Jak wygrać systemową wojnę z Rosją? Polska ma na to sposoby
Rosja deklaruje, że ma wystarczająco dużo zasobów, by kontynuować wojnę na Ukrainie. Tymczasem dane z najnowszego raportu Ośrodka Studiów Wschodnich malują obraz kraju, który dosłownie rozpada się od środka. Jak się okazuje, Polska może ten proces przyspieszyć; musimy natomiast wyjść z defensywy.
Niedawno na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich ukazał się nowy raport zatytułowany Słabe punkty Rosji. Jak Zachód może je wykorzystać i wygrać systemową wojnę z Rosją. Uważam, że należy go przybliżyć szerszej publice, wszak analiza zawiera dokładnie to, czego możemy się spodziewać po jej tytule.
Po 4 latach prób zakończenia konfliktu na Ukrainie jest to bodajże najbardziej odważny i pożyteczny dokument, który zamiast pustych, miłych dla ucha sloganów przedstawia konkretne rekomendacje dla polityków, po wdrożeniu których rosyjska machina polityczno-wojskowa może ulec znacznemu osłabieniu.
Co istotne, jako Polska posiadamy realne narzędzia osłabiania zagrożenia ze Wschodu. Jako czołowi przeciwnicy rosyjskiego imperializmu, w naszym żywotnym interesie jest dowodzenie ofensywie przeciwko Kremlowi, która odbywać się będzie poniżej progu wojny (III wojna światowa nigdy nie będzie naszym celem, rzecz jasna).
Jednocześnie będzie ona polegać na eksploatacji najsłabszych punktów reżimu Putina, dzięki czemu jego dalsza, agresywna egzystencja będzie znacznie utrudniona.
Gospodarczy kolos na glinianych nogach
O ile Kreml deklaruje, że posiada wystarczająco dużo zasobów, by dalej prowadzić wojnę przeciwko Ukrainie, o tyle dane statystyczne nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do tego, jak duży koszt tych działań ponosi rosyjska gospodarka.
Zgodnie z raportem OSW, nakłady na wojnę pochłonęły w ubiegłym roku aż 45% PKB kraju, co stanowi ponad 2-krotny wzrost w stosunku do stanu sprzed inwazji – 21% w 2021 roku.
Z powodu znacznych ubytków w dochodach – zwłaszcza w sektorze energetycznym – Rosja zmuszona jest sztucznie zwiększać wydatki na działania wojenne, co ma destrukcyjny wpływ na budżet państwa. Przykładowo, w ubiegłym roku deficyt budżetowy wyniósł 5,6 biliona rubli, czyli -2,6% PKB, co jest 5-krotnie wyższą kwotą, niż przewidywały rządowe plany.
Co więcej, w trakcie wojny rezerwy z Funduszu Dobrobytu Narodowego przeznaczone na tzw. czarną godzinę systematycznie się kurczą: ich wartość spadła z 7,9% PKB w 2022 roku do 1,9% w roku ubiegłym.
Rosja została odcięta od zachodnich rynków kapitałowych, w związku z czym władze zmuszone są łatać wspomnianą dziurę budżetową ze środków krajowych. Dzieje się to w większości za sprawą emisji obligacji, choć wysokie obecnie oprocentowanie ogranicza ich atrakcyjność. Ponadto, redukcja długu publicznego słono kosztuje reżim Putina; jak podaje OSW, na ten cel przeznacza się aż 7,5% wszystkich wydatków budżetowych.
Gospodarka nie znosi próżni, dlatego po usunięciu Federacji Rosyjskiej z ekonomicznych struktur Zachodu Moskwa znacząco zintensyfikowała wymianę handlową z Pekinem. Obecnie Chiny są największym partnerem tego kraju: w 2025 roku odpowiadały za ok. 30% eksportu i 35% importu Rosji.
Ich faktyczna rola jest zapewne większa ze względu na reeksport przez państwa trzecie. Jednocześnie widzimy tutaj nierównowagę na niekorzyść Moskwy: handel z Rosją wynosił jedynie ponad 3% eksportu i ok. 5% importu Chin.
Ekonomiczna zależność Moskwy od Pekinu jest szczególnie widoczna w sektorze energetycznym. Zgodnie z danymi OSW, Rosja eksportuje do Chin 40% swojego węgla oraz aż 45% surowej ropy naftowej. Nic dziwnego, że Rosję niekiedy określa się prześmiewczo mianem „stacji benzynowej Chin”.
W takiej sytuacji Kreml jest całkowicie zdany na łaskę i niełaskę Pekinu, który wykorzystuje tę zależność gospodarczą jako narzędzie nacisku politycznego, wymuszając korzystniejsze dla siebie warunki współpracy. Dotychczas Chiny nie wyraziły również zgody na budowę nowych połączeń gazowych na swoim terytorium, które Rosja mogłaby wykorzystać do zwiększenia dostaw po utracie dostępu do rynku UE.
Widzimy więc, że rosyjską gospodarkę można określić mianem kolosa na glinianych nogach. OSW proponuje w związku z tym szereg odważnych, lecz koniecznych działań, które należy zastosować wobec Rosji.
Polscy politycy powinni na forum Unii Europejskiej nieustannie zabiegać o zwiększenie dotychczasowych sankcji bądź wprowadzenie nowych, np. karzących te podmioty z państw trzecich, które umożliwiają Rosji rozliczenia transgraniczne za towary objęte unijnymi ograniczeniami.
W parze ze zwiększeniem sankcji na rosyjskie towary – przede wszystkim na ropę naftową i gaz ziemny, których kupna należy jak najszybciej zaprzestać – powinno iść dalsze przeznaczanie zamrożonych rosyjskich aktywów na rzecz wsparcia wojskowego Ukrainy i spłaty zadłużenia Kijowa.
Polskiej dyplomacji będzie to o tyle łatwiej osiągnąć, że wraz z (bardzo prawdopodobnym) zwycięstwem Petera Magyara w wyborach na Węgrzech pojawią się widoki na koniec polityki „wiecznego weta”.
Europa będzie mogła łatwiej wprowadzać nowe pakiety wspierające Ukrainę i szkodzące rosyjskiemu reżimowi. Koniecznym środkiem jest także eliminacja tzw. floty cieni, czyli statków wykorzystywanych przez Rosję w celu obchodzenia gospodarczych sankcji.
Podstawowym instrumentem Polski do uderzania w słabe punkty Rosji powinno być jednak coś, w czym sam Kreml specjalizuje się od lat: wojna informacyjna. Nie chodzi wyłącznie o fact-checking i zwalczanie dezinformacji, lecz przede wszystkim o rozpoczęcie własnej medialnej ofensywy polegającej na nagłaśnianiu problemów Federacji Rosyjskiej, co prowadzić będzie do osłabienia legitymizacji reżimu Putina.
W kontekście gospodarki powinniśmy zatem masowo rozprzestrzeniać statystyki o rosnących wydatkach na wojsko, z powodu których cierpi reszta gałęzi państwa jak służba zdrowia czy sektor energetyczny. Należy przedstawiać też dane o rekordowej dziurze budżetowej, przez co kremlowskie władze będą stopniowo odbierać część świadczeń socjalnych swoim obywatelom.
Wreszcie trzeba wzmacniać narrację, że zachodnie sankcje są jak najbardziej skuteczne, gdyż pozbawiają Rosję dźwigni nacisku na Polskę i Europę, a w przyszłości mogą doprowadzić do załamania gospodarki Federacji Rosyjskiej.
Polityczne igrzyska Putina
Zgodnie z raportem OSW, system rosyjskiej władzy oparty na nadmiernej centralizacji i personalistycznym przywództwie sprawia, że kluczowe decyzje podejmuje jednoosobowo Putin, a elity boją się przejawów autonomii. Te same elity mogą jednak rozsadzić system od środka.
Walka między służbami – zwłaszcza Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB) a wywiadem wojskowym – oraz brak jasnych reguł redystrybucji aktywów prowadzi do brutalnych czystek, jak w Ministerstwie Obrony wiosną 2024 r. Coraz częstsze aresztowania wysokich urzędników i ich tajemnicze „samobójstwa” świadczą o wojnie frakcyjnej, która wymyka się spod kontroli rosyjskich władz.
Z kolei tzw. syndrom czekistowski oparty na tajności i bezkarności służb sprawia, że FSB działa często jak zorganizowana grupa przestępcza, żądając gigantycznych łapówek i realizując własne interesy.
Arbitralna zmiana reguł gry, nacjonalizacje i wrogie przejęcia przedsiębiorstw oligarchów potęgują niepewność wśród nawet lojalnych dotąd członków kremlowskiej elity. Okazuje się, że po śmierci Aleksieja Nawalnego najsilniejszymi opozycjonistami paradoksalnie mogą być członkowie wewnętrznego kręgu Putina.
Do głosu w Rosji dochodzi też brutalizacja życia wewnętrznego; w 2024 roku odnotowano ponad 600 tys. przestępstw, a więc najwięcej od 14 lat. Ich rosnąca liczba to efekt m.in. powrotu zdemoralizowanych weteranów z frontu oraz masowo udzielanej amnestii dla więźniów, którzy uzyskali wolność dzięki walkom na Ukrainie. Jak podaje OSW, byli więźniowie i żołnierze po powrocie z wojny zabili co najmniej 551 osób, a 465 z nich odniosło poważne obrażenia.
Zgodnie z danymi raportu, od początku pełnoskalowej inwazji na froncie zginęło co najmniej 220 tys. Rosjan. Jednocześnie dzieci kremlowskich elit uczą się na Zachodzie i nie podlegają mobilizacji, co budzi ogromną frustrację społeczeństwa i poczucie występowania podwójnych standardów.
Niesprawiedliwość najmocniej odczuwają jednak przedstawiciele mniejszości etnicznych Federacji Rosyjskiej. Od ok. 2018 roku systematycznie ogranicza się prawa językowe, a podczas trwającej wojny mobilizacja uderza przede wszystkim w ludność nierosyjską (np. w Czeczenii czy Dagestanie), która jest nadreprezentowana wśród poległych na Ukrainie.
Łączy się to bezpośrednio z ogromnymi nierównościami ekonomicznymi w Rosji. Zgodnie z danymi OSW, w bogatych miastach jak Moskwa czy Petersburg średnie miesięczne wynagrodzenie wynosi od 170 do 210 tys. rubli (ok. 10 tys. złotych), podczas gdy w biednym regionie Kaukazu Północnego mieszkańcy zarabiają średnio od 43 do 50 tys. rubli miesięcznie (ok. 2 tys. złotych).
To nie przypadek, lecz zamierzony efekt polityki kremlowskiego centrum, które traktuje peryferie wyłącznie jako zaplecze surowcowe i rezerwuar taniej siły roboczej.
Ponownie naszym najcenniejszym instrumentem przeciwko Rosji może okazać się wojna informacyjna. Polska powinna współpracować z rosyjską opozycją i niezależnymi mediami, aby pomóc w rozpowszechnianiu doniesień o korupcji i brutalności służb reżimu. Ułatwi to kreowaniu obrazu rządów Federacji Rosyjskiej jako wysoce represyjnych i jednocześnie lekceważących najsłabszych obywateli.
Należy dodatkowo nagłaśniać wszelkie informacje o konfliktach między kremlowskimi frakcjami, co jeszcze spotęguje napięcia wewnątrz obozu Putina i w dłuższej perspektywie osłabi jego legitymizację w oczach społeczeństwa.
Pucz Grupy Wagnera z 2023 roku udowodnił, jak szkodliwe dla systemu rosyjskiego są walki między frakcjami, gdyż prowadzą do tymczasowego paraliżu państwa, z czego korzystają bezpośrednio ukraińscy żołnierze i pośrednio też reszta mieszkańców Europy.
Najważniejszą statystyką, którą powinniśmy rozpowszechniać, jest ilość strat poniesionych przez Rosję na froncie ukraińskim. Im więcej ludzi (nie tylko w Rosji, lecz także w innych częściach świata) będzie wiedzieć, jak wyniszczająca i bezsensowna dla narodu rosyjskiego jest ta wojna, tym większa będzie presja, aby ją zakończyć.
W przeciwieństwie do reżimu Putina, który wspiera szerzenie ordynarnych fake newsów i oszczerstw pod adresem narodów Zachodu, polska strategia wojny informacyjnej ma być w pełni zgodna z naszą moralnością; powinniśmy udostępniać jedynie prawdę i wiarygodne doniesienia.
Jak bowiem widzimy z analizy OSW, Federacja Rosyjska jest państwem trawionym przez tyle realnych problemów, że zbędnym będzie tworzenie nowych a niezgodnych z rzeczywistością.
Co istotne, wojna informacyjna to spektakl, w którym mogą wziąć udział nie tylko politycy i instytucje rządowe, lecz każdy z nas, dzięki dobrodziejstwu mediów społecznościowych takich jak X, TikTok, YouTube czy – w celu dotarcia do Rosjan i innych mieszkańców byłego ZSRR – Telegram.
Przykładowo, można wrzucać zrzuty ekranu z niezależnego kanału „Mediazona”, który publikuje nazwiska kolejnych poległych żołnierzy i zestawiać je z oficjalnymi, mocno zaniżonymi danymi Kremla. Na TikToku krótkie filmiki pokazujące kontrast między luksusowym życiem dzieci putinowskich elit a biedą na rosyjskiej prowincji mogą trafić do milionów odbiorców, w tym do Rosjan podróżujących za granicę.
Wreszcie, możemy wchodzić w bezpośredni kontakt z rosyjską propagandą i wstawiać komentarze pod oficjalnymi profilami ambasad Federacji Rosyjskiej. W nich zawierać się powinny linki do niezależnych śledztw o korupcji w armii czy też screeny mapy ukraińskich ataków na rosyjskie obiekty strategiczne, co można opatrzyć retorycznym pytaniem: „Dlaczego wasza propaganda o tym milczy?”.
Szansa dla soft power Polski
Żadna z wyżej wymienionych akcji słusznie proponowanych przez OSW nie będzie jednak skuteczna, jeśli nie zwiększymy zdolności Polski do wywierania miękkiego wpływu na społeczność międzynarodową. W tym celu polski rząd powinien budować naszą soft power, powoływać do życia nowe instytucje i wspierać te istniejące, które wzmacniają przekaz Polski kosztem rosyjskiej propagandy.
Prawdziwą perłą w polskiej koronie jest Biełsat, a więc telewizja powstała w ramach TVP w celu przekazywania rzetelnych informacji z Białorusi oraz promowania kultury tego kraju. Kanał jest w znacznej mierze finansowany przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Biełsat dysponuje wieloma kanałami na YouTube, które nadawane są w językach białoruskim, rosyjskim, polskim, angielskim i ukraińskim.
Wbrew pozorom, Biełsat nie skupia się wyłącznie na Białorusi; część działalności telewizji poświęcona jest Rosji za sprawą specjalnego kanału Vot Tak. Uważam, że właśnie tego typu instytucje medialne powinny stanowić główny instrument prowadzenia przez Polskę wojny informacyjnej z Rosją.
Kluczowe w osłabianiu Rosji będzie zawiązywanie przez Polskę nowych strategicznych partnerstw z krajami, które dotychczas znajdowały się w strefie wpływów Kremla. Mam na myśli przede wszystkim Armenię, jeszcze do niedawna wiernego reprezentanta interesów Rosji na Kaukazie, a obecnie gracza coraz mocniej zmierzającego w kierunku Zachodu.
Niedawna sympatyczna rozmowa premiera Tuska z prodemokratycznym premierem Nikolem Paszynianem w Warszawie była zatem dowodem na to, że Ormianie mogą być w stanie zrozumieć polską rację stanu.
Bardzo cennym partnerem dla Polski może być również Kazachstan, najpotężniejsze państwo Azji Centralnej. Astana pod przywództwem pragmatycznego prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa powoli, ale zauważalnie uniezależnia się od Moskwy i coraz śmielej spogląda jednocześnie w stronę Pekinu i Europy. Współpraca polityczna Polski z Kazachstanem jest więc jak najbardziej możliwa i stanowiłaby dodatkowy balast dla Rosji.
Ostateczne przejście Armenii czy Kazachstanu na stronę Polski jest na ten moment, rzecz jasna, odległym scenariuszem, wszak oba państwa (podobnie jak reszta Kaukazu i Azji Centralnej) są silnie uzależnione od rosyjskiego sektora gazowo-naftowego. Nasz rząd wraz z resztą UE powinien zatem myśleć nad lukratywną ofertą, która przekonałaby te kraje do głębszej integracji z polityczno-gospodarczymi strukturami Europy i zrekompensowałaby rozwód tych krajów z Rosją.
Oczywiście nasi politycy i dyplomaci powinni wciąż praktykować rzemiosło, które opanowali do perfekcji, czyli osłabianie wiarygodności Rosji na arenie międzynarodowej poprzez publiczne demaskowanie jej kłamstw i manipulacji.
Ostatnio w dość efektowny sposób uczynił to prezydent Karol Nawrocki na konferencji CPAC w USA; podczas ciepło przyjętego przemówienia obalił mit konserwatywnej Rosji i przedstawił ją jako kraj skorumpowany i cynicznie wykorzystujący tradycyjne wartości w celu uzasadniania napaści na pokojowe państwa.
Mimo jej malejącego znaczenia, ONZ pozostaje organizacją, na forum której głos Polski może usłyszeć znaczna część świata. Dzięki temu, ambasador Krzysztof Szczerski ma szansę przekonywać Narody Zjednoczone, że rosyjska agresja nie zakończy się na Ukrainie, a wicepremier Radosław Sikorski może wykorzystywać posiedzenia Rady Bezpieczeństwa, by zbić wojenne argumenty Kremla swoimi merytorycznymi, a przy tym bolesnymi ripostami.
Czegokolwiek byśmy nie robili, jako Polacy musimy ostatecznie udowodnić społeczności międzynarodowej, że nasza stanowcza postawa wobec Rosji tkwi w naszym interesie narodowym i wynika z uzasadnionych przesłanek, a nie rzekomej rusofobii.
Parafrazując Sikorskiego, fobia oznacza irracjonalny strach, a nie ma nic irracjonalnego w obawach przed unicestwieniem, czym reżim Putina nieustannie nam grozi.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

