zupełnie bez znaczenia, kto utonie pierwszy –  pociągnie nas bowiem za sobą. Jedyne co pewne, to że będzie bolało i śmierdziało.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.