Mgła. Czy rocznica katastrofy smoleńskiej może wyglądać inaczej?
Śmierć polskiego prezydenta i 95 pozostałych pasażerów lotu PLF 101 staje się dziś, po 16 latach, wydarzeniem w większym stopniu wypieranym, niż przeżywanym – a już na pewno nie wspólnie. Polityczne zagospodarowanie katastrofy przez Tuska i Kaczyńskiego odebrało jej rangę narodowego symbolu. Zamiast po raz kolejny odpowiadać na pytanie „czy mogło być inaczej”, Jacek Sokołowski ucieka w świat political fiction, zastanawiając się, czy kiedyś będzie inaczej.
Tekst nie jest prognozą ani programem – to political fiction, ćwiczenie z wyobraźni politycznej.
Rankiem 10 kwietnia 2038 roku nad Warszawą zawisła gęsta mgła.
Z okien na górnych piętrach Pałacu Republiki, którego potężny – choć, jak podkreślano w przewodnikach turystycznych, zachwycający finezją swoich linii – kompleks dominował nad Portem Praskim, nie widać było drugiego brzegu Wisły. Z szarobiałej masy wypełniającej miasto wystawały zaledwie fragmenty najwyższych wieżowców City i iglica budynku, wzniesionego niegdyś na rozkaz Stalina.
Pierwszy Konsul spojrzał ponownie na prognozę pogody.
– Nic nie szkodzi – pomyślał – może to nawet lepiej.
Sesja Senatu miała zacząć się o dziewiątej. Przemówienie, prezentacja traktatu, głosowanie – orszak nie wyruszy przed jedenastą.
O jedenastej nastąpi koniec epoki.
– Nie – poprawił się w myślach – nastąpi początek nowej. Tamta epoka skończyła się już dawno.
Tylko kiedy właściwie? Od czego się zaczęło?
Od ataku Rosji na kraje bałtyckie, chyba. Gdyby Putin się cofnął, gdyby zabito go wcześniej, gdyby stało się cokolwiek, co pozwoliłoby wojnie rosyjsko-ukraińskiej w jakiś sposób wypalić się lub rozstrzygnąć; gdyby nie doszło do eskalacji – wszystko mogłoby potoczyć się inaczej.
Albo gdyby Nawrocki nie zrobił tego, co zrobił. Europa mogła ulec szantażowi, oddać Estonię… Niemcy ciągle jeszcze mogli dużo wtedy. I nie chcieli, oj nie chcieli ginąć za Tallinn.
Albo gdyby Amerykanie chcieli za ten Tallinn ginąć. Gdyby NATO zadziałało… Może Putin by się cofnął. Ale, oczywiście nie miało żadnego znaczenia, czego Amerykanie chcieli; oni po tym, co stało się w Iranie, już po prostu nie mogli.
I wtedy ten wariat rozkazał polskiej armii ruszyć na Kaliningrad. I domino się posypało, Finowie zaczęli bombardować Petersburg, szwedzka flota zajęła pozycje za Saaremaa…
– Nie – poprawił się w myślach – to wcale nie przez nich. Skromność jest najobrzydliwszą formą hipokryzji. To przeze mnie. To ja byłem wtedy prezydentem Francji i to ja zagroziłem atomowym odwetem. Gdyby nie ja, to niewykluczone, że na miejscu Warszawy ziałaby teraz wypalona, radioaktywna dziura.
Ale zrobiłem to. I wojna Europy z Rosją pozostała wojną konwencjonalną. A Francuzi ginęli za Tallin i Rygę. Za bezpieczeństwo Warszawy. I za wolność Białorusinów.
A wtedy Niemcy zdradzili i utworzyli nieformalną oś Berlin-Budapeszt-Moskwa, blokując jakąkolwiek decyzyjność Unii Europejskiej.
I to ja, tylko ja, przekonałem brytyjskich konserwatystów do zawarcia paktu z Francją i z Polakami. Paktu, który stał się zalążkiem Republiki.
I to wszystko zajęło raptem osiem lat. Osiem lat, w ciągu których stworzono od nowa system rządów, który po kolei akceptowały kraje byłej UE.
I nowy system energetyczny, oparty na polsko-brytyjskich reaktorach SMR.
I całą cyfrową infrastrukturę polityczną, opartą na obywatelskich mediach społecznościowych, działających w formie publicznego samorządu. I na suwerennych, europejskich systemach chmurowych.
– Ależ to był kwik, jak wyłączyliśmy im Google, Meta i X naraz – przez twarz konsula przemknął cień uśmiechu. Rzeczywiście, memy z posiniałym z wściekłości Elonem Muskiem stały się symbolem na równi z rozłupanym na pół Łachta Centre w zbombardowanym Piotrogrodzie. Symbolem rodzącej się europejskiej siły.
Pamiętaj, że jesteś śmiertelny. Miałeś swój udział w tym wszystkim, co się działo, to prawda. Ale to nie byłeś tylko ty. Ludzie, ludzie, którzy byli gotowi przyjąć Twoje decyzje. Francuzi, którzy wybrali Cię na prezydenta. Polacy, którzy zaakceptowali traktat założycielski Republiki.
Niemcy, którzy zgodzili się na status sprzymierzeńca drugiej kategorii bez prawa głosu, byle tylko otworzono im dostęp do taniej energii. Ta wojna wytworzyła dynamikę społeczną, nieobecną w Europie od jakichś stu lat. Ty tylko to wykorzystałeś.
Ty, chłopak z Sarcelles.
To też był przypadek. Że francuskie elity, rozpaczliwie szukające pomysłu na zatrzymanie marszu Marine Le Pen po władzę, postanowiły postawić na ciebie, po tym jak ukazała się twoja książka i zostałeś okrzyknięty „francuskim J.D. Vance’m”.
Facet z podparyskiego blokowiska, syn polskiej emigrantki i potomka algierskich Pieds-Noirs, który nie dołącza do alt-rightu, tylko głosi konieczność odnowienia francuskiej demokracji. I który szybko zrywa się tym elitom ze smyczy. Czy to byłem ja? Mój talent? Mój geniusz? Czy tylko dynamika społeczna?
No, w każdym razie nigdy nie pozwoliłeś sobie zrobić zdjęcia w jakikolwiek sposób wizualnie nawiązującego do Napoleona. W zupełności wystarczały ci karykatury w tym stylu, a ich nigdy nie brakowało.
Pamiętaj, że jesteś śmiertelny.
***
Głosowanie obyło się bez niespodzianek. Wszyscy senatorzy, z wszystkich krajów związkowych – zarówno obieralni jak i ci honorowi, których głos miał wymiar jedynie symboliczny – przyjęli bez zastrzeżeń traktat, na mocy którego Białoruś stawała się sprzymierzeńcem Republiki Europy w kategorii pierwszej, a Rosja – w kategorii trzeciej, bez prawa do własnych sił zbrojnych i z obowiązkiem „szanowania majestatu ludu europejskiego”: foedus iniquum.
W mediach społecznościowych trendowało już zdjęcie Tuska i Kaczyńskiego podnoszących jednocześnie ręce w geście „za”; z komentarzem, że Pierwszy Konsul planował to od samego początku, od momentu gdy po otrzymaniu godności senatorów honorowych przydzielono im sąsiadujące miejsca, na których przez sześć lat nie zamienili ze sobą ani słowa.
Niewykluczone zresztą, że naprawdę tak było. Konsul lubił symbolikę, znał dobrze polską historię i miał dość specyficzne poczucie humoru.
***
Mgła zaczęła się podnosić dokładnie w momencie, gdy kawalkada pojazdów dotarła na Plac Defilad. Szojgu, Gierasimow i Miedwiediew zeszli z odkrytej ciężarówki, na której stali całą drogę od Portu Praskiego. Dwaj pierwsi byli – zgodnie z postanowieniami traktatu – w pełnym umundurowaniu, z wyjątkiem nakryć głowy. Eskorta wolnym krokiem prowadziła ich pod pomnik.
Rząd Rosji Centralnej, wyłonionej w wyniku rozpadu Federacji z chaosu wojny domowej, która wybuchła po niewyjaśnionym zniknięciu Władimira Putina w 2036 r., nalegał, aby przekazanych Republice zbrodniarzy wojennych nie traktować jak przedstawicieli państwa rosyjskiego. Konsul się nie zgodził.
Trzech Rosjan stanęło w odległości 10 metrów od monumentu. Szojgu uśmiechał się głupkowato, ale twarze dwóch pozostałych staruszków nie wyrażały absolutnie nic.
Zgromadzony wokół placu tłum milczał. Cisza, trzech ludzi i pomnik. I Wieczność, choć tak naprawdę, zgodnie ze scenariuszem minęło zaledwie 10 minut.
– Te schody powinny być większe – pomyślał Konsul – to powinny być monumentalne stopnie, jak na Kapitolu; albo jak te w Odessie, na filmie Eisensteina. A oni powinni po nich wchodzić do góry, powoli; powoli i długo. A potem, po zakończeniu procesu i ogłoszeniu wyroku powinni z nich schodzić. Też długo. No ale nie ma porządnych schodów, tylko tych kilka stopni.
Trudno, nic nie jest doskonałe.
Szojgu, Gierasimow i Miedwiediew wolnym krokiem przeszli pod wsparty na korynckich kapitelach socrealistyczny portyk, na którym promień słońca oświetlił czarne litery: DURA LEX SED LEX.
Mgła rozwiała się ostatecznie.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
