Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

„Zielone pogrzeby”. Czym są? Czy po śmierci można ratować planetę?

„Zielone pogrzeby”. Czym są? Czy po śmierci można ratować planetę? Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Odczarowanie świata – najpierw z magii, potem z religii – sprawia, że rzeczywistość staje się wyłącznie materialna, a przez to wydaje się wręcz martwa. Życie w takim martwym świecie może być doświadczane jako pozbawione sensu. Dlatego dziś widzimy próby ponownego zaczarowywania rzeczywistości – nie tylko za życia, ale i po śmierci. Przykładem tego typu zjawiska jest rosnący trend „zielonych pogrzebów”. Na czym on polega? Czy jest to wymysł szalonych ekologów spod znaku Grety Thunberg, czy może objaw uniwersalnej potrzeby znalezienia odpowiedzi na skandal śmierci w zsekularyzowanym świecie? O tym wszystkim Dominika Tworek rozmawia z dr. hab. Michałem Rydlewskim.

Na Zachodzie rośnie trend „zielonych pogrzebów”. Powstały tysiące firm proponujących, byśmy po śmierci stali się użyźniającym glebę humusem albo – jeszcze piękniej – drzewem. Często promuje się je hasłami o „życiu po śmierci”. O czym to zjawisko świadczy?

„Zielone pogrzeby” są wyrazem potrzeby usensownienia naszego życia – w tym także śmierci jako jego kresu – w świecie postchrześcijańskim. W końcu po śmierci trzeba coś zrobić z własnym ciałem. W chrześcijaństwie chodziło o zbawienie duszy.

Ciało – choć jest świątynią duszy i należy o nie dbać – nie stanowiło centrum; najważniejsze było życie wolne od grzechu. Natomiast w przypadku „eko-pogrzebu” mamy do czynienia z podejściem materialistycznym, w którym nasze „ja” zostaje sprowadzone wyłącznie do ciała.

Materialistycznym? Przecież śmierć w takim wydaniu zyskuje wymiar estetyczny, wręcz ekstatyczny, a swoisty „powrót do natury” dodatkowo ratuje planetę przed „katastrofą klimatyczną”.

Choć mówi się tu o duchowości, w gruncie rzeczy chodzi o zestetyzowanie materii albo o jej użyteczność dla planety, której nasze ciało jest częścią, a zatem należy jej się pewien „zwrot”. Jednym ze znaków rozpoznawczych współczesnej kultury jest właśnie ten „powrót do natury”, który – moim zdaniem – stanowi skutek głębokiej alienacji towarzyszącej ponowoczesnemu człowiekowi.

„Alienacja ponowoczesnego człowieka” – można bardziej po ludzku, panie profesorze?

Chodzi o wyobcowanie – poczucie nieprzystawania do świata, oddzielenia się od niego, poróżnienia z nim. Ten fenomen opisywali już „mistrzowie podejrzeń”: Nietzsche, Freud i Marks.

Kluczowy jest tu proces utowarowienia, czyli sprowadzenia wszystkiego – w tym każdej sfery naszej aktywności – do logiki towarowej. Dziś człowiek staje się chodzącą reklamą swoich osiągnięć i własnego wizerunku. Coraz trudniej o zwyczajne relacje z innymi, bo każda znajomość – nawet miłość – traktowane są jak inwestycja, która ma się opłacać.

W efekcie przestajemy rozumieć świat, a nawet samych siebie. Jedyne, co nam pozostaje, to nieustanne starania, by być coraz lepszą wersją siebie, bo dopiero wtedy – jak wierzymy – zasłużymy na uznanie innych i własne.

Dlaczego współczesny człowiek zwraca się ku naturze?

„Po śmierci będę pięknym drzewem”, „Nie będę miał grobu, ale będę wszędzie” – jeśli ktoś tak mówi, myśli schematem animistycznym. Postrzega świat jako ożywiony, w którym każdy byt – nawet rzecz – posiada świadomość, duszę i sprawczość. W świecie animizmu rzeczy naprawdę mogą być złośliwe lub przyjazne, choć z naukowego punktu widzenia pozostają nieożywione.

Odczarowanie świata – najpierw z magii, potem z religii – sprawia, że rzeczywistość staje się wyłącznie materialna, a przez to wydaje się wręcz martwa. Życie w takim martwym świecie może być doświadczane jako pozbawione sensu.

Dlatego dziś widzimy próby ponownego zaczarowywania rzeczywistości – nie tylko za życia, ale i po śmierci. Wyobrażenie „zielonej śmierci” odzwierciedla więc to, czego brakowało nam za życia.

Czemu eko-pogrzeby oferują jedynie pozorną duchowość?

Mamy tu do czynienia z powrotem – rzecz jasna w nowej, ekoposthumanistyczno-kapitalistycznej odsłonie – do formy duchowości, w której dusza jest w materii albo materia nie jest pozbawiona życia. Co jest właśnie wyrazem animizmu. Mogę myśleć, że moje ciało jest martwe, ale mogę też uznać, że jest przecież pożywieniem dla innych bytów.

Nawiasem mówiąc, ludzie często powtarzają: „Mnie robaki jeść nie będą”, co oznacza, że milcząco uznają, iż nie byliby wtedy całkowicie martwi. Nie obawiają się natomiast spopielenia, które przecież by ich poparzyło.

Taki stosunek do naszego ciała po śmierci – jako czegoś, co nie jest już nami – okazuje się trudny do zniwelowania. W tym sensie być może nigdy nie byliśmy tak „uduchowieni”, jak nam się wydaje – jeśli przez duchowość rozumieć przekonanie, że dusza nie ma nic wspólnego z ciałem.

Może po prostu szalenie trudno nam poradzić sobie ze świadomością własnej skończoności?

Oczywiście. To upiorna wizja, że nas nie będzie. Dlatego pojawia się potrzeba „zlikwidowania” końca i zastąpienia go jakąś metamorfozą, która da poczucie, że będę istniał dalej, tylko w innej postaci. To już tak nie przeraża. Zawsze można nadal kontemplować świat, tyle że w formie drzewa.

„Zielone pogrzeby” to wręcz modelowa odpowiedź kapitalizmu na lęki współczesnego człowieka? W obliczu kryzysu klimatycznego odpowiedzialność zostaje – jak zwykle – przesunięta na jednostkę: licz własny ślad węglowy, zarządzaj nim, a w ostatecznym rachunku zaplanuj także swoją „eko-śmierć”.

Dokładnie. Skoro chcemy być „eko” za życia, to dlaczego nie po śmierci? Kultura regulowana kapitalizmem zagospodaruje każdą dziedzinę w celu uczynienia ze wszystkiego towaru. Nawet z człowieka – i to zarówno za jego życia, jak i po jego śmierci.

Zauważmy, że wszystko, co proponuje i podsuwa nam w postaci reklamowego raju dobrego życia i dobrej śmierci, bazuje na pozytywnie wartościowanych emocjach, takich jak troska. Podobnie jak z przemysłem produktów dla zwierząt domowych: kochasz swojego pieska? To kup mu to i tamto, uczłowieczaj go coraz bardziej, urządzaj urodziny, zamów tort. Wszystko to oczywiście bardziej dla właściciela niż dla psa.

W przypadku eko-pogrzebów kapitalizm operuje nie tylko moralnością, ale też estetyką: od estetyki trupiej, czyli gnijącego mięsa zjadanego przez robaki – kto by sobie coś takiego zrobił, skoro zżyliśmy się z własnym ciałem za życia? – po piękno i wolność rozkwitu, zespolenie z naturą oraz obietnicę życia w innych bytach. Zamiana przerażającego trupa – swoistej dosłowności braku życia – w zestetyzowany obiekt jest ucieczką od wyobrażania sobie śmierci jako naszego końca.

Co ciekawe, nowatorskie pogrzeby obejmują również zwierzęta domowe. Dostępne są biodegradowalne, designerskie urny w krematoriach „premium”, a z prochów i sierści powstaje luksusowa biżuteria. Mamy też całe „memory forests” dla psów, a nawet aplikacje do żałoby – z licznikami „dni bez niego”, a także dziennikami pamięci (to ostatnie w wersji premium).

Oczywiście wzory kulturowe życia przekładają się na nasze podejście do śmierci i obejmują dziś także byty pozaludzkie, które lokujemy coraz bliżej naszego ludzkiego świata. I znowu, nic w tym złego.

Sam nie wyobrażam sobie, żeby nie zadbać o pochówek własnego psa. Tak jak mam w pokoju zdjęcie zmarłej mamy, pewnie postawię kiedyś zdjęcie Maniusia. Nie muszę mieć biżuterii z jego ciała, fotografia mi wystarczy.

Ale wiem, że magia, oparta na zasadzie styczności – dotykam pierścionka, to tak jakbym głaskał psa – jest nam potrzebna w oswajaniu żałoby i straty po kimś bliskim, także po psie. W ogóle tego nie oceniam. Pod trybunałem należałoby raczej postawić kapitalizm, który wykorzystuje te wszystkie dobre chęci, naszą wrażliwość i emocje do zarabiania.

Zjawisko „zielonych pogrzebów” wzięły pod lupę dwie badaczki śmierci: Brytyjka Hannah Gould oraz Australijka Georgina Robinson. W artykule „How to Become a Tree” ostrzegają, że „green death” może być de facto czystym „greenwashingiem”. Pana – jako badacza kultury – ten fenomen jakoś zadziwia?

Bynajmniej. Zauważmy, że do takiego eko-pochówku zachęca się nas pięknymi obrazami – na przykład samotnego „mnie-drzewa” w czystej dolinie, przy delikatnie szumiącym strumieniu. To obrazki jak z reklamy wody mineralnej, przywodzące na myśl „estetykę plemienną” jako symbol natury.

Ale takich przestrzeni jest obecnie coraz mniej. Raczej skończysz jako popiół wymieszany z wszelkimi odpadami, ale to już nie brzmi tak zachęcająco, prawda?

Paradoks polega na tym, że bardzo chcemy być częścią pięknej planety, takiej jak z tych reklamowych obrazów, ale przecież wiemy, że ona już taka nie jest, bo właśnie tym pogrzebem mamy ją ratować. Właśnie tak działa reklama – obiecuje mit. W tym wypadku mit raju, w którym nie ma śmierci.

Warto zauważyć, że dawne sposoby pochówku w różnych kulturach faktycznie były „biodegradowalne”, ale nie wynikało to z troski o naturę, lecz z zespołu przekonań magiczno-religijnych. Dziś w kulturze wracamy do schematów myślenia magicznego, wypełniając je dodatkowo treścią naukowo-ekologiczną.

Jeden z takich cmentarzy powstał w australijskim Melbourne, na polu golfowym. Firma Mornington Green proponuje, by indywidualna tożsamość człowieka mogła „trwać” po śmierci – w formie drzewa wyrastającego z jego prochów. Charakter rośliny ma odpowiadać osobowości zmarłego: miłorząb jest „wytrwały i pełen nadziei”, klon – „unikalny i silny”, a drzewo ogniste – „charyzmatyczne i namiętne”. Na stronie firmy działa nawet quiz, który pomaga odkryć, jakie drzewo najlepiej do nas pasuje.

To przykład połączenia dwóch istotnych procesów kulturowych: umagicznienia i infantylizacji. Dodatkowo do kupna produktu oferowana jest wiara w możliwość metamorfozy – w byt pozaludzki, który ma odzwierciedlić i zakomunikować moją osobowość rozpoznaną przez test w stylu „jaką pizzą jesteś”.

Nawiasem mówiąc, samo robienie testu również pokazuje, jak mało siebie znamy – nierzadko potrzebujemy „profesjonalnej” pomocy w określeniu własnej osobowości, choć wciąż zadajemy sobie pytanie: „Kim jestem?”.

Nasza kultura się umagicznia?

Jednostkowo magia zawsze towarzyszyła człowiekowi jako sposób radzenia sobie w trudnych sytuacjach egzystencjalnych, na przykład w żałobie. Teraz przesuwa się do centrum kultury, co pokazuje, że żyjemy w stanie kryzysu, a dotychczasowe racjonalne narzędzia zawiodły.

Magia adaptuje nas do tej sytuacji. Ten proces wynika z wielu splatających się czynników: zmian w komunikacji – w tym odchodzenia od myślenia pismem, bankructwa rozumu, utraty poczucia bezpieczeństwa, samotności oraz braku sensu życia i świata.

Ponadto człowiek ponowoczesny potrzebuje kontroli już nie tyle nad światem, co nad sobą samym. Wykorzystuje więc magiczny potencjał do motywacyjnego wpływu na swoją psychikę – na przykład poprzez afirmacje.

Magiczność zaczarowuje świat, ukazując go jako niesamowity i pełen życia oraz relacji, których jesteśmy częścią. To osłabia wyobcowanie, przywracając nas – przynajmniej w tym wyobrażeniu – do realnego świata.

Dlaczego dzisiaj coraz bardziej się infantylizujemy?

Infantylizacja dorosłych wynika między innymi z zanikania w naszej kulturze wszelkich różnic i granic – od genderowych po granice międzygatunkowe. To bardzo korzystne dla magicznego przemysłu kapitalistycznego, bo dziecko to konsument idealny.

Działa głównie emocjami – drugim imieniem magii, nie chce myśleć, lecz doświadczać, jest narcystyczne, dąży do zaspokajania własnych potrzeb tu i teraz, a jeśli coś idzie nie po jego myśli, reaguje gniewem. Dzieci są magiczne, co dobrze opisał psycholog Jean Piaget.

Pojawia się oczywiście pytanie, czy to umagicznienie kultury jest skutkiem, czy przyczyną infantylizacji. Pewne jest natomiast, że traci się zdolność do racjonalnej, syntetycznej analizy opartej na logice i argumentach. Dorosłemu, magicznemu dziecku wydają się one nudne, jałowe, a wręcz niezrozumiałe – ba, mogą być niebezpieczne, bo naruszają jego „rozpieszczony umysł”.

Również eutanazja bywa dziś przedstawiana jako swoisty „ratunek dla płonącej planety”. W Kanadzie – gdzie od 2016 r. jest legalna w ramach programu Medical assistance in dying (MAID), a co dwudziesty zgon następuje w wyniku tej procedury – opisywano przypadki osób, które wskazywały kwestie środowiskowe jako powód, dla którego mogłyby się na nią zdecydować. Jest to oczywiście na ten moment nielegalne, choć same te deklaracje są ciekawym zjawiskiem.

To o tyle ciekawe, że żyjemy w kulturze silnego indywidualizmu. Jeśli mielibyśmy dokonać tego „gestu ostatecznego”, to raczej z powodów osobistych. Tymczasem pojawia się tu troska o coś poza nami – przynajmniej jeśli myślimy w kategoriach opozycji ja–świat.

Może to po prostu strategia nadania sensu własnemu życiu poprzez tę ofiarę?

To pokazuje, że w postawie ekologicznej obecne są pewne cechy myślenia religijnego: poświęcę siebie, złożę ofiarę na ołtarzu planety-boga, powrócę do Matki Ziemi. Oczywiście ma to także wymiar indywidualny, a nawet narcystyczny.

Jasne jest przecież, że od jednej śmierci planeta nie ucierpi znacząco, ale to ja złożyłem ofiarę – w swoich oczach staję się więc bohaterem ratującym świat. Ta strategia podporządkowana jest idei bycia użytecznym, produktywnym – także po śmierci.

Istnieją też skrajne ekologiczne ruchy, jak Voluntary Human Extinction Movement (VHEMT), które postulują, by ludzie dobrowolnie zaprzestali rozmnażania aż do całkowitego wyginięcia. Według tej ideologii ludzka obecność na Ziemi powoduje degradację środowiska i cierpienie innych gatunków.

Takie „gatunkowe samobójstwo” to niezbyt mądry pomysł, ale ujawnia istotną prawdę – dziś jesteśmy w dużej mierze bezsilni wobec szeroko rozumianej degradacji natury. Dlaczego mielibyśmy na własne życzenie wyginąć, zamiast zmienić stosunek do środowiska tak, by nie prowadził do jego niszczenia?

Dlaczego takie ruchy nie biorą tego pod uwagę? Tu docieramy do sedna: nie człowiek jako taki jest odpowiedzialny za degradację natury, lecz określony sposób gospodarowania sprzęgnięty z technologią – czyli technokapitalizm. W tym sensie popularna nazwa epoki – antropocen – jest myląca. Lepiej mówić o kapitałocenie.

Oskarżanie człowieka jako gatunku jest nie tylko antyantropocentryczne, ale też antropologicznie niewłaściwe – dla humanistyki pojęcie „człowieka” jest właściwie mało użyteczne. Dodatkowo pomija fakt, że to ludzie jednej kultury dokonali tego w największym stopniu: Buszmen czy Masaj nie są winni w tym samym stopniu, co wielkie korporacje.

Zamiast więc dążyć do unicestwienia ludzkiego gatunku, powinniśmy zmienić system gospodarowania – system, który wyzyskuje wszystkie zasoby i traktuje wszystko jak towar, od minerałów po uwagę człowieka przed ekranem.

Przywołany przeze mnie przykład jest oczywiście bardzo skrajny. Choć dziś wielu ludzi – znam takich osobiście – przyznaje wprost: nie chcemy rodzić dzieci na planecie, która płonie.

Kłopot w tym, że nawet ci, którzy najgłośniej mówią o konieczności zmiany systemu, sami konsumują na potęgę – wystarczy wspomnieć choćby słynne loty posłów Nowej Lewicy. Być może faktycznie nie ma dla nas nadziei, bo nie potrafimy zrezygnować z konsumpcji, która definiuje nasze „być” poprzez „mieć”.

Ale to nie wina człowieka jako takiego, lecz człowieka ulepionego z kapitalistycznej gliny. W tym sensie popełniamy samobójstwo na raty, ponieważ nasza wyobraźnia dotycząca innych form życia została przytłumiona – każda z nich dziś musi się łączyć z konsumpcją.

Wspomniał pan, że żyjemy w świecie postchrześcijańskim. W Polsce popularnością cieszył się film Minghun Jana P. Matuszyńskiego z genialną rolą Marcina Dorocińskiego. Bohater zmaga się ze śmiercią córki, opierając proces swojej żałoby na chińskim obrzędzie. Współczesna kultura oferuje dziś całe mnóstwo rytuałów, pozwalając wybierać w eklektycznym miksie tradycji z całego świata. Dlaczego polskie, oparte na katolicyzmie pogrzeby wydają się być passé?

To przypomina duchowy supermarket – można wybierać wszystkie rytuały, religie, wierzenia. Im dalsze od nas geograficznie i światopoglądowo, tym lepiej, bo prawdziwa duchowość musi być „gdzieś tam”, nigdy tutaj. Za tym kryje się więc uznanie, że nasza kultura nie ma nam już niczego do zaoferowania, trzeba więc poszukiwać duchowości w innym miejscu.

Dziś religia nie jest już nam dana, lecz za-dana – sami konstruujemy ją pod siebie. Chiński obrzęd jest jak najbardziej w porządku jako element żałoby, choć nie wiem, czy bohater chciałby żyć w tak kolektywnym kraju jak Chiny.

Pojawia się zatem kwestia wolności: ja mogę sobie wybrać religię – albo jakąś jej część – pod siebie.

To po pierwsze. Może tu również chodzić o nowość – coś egzotycznego, do tej pory zakazanego lub wyśmiewanego – bo kto to widział chiński rytuał w Polsce? A może to po prostu sposób na pokazanie statusu i prestiżu jako osoby uduchowionej, ale nie w katolicki sposób – osoby podróżującej, obeznanej ze światem, która w innych religiach odnajduje siebie, a nie jest determinowana przez miejsce urodzenia?

Myślę również, że chrześcijaństwo jest trudne, ma liczne zakazy i krępuje ego – to gorset, który trzeba odrzucić w imię konstruowania własnej tożsamości. Jest też instytucjonalne, trzeba się w nim podporządkować, szanować autorytet kapłana. To niełatwe, a sam Kościół też nie jest bez winy – w porównaniu z ujawnionymi grzechami Kościoła mnisi buddyjscy wydają się ucieleśnieniem dobra.

Pamiętajmy jednak, że żyjemy w świecie, w którym jedna mitologia zastępuje drugą, a „nowa duchowość” już stała się elementem przemysłu duchowo-terapeutyczno-coachingowego, służącego ulepszaniu samego siebie.

Dziś rośnie też zjawisko „digital afterlife industry” – firmy oferują nam rozmaite „pośmiertne” technologie: różnego rodzaju boty czy awatary oparte na danych zbieranych za naszego życia (jak czaty, e‑maile, nagrania).

Cóż, nasz magiczny stosunek do świata obejmuje nie tylko byty naturalne, ale i artefakty, takie jak roboty czy awatary. Co istotne, magia nie posługuje się symbolem jako czymś, co reprezentuje daną osobę, ale jest tą osobą.

W żałobie przytulamy i całujemy zdjęcia zmarłej osoby, bo w tych silnych emocjach fotografia się nią po prostu staje. W innym wypadku po co mielibyśmy całować kawałek papieru?

Najnowsza technologia już zapewnia nam „obrazy jak żywe”: awatary zachowujące się jak nasi zmarli, mówiące i wyglądające jak oni. Jeśli zawiesimy myślenie symboliczne i pozwolimy, by awatar był zmarłym, w pewnym sensie pokonamy śmierć. Transhumaniści składają taką obietnicę, analogicznie jak nowa duchowość eko-pogrzebów. Schemat jest ten sam – inne tylko środki „wiecznego istnienia”.

Jak funkcjonowanie takiego substytutu nas samych może wpływać na proces żałoby naszych bliskich?

Nie ma żałoby, bo nie ma śmierci. Śmierć to fizyczny brak kogoś. Magia pomaga nam adaptować się do trudnych sytuacji egzystencjalnych. Z czasem jednak godzimy się ze śmiercią bliskiego, uczymy się żyć bez niego, choć w pewnym sensie zawsze jest z nami w pamięci – ale już nie fizycznie, nie można go dotknąć ani przytulić.

Odejście kogoś bliskiego jest traumatyczne. Współczesny człowiek niczego tak się nie boi jak cierpienia i nie jest na nie przygotowany. Dlatego przemysł magiczny ma go od tego uwolnić, dając substytut, a być może ożywiając cyfrowo zmarłego. To w gruncie rzeczy nie jest aż tak nowy pomysł.

Wystarczy wspomnieć film Alpy Yorgosa Lanthimosa, w którym rodzina wynajmuje aktora, aby odgrywał rolę zmarłego. Jednak nie może on przestać grać, co pokazuje naszą zdolność do metamorfozy w kogoś innego. Awatar tego nie uczyni, bo musiałby czuć ludzką potrzebę bycia kimś innym i porzucenia dotychczasowej formy życia.

Widzimy tutaj kolejny paradoks: dążymy do bycia eko, a tymczasem przechowywanie takich zbiorów danych w chmurach pochłania przecież ogrom energii i zasobów.

Pełna zgoda. Dla wielu ludzi media cyfrowe to naturalna infrastruktura, po której poruszają się jak ulicą. Trudno sobie wyobrazić, żeby każdy rozmyślał nad ich kosztami. A nawet jeśli ma się świadomość tych kosztów, to co z tego? Przecież staramy się być eko tam, gdzie można.

Czy to, że wydaje nam się, iż jesteśmy tak ważni dla świata, że potrzebuje on naszego awatara, nie jest aby skrajnie narcystyczne?

Myślę, że kult osiągnięć, widzialności i pragnienie zapisania się w historii – choć kojarzone głównie z narcyzmem – mają też związek z próbą zapewnienia sobie nieśmiertelności. Kiedyś objawiało się to w wielkich czynach, ryzykownej przygodzie czy awanturnictwie, dziś częściej w skandalach.

Może wszystko, co robimy, jest w gruncie rzeczy odpowiedzią na strach przed śmiercią. Kultura dostarcza nam różnorodnych wzorów i narzędzi do jego opanowania. Bo, jak widać, wciąż nie umiemy pogodzić się ze śmiercią. Może i dobrze.

Jaka czeka nas przyszłość? Będziemy jednocześnie i drzewem, i awatarem?

To akurat wiadomo: jako ciała umrzemy. Jeszcze niedawno powiedziałbym coś w stylu: zadbajmy o to, by pamiętali nas inni ludzie, byśmy mogli żyć w ich pamięci, a nie jako drzewa czy awatary. Żebyśmy żyli na tyle dobrze, by nasze zachowanie było warte naśladowania.

Dziś jednak wydaje się to coraz bardziej ambitnym zadaniem. Bo kto będzie miał nas pamiętać w świecie indywidualizmu, epidemii samotności i kryzysu demograficznego? Dawniej pamięć podtrzymywały przecież głównie dzieci.

Może to właśnie świadomość tego skłania nas do pragnienia trwania jako nieumierający byt?

Na razie transformowanie siebie w awatara to praktyka dostępna tylko dla nielicznych, ale zapewne będzie naśladowana. W końcu nie chcemy sprawić światu przykrości swoim zniknięciem.

A może po prostu znudziło nam się być ludźmi?

Być może. Taka metamorfoza odpowiada na potrzebę uwolnienia się od spraw typowo ludzkich: drzewo nie nie ma przecież kredytu.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.