Amerykanie wracają na Księżyc, a świat wraca do kosmicznego wyścigu
Załogowe loty w kierunku Księżyca, których widok większość z nas zna jedynie z archiwalnych filmów, w ostatnich dniach znowu stały się faktem. Z jednej strony możemy w tym widzieć tylko kosztowną powtórkę historii sprzed ponad 50 lat. Z drugiej – eksploracja kosmosu wygląda dziś zupełnie inaczej niż kiedyś. Po pierwsze, uczestniczą w niej na wielką skalę prywatne firmy. Po drugie, nie tylko służy zaspokajaniu narodowej dumy USA czy innych mocarstw, ale również przynosi wymierne korzyści nam wszystkim.
Lądowanie człowieka na Księżycu w 1969 r. zapisało się w pamięci pokoleń. Oto spełniliśmy marzenia tysiącleci, sięgnęliśmy gwiazd!
Szybko jednak dały o sobie znać olbrzymie koszty przedsięwzięcia, które spowodowały, że program Apollo okazał się krótkim, wręcz romantycznym epizodem podboju kosmosu. Dzisiaj, w 2026 r., trudno nie postawić pytania: czy przeżywamy powtórkę z historii?
USA znowu wysłały astronautów w kosmos i celem ponownie jest Srebrny Glob. Jaki sens ma ta misja? Czy przyniesie nam coś więcej niż możliwość osobistego przeżycia emocji, których doświadczyli nasi rodzice i dziadkowie?
Nowy i stary wyścig kosmiczny
Trwająca właśnie misja Artemis II jest częścią większego programu, nazwanego od imienia Artemidy, greckiej bogini łowów i Księżyca oraz siostry Apollina (który był patronem pierwszych lotów księżycowych). Celem programu jest powrót Amerykanów na Srebrny Glob.
Sprawy mają się jednak zgoła inaczej niż 60 lat temu. Wówczas to ZSRR najpierw dominował w wyścigu kosmicznym, wysyłając na orbitę pierwszego sztucznego satelitę (Sputnik 1), pierwsze zwierzę (psa Łajkę) i pierwszego człowieka (Jurija Gagarina).
Amerykanie byli cały czas o krok do tyłu. Nieco ponad miesiąc po locie Gagarina, w maju 1961 r., prezydent USA John F. Kennedy wygłosił słynne przemówienie, w którym zadeklarował, że jego kraj wyśle astronautów na Księżyc jeszcze przed końcem dekady. Tak został określony główny cel wyścigu kosmicznego. Mimo wyznaczenia krótkiego czasu, USA odniosło w nim spektakularne zwycięstwo.
Już w 1969 r. w ramach misji Apollo 11, po kilku lotach testowych (w tym załogowym oblocie naszego naturalnego satelity) pierwszy Amerykanin i zarazem pierwszy człowiek w historii stanął na Księżycu. Tymczasem Związkowi Radzieckiemu, mimo rozwijania paralelnego programu, nie udało się to w ogóle. Musiał się ograniczyć do serii bezzałogowych sond Łuna i Łunochod.
Osiągnięcie w tak krótkim czasie tak znaczącego postępu technicznego, potrzebnego do zapewnienia bezpiecznego lądowania i powrotu astronautów na Ziemię, wymagało ogromnego wysiłku ze strony państwa i społeczeństwa.
Wykorzystano istniejące wcześniej wojskowe technologie rakietowe, ale jednocześnie rozwinięto wiele innych rozwiązań, wykorzystywanych później na Ziemi, takich jak bezprzewodowe słuchawki, liofilizowana żywność itp.
W celu osiągnięcia przewagi technologicznej nad ZSRR Amerykanie na samym początku wyścigu kosmicznego powołali do życia istniejące do dzisiaj agencje NASA i DARPA oraz przeznaczyli znaczne środki na rozwój nauk ścisłych i inżynieryjnych (ustawą znaną jako National Defense Education Act).
W połączeniu z emocjami, jakie w społeczeństwie wywoływał wyścig na Księżyc doprowadziło to do tego, że wielu młodych ludzi postanowiło związać swoją edukację i pracę zawodową właśnie z tymi dziedzinami, przyspieszając ogólny rozwój technologii. Zjawisko to znane jest jako efekt Apollo.
Z perspektywy historii trzeba jednak powiedzieć, że był to tylko krótki zryw. Program księżycowy był bardzo kosztowny – sumaryczne wydatki wyniosły 25,8 mld dolarów, czyli ok. 309 mld według cen z 2025 r.; w przykładowym 1965 r. budżet NASA stanowił ok. 5% całkowitych wydatków rządu USA. Jednocześnie obecność ludzi na Srebrnym Globie nie miała żadnego uzasadnienia poza propagandowym i ewentualnie prowadzeniem niszowych badań naukowych.
Kiedy więc tylko udało się spełnić cel postawiony przez prezydenta Kennedy’ego, a jednocześnie okazało się, że konkurencja nie jest w stanie dotrzymać kroku, Amerykanie zamknęli ten rozdział podróży w kosmos, skupiając się na niskiej orbicie ziemskiej.
Rosja nie ma szans. Teraz to Chiny są rywalem USA
Skąd w ogóle pomysł na powrót na naszego satelitę? Zalążków obecnej sytuacji należy szukać w 2003 r., kiedy miała miejsca katastrofa promu kosmicznego Columbia, który rozpadł się w powietrzu podczas powrotu na Ziemię. W jej rezultacie zapadła decyzja o zlikwidowaniu całego programu wahadłowców.
Pojawiło się wobec tego pytanie – jaki będzie kolejny cel USA w kosmosie? Ameryce brakowało wówczas międzynarodowej konkurencji porównywalnej do tej z czasów Zimnej Wojny, ale prezydent George W. Bush zdecydował, że cele muszą być ambitne – ostatecznie więc wybrano powrót na Księżyc.
Jednak nowy program, znany początkowo pod nazwą Constellation, okazał się właściwie przeciwieństwem tego, co znaliśmy z czasów Apollo. Jego cele nie były jasno określone i często się zmieniały, w zależności od politycznych wiatrów (w pewnym momencie była nawet mowa o lotach na Marsa).
Jednocześnie finansowanie było niewystarczające. Pewna była tylko jedna rzecz – Kongres USA zawsze znajdował pieniądze dla tych elementów programu, które gwarantowały lukratywne zlecenia firmom będącym wieloletnimi podwykonawcami NASA (i pracodawcami w odpowiednich okręgach wyborczych).
W efekcie, po dwóch dekadach prac, olbrzymim sumarycznym kosztem (liczonym w dziesiątkach miliardów dolarów) udało się zbudować olbrzymią rakietę kosmiczną (zwaną SLS), składającą się w dużej mierze z elementów istniejących już wcześniej (wykorzystywanych w promach kosmicznych) oraz przeznaczony do użytkowania wraz z nią statek załogowy Orion.
Jednocześnie nie zadbano o zbudowanie lądownika, dzięki któremu astronauci mogliby postawić swoją stopę na Srebrnym Globie. To doprowadziło nas do obecnej sytuacji – misja Artemis II ma na celu okrążenie Księżyca i sprawdzenie technologii (wcześniej odbył się tylko jeden, bezzałogowy lot testowy Artemis I).
Jednocześnie dalsze perspektywy są niejasne i nie jest pewne, kiedy w ogóle Amerykanie wyślą ponownie człowieka choćby w okolice naszego naturalnego satelity. Tymczasem w ramach programu Apollo odstęp między pierwszą misją wokół Księżyca a pierwszym lądowaniem wynosił zaledwie kilka miesięcy!
A jak wygląda sytuacja u konkurencji? Obecnie Rosja nie liczy się w tej dziedzinie jako realny rywal dla USA – jej cywilny program kosmiczny już od wielu lat jest niedofinansowany i zacofany technologicznie.
Ale tymczasem do gry wkroczyły Chiny, które w 2003 r. dopiero wysyłały po raz pierwszy człowieka (tzw. tajkonautę) na orbitę. Obecnie posiadają już własną stację orbitalną, a jednocześnie rozwijają program załogowych lotów na Księżyc.
Co prawda, Chinom nie udało się do tej pory wysłać tajkonautów w kierunku Srebrnego Globu, ale za to ich postępy są lepiej zaplanowane (budują własny lądownik), a dotychczasowe sukcesy, jakie odniosły, przeprowadzając w ostatnich latach serię bezzałogowych misji na Księżyc, każą traktować ich zapowiedzi załogowej misji poważnie.
Nic dziwnego, że zbudziło to niepokój w Waszyngtonie i wymusiło ogłoszoną w ostatnich tygodniach rewizję wielu dotychczasowych planów. Między innymi zdecydowano się zintensyfikować trwające od stosunkowo niedawna (w porównaniu do całej historii programu Artemis i jego poprzedników) prace nad zbudowaniem księżycowego lądownika przez prywatne firmy – SpaceX i Blue Origin.
Jak NASA zachęciła do pracy firmy Elona Muska i Jeffa Bezosa
Jeżeli w całej obecnej sytuacji są jakieś przesłanki, że obecne wydarzenia nie są tylko powtórką – i to nieudolną – tego, co już wydarzyło się w okresie Zimnej Wojny, to przede wszystkim ta ostatnia informacja. Bo w latach 60. wyścig kosmiczny miał znaczenie w pierwszej kolejności propagandowe.
Różne inne sposoby wykorzystania kosmonautyki zaczęły się dopiero stopniowo pojawiać (były to zresztą zastosowania wojskowe, takie jak satelity szpiegowskie, ewentualnie naukowe – np. badanie z bliska planet Układu Słonecznego). Z kolei obecnie wystarczy przespacerować się po dowolnym mieście, aby zorientować się, że żyjemy już w erze kosmicznej.
Na wielu budynkach dostrzeżemy charakterystyczne, w Polsce skierowane zawsze na południe, talerze-anteny telewizji satelitarnej. Bez prywatnych firm, umieszczających swoje satelity na orbicie, nie miałyby one racji bytu.
Innym przykładem jest codzienna prognoza pogody: bardzo wiele zawdzięczamy w tej kwestii obserwacjom Ziemi z kosmosu. Nie można też zapominać o towarzyszącej nam w wielu sytuacjach nawigacji GPS.
Mimo wszystko są to jednak przykłady technologii znanych i powoli rozwijanych już od stosunkowo dawna. Obecnie, oprócz flagowych księżycowych misji państwowych agencji, trwa równoległy wyścig kosmiczny pomiędzy prywatnymi firmami. Ponieważ bardziej dotyka on naszego codziennego życia, a także całych działów gospodarki, można go uznać za ważniejszy niż ten księżycowy.
Rozpoczęcie tego typu wyścigu kosmicznego było możliwe dzięki rozwinięciu przez prywatne amerykańskie firmy w ciągu ostatnich dwóch dekad nowych technologii wynoszenia ładunków na orbitę.
Polegają one na zastosowaniu rakiet, które przynajmniej częściowo mogą być wielokrotnie wykorzystywane (wcześniej standardem były rakiety jednokrotnego użytku), co w rezultacie pozwala na obniżenie kosztów całego procesu.
W działaniach tych od początku pierwsze skrzypce gra amerykańska firma SpaceX, kierowana przez Elona Muska. Od kilkunastu lat jej flagowym produktem jest częściowo odzyskiwalna rakieta Falcon 9. Obecnie jednak po piętach depczą jej już inne firmy, między innymi wspomniana Blue Origin, stworzona przez Jeffa Bezosa.
Analogiczne projekty są rozwijane również poza USA, m.in. w Chinach, aczkolwiek żaden z nich nie może się równać stopniem zaawansowania (a tym bardziej biznesowego wykorzystania) ze swoimi amerykańskimi odpowiednikami.
Rozwój nowych technologii wynoszenia rakiet w kosmos nie jest zasługą tylko prywatnych przedsiębiorstw czy ekscentrycznych miliarderów, ale również i przede wszystkim celowej polityki NASA.
W 2006 r. uruchomiła ona nowatorski jak na owe czasy program COTS (ang. Commercial Orbital Transportation Services), który zakładał wykupywanie usług zaopatrywania Międzynarodowej Stacji Kosmicznej od prywatnych firm; na zasadach, które bardziej miały przypominać warunki rynkowe niż tryb pracy wielkiej, biurokratycznej, państwowej instytucji. Zarazem opracowane i zbudowane w ramach kontraktów statki kosmiczne miały pozostać własnością przedsiębiorstw, mogących je oferować również innym klientom.
Program COTS stał się wzorcem i inspiracją dla kolejnych tego typu przedsięwzięć, co doprowadziło do powstania w Stanach Zjednoczonych całego nowego sektora firm kosmicznych, znanych pod trudną do oddania w języku polskim nazwą New Space (w luźnym tłumaczeniu oznacza to „nową branżę kosmiczną”).
Do czego może się przydać eksploracja kosmosu?
Nowe, tańsze technologie wynoszenia rakiet na orbitę pozwoliły wykorzystywać bliską przestrzeń kosmiczną coraz intensywniej. W całym 2010 r. wysłano w przestrzeń kosmiczną łącznie 121 obiektów (wliczając w to również misje załogowe). Tymczasem w 2025 r. było to już 4510 obiektów. Wzrost ponad 37-krotny w 15 lat!
Ważny udział ma w tym sieć satelitów Starlink (budowana przez SpaceX), zapewniająca na całym świecie dostęp do internetu prostu z kosmosu. Obecnie Starlink ma na orbicie przeszło 8 tys. aktywnych satelitów, blisko 2/3 wszystkich działających sztucznych urządzeń okrążających Ziemię. Choć jest najbardziej zaawansowanym projektem tego typu, to jej śladami podąża już konkurencja, zarówno z krajów zachodnich, jak i z Chin (np. sieć Guowang).
Współcześnie w eksplorację przestrzeni kosmicznej angażuje się coraz więcej państw, które bądź to rozwijają własne rakiety, bądź wykupują usługi wynoszenia na coraz łatwiej dostępnym prywatnym rynku. Na tym polu liczą się nie tylko USA czy Chiny, ale m.in. również państwa zrzeszone w Europejskiej Agencji Kosmicznej, wśród których coraz większą rolę odgrywa Polska.
Cała branża kosmiczna, w skali globalnej, warta była w 2024 r. 613 mld dolarów, jak podaje raport amerykańskiej Space Foundation. Co ciekawe, za 78% tej kwoty odpowiadał sektor prywatny. W zestawieniu z dynamicznych wzrostem całej branży widać, że przemysł kosmiczny ma coraz większe znaczenie dla światowej gospodarki.
Wszyscy pamiętamy, że Starlinki odgrywały (i wciąż odgrywają) ważną rolę w toczącej się wojnie na Ukrainie, zapewniając Ukraińcom (a do niedawna także pewnym jednostkom rosyjskim) efektywną łączność. Wojskowych zastosowań przestrzeni kosmicznej jest znacznie więcej, by wspomnieć choćby wywiad satelitarny, który pozwala stronom konfliktu uzyskiwać precyzyjne informacje o ruchach nieprzyjaciela. Im łatwiejszy dostęp do przestrzeni kosmicznej, w tym większym stopniu nawet państwa nie będące mocarstwami, jak Polska, mogą z niej korzystać.
Jak wskazuje powyższy przegląd kosmicznej rywalizacji, to jednak USA cały czas są górą, a reszta świata musi je ścigać. I to mimo wielu lat zaniedbań Ameryki w wyścigu na Księżyc. Zresztą być może nawet jej obecna słabość zostanie przekuta w siłę.
Nowy lądownik księżycowy, w przeciwieństwie do rakiety SLS i statku Orion, ma zostać zbudowany według nowych, komercyjnych zasad wywodzących się z programu COTS. Taka też, komercyjna, ma być w dalszej perspektywie sama eksploracja Srebrnego Globu.
Czy czeka nas los dinozaurów?
Oczywiście nie znam przyszłości i nie wiem, dokąd doprowadzi nas obecny wyścig kosmiczny. Wydaje się jednak, że nie będzie on prostą powtórką z czasów programu Apollo.
Z jednej strony, wszystko rozgrywało się do tej pory bardziej ślamazarnie i nieudolnie niż w latach 60. XX w. Ale z drugiej strony, istnieje realna szansa, że obecna rozgrywka między mocarstwami nie skończy się tylko spektakularnym zaspokojeniem narodowej dumy jednej ze stron, a następnie wszystko przejdzie do podręczników historii.
W ubiegłych dekadach stopniowo zagospodarowywaliśmy najbliższe kosmiczne otoczenie Ziemi. Być może za jakiś czas pojawią się inne niż same zlecenia NASA przesłanki do lotów w dalsze części kosmosu. Czy jest tam czego szukać? Na tę chwilę trudno odróżnić pomysły futurologów od potencjalnie realnych, mających ekonomiczne uzasadnienie zastosowań.
Skupmy się na jednym przykładzie. Od czasu do czasu Ziemia znajduje się na kolizyjnej trajektorii z asteroidami. I choć podzielenie przez nas losu dinozaurów jest bardzo mało prawdopodobne, to jednak upadki mniejszych meteorytów zdarzają się znacznie częściej.
W 2013 r. mieszkańcy rosyjskiego Czelabińska przeżyli chwile grozy, gdy znienacka nieopodal ich miasta przeleciał, eksplodując w atmosferze, duży meteor. Około 1,5 tysiąca osób zgłosiło potem obrażenia, w kilku tysiącach budynków pękły szyby, a były też poważniejsze zniszczenia – np. zawalił się dach lokalnych zakładów przetwórstwa cynku. Miejscowe władze oszacowały straty na ok. 1 mld rubli (100 mln zł). Był to najbardziej spektakularny kontakt meteorytu z Ziemią od czasu słynnej katastrofy tunguskiej.
Również Polska nie jest wolna od takich zagrożeń. Mniej więcej 5 tys. lat temu w okolicach, w których później miał powstać Poznań, spadł tzw. meteoryt Morasko. Do dzisiaj na przedmieściach stolicy Wielkopolski przetrwały ślady tego zdarzenia – największy z kraterów pozostałych po odłamkach kosmicznego gościa ma średnicę aż 60 metrów.
Zapobieganie tego typu kolizjom nie jest domeną filmów science-fiction. Od dawna coraz więcej potencjalnie zagrażających Ziemi kosmicznych skał jest coraz dokładniej śledzonych i katalogowanych. W 2022 r. NASA przeprowadziła nawet pionierską próbę zmiany trajektorii przykładowej asteroidy (nie zagrażającej Ziemi) w ramach misji o nazwie DART.
Obrona planety przed uderzeniem asteroidy to tylko jeden praktyczny przykład tego, do czego jest ludzkości potrzebna eksploracja kosmosu – być może w przyszłości realne stanie się kosmiczne górnictwo albo jeszcze bardziej futurystyczne projekty.
***
Człowiek od zawsze spoglądał w gwiazdy, a odkrywanie i zdobywanie nieznanego było jedną z głównych sił napędzających jego działania; szczególnie tam, gdzie potrzeba było bardziej wizjonerskiego rozmachu niż trwania przy sprawdzonych rozwiązaniach.
Trwający wyścig kosmiczny, podobnie jak ten sprzed półwiecza, daje okazję, aby połączyć te dwie skłonności. Mam nadzieję, że obecna próba sięgnięcia gwiazd będzie dla naszych czasów natchnieniem do czynienia z uniwersalnych marzeń dobrego, a nie złego użytku.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.
