Zepsuty system kształci złych prawników. Jak to zmienić?
Prawo w III RP stało się narzędziem niewidzialnej władzy, językiem moralnej wyższości i produktem rynkowym. Zepsuty system, przesiąknięty liberalizmem, tworzy adeptów prawa pozbawionych formacji. Reforma nie powinna jednak polegać na wymianie jednej kasty na drugą, lecz na zasadniczej zmianie modelu kształcenia.
Przez trzy dekady próbowano w Polsce wychować prawnika, który miał wierzyć, że prawo jest neutralnym językiem rozumu, podczas gdy w rzeczywistości było ono narzędziem określonego ładu politycznego, społecznego i cywilizacyjnego.
To pierwotny grzech elit prawniczych III RP. Nie tyle to, że popełniały błędy. Błędy popełnia każdy porządek. Ich grzechem było raczej to, że własny historyczny projekt przedstawiały jako ahistoryczny. Własne preferencje aksjologiczne przedstawiały jako normatywną oczywistość.
Własną wizję państwa i prawa przedstawiały jako po prostu racjonalność. Własny słownik polityczny przedstawiały jako koniec polityki. To była hegemonia, która nie chciała przyznać, że jest hegemonią.
Profesor Matczak i iluzja liberalnej wizji prawa
Tu przypadek prof. Matczaka nie jest odosobniony. Wielu prawników z jego pokolenia powtarzało mi, że prawo ma ograniczać arbitralność władzy, ma wiązać ręce polityce, ma chronić jednostkę przed nadużyciem, ma być sferą chłodnego rozumu w gorączce konfliktu.
Brzmiało to szlachetnie, bowiem częściowo było szlachetne, ale tylko częściowo. Bo równocześnie z pola widzenia usuwano pytanie najważniejsze: w imię jakiego obrazu człowieka, wspólnoty i państwa to prawo ma działać?
Jakby sama procedura wystarczała za odpowiedź. Jakby legalność mogła sama z siebie wytworzyć słuszność. Jakby konstytucyjny język praw i wolności nie wyrastał z żadnej konkretnej tradycji, żadnej antropologii, żadnego porządku dóbr. Jakby można było mówić o prawie, nie mówiąc o tym, czym jest człowiek.
Jakby można było mówić o państwie, nie mówiąc, czym jest wspólnota polityczna. To z jednej strony mechanizm obronny liberalnej wizji świata, która kazała odrzucić te pytania jako podejrzane. Z drugiej zaś strony to skutki beztroskiego „bezmyślenia”, który przerodził się później w zwykłą gnuśność prawników przełomu lat 80 i 90.
Prawo nigdy nie jest czystą techniką. Zawsze jest skrojoną w normy odpowiedzią na pytanie: jak mamy żyć razem? Kogo i co chcemy chronić? Jak rozumiemy wolność? Jak rozumiemy odpowiedzialność? Czym jest autorytet? Gdzie przebiegają granice decyzji politycznej? Co znaczy sprawiedliwość, kiedy nie da się jej już ukryć za poprawnością procedury?
Każdy system prawny zawiera odpowiedzi na te pytania, choć nie każdy ma odwagę je wypowiedzieć. III RP długo tej odwagi nie miała. Wolała mówić językiem techniki. W ramach ochrony liberalnego projektu III RP zbywano te pytania, szantażowano moralnie młodych jurystów, przekupywano nas prestiżem i uznaniem środowiska. To był język wygodny. I politycznie użyteczny.
Właśnie dlatego tak wielu ludzi prawa było szczerze zaskoczonych, gdy po latach okazało się, że polityka nie zniknęła, lecz tylko czekała pod powierzchnią. Gdy okazało się, że nie wszyscy uznają ten sam „oczywisty” telos prawa.
Gdy wyszło na jaw, że instytucje nie utrzymają się wyłącznie siłą autorytetu procedury, jeśli pod nimi nie ma już wspólnego świata znaczeń. Wtedy nazwano to kryzysem praworządności. I słusznie – ale tylko częściowo.
Był to także kryzys pewnej iluzji. Iluzji, że można zbudować trwały porządek prawny bez trwałego sporu o dobro wspólne. Iluzji, że można wychować elitę prawniczą bez pytania o to, jakie życie zbiorowe ma ona współkształtować. Iluzji, że wystarczy nauczyć ludzi reguł, a sens przyjdzie sam. Nie przyszedł. Dobro wspólne wymaga ciągłego sporu.
Prawnicy potrzebują formacji, nie tylko edukacji
Dlatego tak ważne jest dziś odróżnienie edukacji od formacji. Edukacja daje narzędzia. Formacja daje miarę. Edukacja uczy przepisów, procedur, konstrukcji, instytucji. Formacja uczy sądu. Uczy proporcji. Uczy rozpoznawania, co w prawie jest centralne, a co wtórne; co trwałe, a co doraźne; co sprawiedliwe, a co tylko poprawnie uzasadnione.
Prawnik bez edukacji jest bezradny. Prawnik bez formacji jest niebezpieczny. Bo wtedy pozostaje mu już tylko sprawność. A sprawność bez miary bardzo łatwo zamienia się w sofistykę. To właśnie widzimy dziś nasi „mistrzowie” bardzo szybko zamienili się w propagandowych naganiaczy politycznych, którzy w zależności od potrzeby chwili byli w stanie powiedzieć cokolwiek, co sprzyjało ich obozowi politycznemu.
Klasyczna kultura prawnicza rozumiała doskonale potrzebę formacji i edukacji. Wiedziała, że prawnik nie może być tylko rzemieślnikiem normy. Musi być człowiekiem szeroko uformowanym, ponieważ pracuje na materii, która dotyczy samej formy wspólnego życia.
Potrzebuje więc historii, bo bez historii nie rozumie ciągłości instytucji. Potrzebuje filozofii, bo bez filozofii nie rozumie sensu pojęć, którymi się posługuje. Potrzebuje literatury, bo bez literatury nie rozumie namiętności, słabości, pychy, krzywdy, winy i tragizmu ludzkiego działania.
Potrzebuje sztuki i obyczaju, bo bez nich nie rozumie stylu cywilizacji, którą prawo ma porządkować, a nie zastępować. Potrzebuje nawet pewnej metafizycznej pokory, bo bez niej prędko uzna własny warsztat za miarę świata.
To nie są ozdobniki. To nie są „miękkie kompetencje” dla ambitniejszych. To jest rdzeń formacji. Prawnik, który nie rozumie kultury, będzie rozumiał tylko tekst. Prawnik, który nie rozumie historii, będzie myślał, że normy biorą się znikąd.
Prawnik, który nie rozumie filozofii, będzie brał swoje założenia za fakty. Prawnik, który nie rozumie wspólnoty, będzie widział tylko jednostki i procedury. A wtedy z konieczności stanie się funkcjonariuszem wąskiego rozumu instrumentalnego lub jakby powiedział Stalin funkcjonariuszem frontu ideologicznego.
Istota nauczania stała się marginesem
I właśnie do tego miejsca doszliśmy. Przedmioty formacyjne zostały zepchnięte na margines albo zneutralizowane. Prawo rzymskie często przestało być szkołą myślenia o ładzie, nauką rozumowania, a stało się zabytkiem programu nauczania na wydziałach prawa.
Historia prawa bywa wykładana tak, jakby była magazynem egzaminacyjnych ciekawostek, a nie opowieścią o długim trwaniu form politycznych i prawnych. Filozofia prawa bywa redukowana do podręcznego kursu wykładni albo katalogu stanowisk, które trzeba umieć odróżnić, ale nie trzeba już nimi żyć.
W centrum pozostała dogmatyka. Sama w sobie niezbędna. Tyle że nauczana często tak, jakby istniała sama dla siebie. Jakby prawniczy umysł miał działać poprawnie już przez samą znajomość konstrukcji. Jakby pytanie o sens było zbyt wielkie, zbyt mgliste albo zbyt niepraktyczne.
A przecież właśnie pytanie o sens jest jedynym, które ratuje prawo przed degeneracją. Bez niego zostaje tylko formalizm. Albo oportunizm. Albo jedno i drugie naraz.

Jak urynkowiono zawód prawnika
Na to nałożyło się urynkowienie zawodu. Nie jako przypadek, lecz jako logika epoki. III RP chciała mieć prawników nowoczesnych, konkurencyjnych, elastycznych, skutecznych, dobrze odnajdujących się w gospodarce liberalnej. I ich wytworzyła. Ceną było jednak stopniowe podporządkowanie wyobraźni prawniczej rynkowi.
Student bardzo szybko zaczął rozumieć, że najważniejsze pytanie nie brzmi już: „jakim prawnikiem chcę być?”, lecz: „jak jak najwcześniej wejść do obiegu?”. Jak zdobyć praktyki, jak stać się widzialnym, jak połączyć studia z pracą, jak nie wypaść z wyścigu, jak przekuć kompetencje w przewagę – i wreszcie: jak sprzedać nie tylko usługę, lecz także samego siebie.
To nie jest moralna wada jednostek. To jest pedagogika systemu. System mówi młodemu człowiekowi: nie czekaj, biegnij. Nie szukaj sensu, szukaj miejsca. Nie pytaj, czym jest sprawiedliwość, pytaj, jak działa branża. Nie czytaj zbyt szeroko, bo stracisz czas. Nie daj się uformować, daj się zatrudnić.
W takim świecie etyka bardzo szybko staje się decorum – dla którego moi starsi izbowi koledzy gotowi są zabić. A służba publiczna – hasłem z kodeksu, które brzmi dobrze na uroczystości, lecz ma niewielką moc w realnych mechanizmach selekcji i awansu.
Wtedy sukces zawodowy zaczyna być mylony z powagą. Rozpoznawalność – z autorytetem. Skuteczność – ze słusznością. Sieć kontaktów – z kulturą prawniczą. A przecież są to rzeczy całkowicie różne. Można być znakomicie sprzedawalnym i marnie uformowanym.
Tu casus adwokata od „trumien na kółkach”. Można być sprawnym graczem i lichym jurystą. Można znakomicie funkcjonować na rynku, a zarazem nie rozumieć niczego z dramatycznych napięć, które czynią z prawa jeden z filarów cywilizacji.
Jaki powinien być polski prawnik w XXI w.?
Nie chciałbym, aby te słowa miały wywoływać nostalgię lub wkładać komuś na barki niepotrzebny pesymizm. Nie chodzi o to, by odtwarzać wyidealizowany świat dawnej palestry albo marzyć o powrocie do jakiejś czystej republiki jurystów. Taki świat nigdy nie istniał w postaci nieskalanej.
Chodzi o coś innego. O uznanie, że jesteśmy na rozstaju dróg. To już nie jest moment drobnej korekty programu studiów. To nie jest chwila na jeszcze jeden panel o etyce albo parę dodatkowych godzin teorii prawa. To jest chwila zasadniczego pytania: jak ma wyglądać prawo i prawnik w XXI wieku?
Nie wiemy tego. I właśnie to trzeba powiedzieć wprost. Nie wiemy, bo zmienia się natura państwa. Zmienia się charakter suwerenności – Bodin i Hobbes nam tych zmian nie wyjaśnią. Zmienia się relacja między prawem krajowym, europejskim i ponadnarodowym. Zmieniają się technologie, a z nimi sama struktura konfliktów społecznych.
Zmienia się rynek usług prawnych. Zmienia się język praw człowieka. Zmienia się napięcie między bezpieczeństwem a wolnością. Zmienia się rola sędziego. Zmienia się relacja między polityką a eksperckością. Zmienia się nawet to, co rozumiemy pod słowem „wspólnota”. W takich warunkach nie da się po prostu kontynuować starego modelu, jakby nic się nie stało. Ale nie da się też uciec w czystą pragmatykę.
Potrzebujemy więc nie kolejnej kosmetycznej reformy, lecz wielkiej debaty o formie prawa w XXI wieku. Debaty poważnej, to znaczy takiej, która nie będzie tylko sporem między partyjnymi narracjami ani wojną środowiskowych resentymentów. Debaty o tym, jakie miejsce ma dziś zajmować państwo. Jaki zakres powinna mieć decyzja polityczna.
Jakie granice ma wykładnia prawa. Jak rozumieć dobro wspólne w społeczeństwie rozproszonym i spolaryzowanym. Jak przywrócić powagę pojęciom takim jak słuszność, autorytet, odpowiedzialność, sprawiedliwość. Jak wychować prawnika, który nie będzie ani dogmatycznym technokratą, ani medialnym moralistą, ani tylko zręcznym przedsiębiorcą.
Bo prawnik XXI wieku nie może być po prostu kopią prawnika z wieku XX. Nie wystarczy już model, w którym jest on strażnikiem stabilności instytucji. Instytucje same przestały być stabilne. Nie wystarczy też model, w którym jest wyłącznie liberalnym tłumaczem praw jednostki.
To za mało wobec skali sporów o bezpieczeństwo, granice wspólnoty i rozpad wspólnego języka. Nie wystarczy wreszcie model prawnika jako specjalisty od transakcji i ryzyk. Taki specjalista może być użyteczny, ale nie uniesie ciężaru czasu, w którym samo prawo staje się przedmiotem fundamentalnego sporu.
Potrzebny jest więc prawnik innego typu. Głębiej zakorzeniony. Bardziej świadomy historycznie. Mniej naiwny wobec polityki, ale też mniej podatny na cynizm. Zdolny widzieć, że prawo nie jest ani czystą wolą, ani czystą normą. Że żyje pomiędzy tekstem a światem.
Pomiędzy autorytetem a konfliktem. Pomiędzy tradycją a zmianą. Pomiędzy państwem a osobą. Pomiędzy literalnością a sprawiedliwością. Taki prawnik nie narodzi się jednak z samej praktyki. Ani z samej dogmatyki. Ani z samego rynku. On może się narodzić tylko z poważnej formacji.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
