Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Bóg w gotowanej szynce. Filozofia Béli Hamvasa

przeczytanie zajmie 14 min
Bóg w gotowanej szynce. Filozofia Béli Hamvasa Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Żyjemy w czasach Antychrysta – pisze pogodnie Béla Hamvas, bibliotekarz, którego dom rozszarpała bomba. A zatem – cieszmy się jabłkiem, jaśminem, dojrzałą śliwką albo późnym kwartetem Beethovena. Pijmy wino. Pośćmy – i przeżywajmy ekstazę. Postarajmy się istnieć, ale nie posiadać. Wyrzeknijmy się sukcesu. Bądźmy jak święty Franciszek, jak średniowieczny błazen. Poszukujmy mądrości.

Jaśmin i oliwka. Zamiast czytać książki Beli Hamvasa, wystarczy przeczytać ten jeden esej z tomu Godzina owoców: jest w nim cała jego filozofia.

„Od najmłodszych lat chciałem choć raz tak przeżyć rok, aby nie przeoczyć ani jednej zmiany zachodzącej w przyrodzie, począwszy od pojawienia się pączków, aż do opadania liści. Patrzyłem na nagą gałąź, kiedy znów na nią spojrzałem, pączki nabrzmiewały, a wkrótce potem widziałem już rozwinięte liście i owoc. (…) Zdawało mi się, że ogrodnik czy chłop na wsi lepiej zna przyrodę. Ale tak nie jest. Najwięcej z przyrody dostrzega artysta”.

Chwalić świat, chwalić „cud istnienia”? Czy autor jest szaleńcem albo chociaż rentierem? Przecież żyjemy w świecie przetworzonym przez człowieka, ogarniętym wojnami i beznadzieją, niszczymy naturę. Świat nosi swoje problemy: kto o nich nie pamięta, ten jest głupcem, który widzi tylko jasną część życia.

Prawdziwy pisarz musi o tym wiedzieć. Może dlatego w dom Hamvasa uderzyła bomba? Może bez tego byłby pięknoduchem, który przygląda się życiu z bezpiecznego dystansu, ale niczego nie doświadcza?

Hamvas jak mało kto potrafi opowiadać o byciu „pomiędzy”: między adoracją cudu istnienia a skutkami bomby. Mówi o kondycji człowieka, który mógłby nic nie rozumieć ze swojego życia, odwrócić się od mądrości.

Odkrywa piękno w zwyczajnych doświadczeniach, wymagających raczej treningu niż bogactwa: w gotowaniu zupy jarzynowej czy przechadzce do lasu. Nie oznacza to, że zaleca jakąś „prostotę”. Pisze: „Nie jestem religijny. Pragnę pełni duchowości”.

Biblioteka i bomba

„W świecie posiadania nie można być sobą. Człowiek cały jest wtedy obroną i atakiem, interesem i strzegącym domu psem we własnej bramie, i gdy mu zabiorą przetwory, wyje, jak ja to robiłem, leżąc w śniegu przy ruinach swojego domu. Prawdziwe istnienie jest możliwe tylko po całkowitej likwidacji posiadania. Tu zaczyna się rzeczywistość” – pisze w eseju Kropla potępienia.

 W 1914 roku Hamvas miał 17 lat. Zgłosił się na ochotnika na front wschodni I wojny światowej, został dwukrotnie ranny, doznał załamania nerwowego. Ojciec, pastor luterański, zdołał ściągnąć go do domu.

Hamvas studiował filologię niemiecką i węgierską. Przez kilka lat musiał pracować w dzienniku, czego szczerze nienawidził – prasę nazywa instytucją, która utrwala „realistyczny pogląd na świat”, czyli traktuje go jako „dół z gnojówką, więzienie, burdel i targowisko”.

Blisko 20 lat pracował w bibliotece miejskiej Budapesztu. Z realistycznego punktu widzenia to niedobrze. Bibliotekarz nie jest znawcą życia. Nawet żonę (drugą, bo pierwsze małżeństwo się rozpadło) Hamvas poznał, zwabiwszy ją do biblioteki – skrytykował wcześniej w czasopiśmie jej przekład Rabelais’go, największego błazna spośród pisarzy.

Ale życie Hamvasa nie zatrzymało się na progu biblioteki. Poszukiwał mądrości bez wytchnienia – najpełniej znajdował ją po godzinach fizycznej pracy, w nocy komunizmu, w poście, w kontemplacji, o której ani razu nie pisze wprost, bo przeżywa ją tak namiętnie, jak mało który pisarz. I było go stać na mądrą radość wtedy, gdy człowiek zwykle milknie lub rozpacza.

Podczas II wojny światowej trzy razy trafiał na front wschodni. W końcu rozwiązał swój oddział i zdezerterował. Na przełomie 1944 i 1945 roku, podczas oblężenia Budapesztu przez Armię Czerwoną, ukrywał się wraz z żoną w piwnicy jednego ze starych pałaców. Ich dom rozwaliła bomba, niszcząc wszystko, co posiadali, gromadzone przez dekady książki i notatki. Zostało tyle, ile zmieścili w jednej walizce.

Nadejście komunistów było kolejnym ciosem. Osobista interwencja György’a Lukácsa, marksistowskiego filozofa, wówczas stalinowskiego dygnitarza, doprowadziła do tego, że Hamvas, który ośmielał się zrównywać komunizm i faszyzm, dostał zakaz publikacji. Wyrzucono go z pracy i zakazano mieszkać w Budapeszcie. Jego książki wycofywano ze zbiorów bibliotecznych i niszczono.

Prawie pozbawiony środków do życia, pracował jako ogrodnik, sprzedawca warzyw – to podczas tych lat pisał najwięcej, czuł się najszczęśliwszy. Ale twórcza idylla trwała krótko: musiał podjąć pracę magazyniera na wielkich socjalistycznych budowach.

Mieszkał razem z robotnikami, wieczorami uczył się sanskrytu. Nie mogąc publikować, chętnie przekazywał znajomym rękopisy, które krążyły potem w drugim obiegu. Zmarł w 1968 roku, kiedy upadek komunizmu był odległym mirażem.

Po 1989 roku stał się na Węgrzech klasykiem. Do dziś wydano ponad 30 tomów jego dzieł. W Polsce poza Filozofią wina pozostawał prawie nieznany, ale dzięki wydawnictwu Próby i tłumaczce Teresie Worowskiej jego eseje są w końcu dostępne szerszej publiczności.

Hamvas nie był profesjonalnym filozofem. Uważał, że „sto dobrze napisanych linijek jest warte więcej niż sto źle napisanych stron”. Pragnął – pisze w Księdze gaju laurowego – napisać książkę, z której można przeczytać półtorej strony i „odłożyć w chwili, gdy na stole postawią zupę”.

Pisze więc o pracy w ogrodzie i o Breughlu, o Apollinie i Inkach, o Orfeuszu, Stonehenge, Lao-tsy. Chciał przeniknąć – jak mówi – pięć tysięcy lat ludzkiej mądrości: od Europy do Dalekiego Wschodu i Ameryki.

Pokazać sens tradycji, którą nowoczesny świat odrzuca. Wydaje się, że Hamvas wie wszystko o dziejach kultury, ale jego wizja jest mroczna i radosna zarazem, a nie chłodna i ekspercka. Często wspomina o demonach – i o dojrzałości. Ripeness is all – dojrzałość jest wszystkim.

„Dziś rano rozmyślam o tym, że być dojrzałym oznacza być podwójnie młodym. (…) Ale tymczasem sycę się gronami muszkatu i pogryzam do nich migdały, a obok mnie w trawie leży czerwone jabłko i dwie przepiękne śliwki”.

Bóg w gotowanej szynce

„Postanowiłem oto napisać modlitewnik dla ateistów!” – pisze Hamvas latem 1945 roku, gdy czerwonoarmiści dosłownie topili się w zasobnych węgierskich piwnicach z winem. „Wszak ani razu nie będę mógł użyć słowa BÓG. Muszę go nazywać rozmaitymi innymi imionami, takimi jak na przykład pocałunek albo upojenie, czy nawet – gotowana szynka. Ale najważniejszym spośród owych imion jest dla mnie wino” – czytamy w pierwszych akapitach Filozofii wina.

Nie przepada za ateistami, a tym bardziej za pietystami, czyli zwolennikami purytanizmu w sztuce i życiu. „Pietyzm jest po prostu ateizmem w przebraniu. (…) Wyznawca pietyzmu głosi ideę życia o chlebie i wodzie, chciałby ukryć kobiece kształty pod zgrzebnymi sukniami, zakazałby śmiechu i nawet słońce zasłoniłby kirem. Jest abstynentem, wszystko traktuje ze śmiertelną powagą”.

„Wszystko” trzeba bowiem smakować. Wino i potrawy karmią ducha, a nie tylko ciało. „Wino w zasadzie najbardziej lubi rybę, i to pod każdą postacią, na ciepło i na zimno, gotowaną, pieczoną i wędzoną, a nawet konserwową – w oleju czy sosie pomidorowym. (…) Głód jest ciemnością żołądka, a sytość jego światłem. (…) Ryba opada do żołądka i rozbłyska światło. A wówczas dołącza do niej wino i następuje iluminacja ducha!”.

Filozofii wina znajdziemy, według najlepszej tradycji, pochwały tytułowego trunku, wieprzowiny, przyjemności lata, tytoniu, literatury, urody kobiet, odwiedzania szynków, lenistwa i nieumiarkowanego korzystania z rozkoszy życia.

Jaśmin i oliwka, czyli uduchowienie zmysłów

„Jaśmin jest cząstką zapachów raju. Co to znaczy, że coś kwitnie? Że się otwiera. Że to, co jest najgłębiej, w środku, nagle wychodzi na zewnątrz. Że okazuje się to, co ukryte. Że misterium uwidacznia się. Urzeczywistnia. Że tajemnica się wyjaśnia. Tym właśnie jest kwiat.

Misterium roślin. Najgłębsza tajemnica stworzenia. Coś najbardziej wewnętrznego, co ukazuje się na końcach gałęzi. Coś niepojętego, co mogę zerwać i wdychać zapach. Pierwsza kobieta miała na pewno jaśminową skórę i pachniała jaśminem. (…)

Oliwka to co innego. Gdy myślę «upojenie», mam na myśli oliwkę. Słodycz i ciężką gęstość jej zapachu. Usypia. Jaśmin jest pięknem rajskiej dziewczyny. Oliwka zaś jej ciałem i krwią, pocałunkiem, na dodatek duszącym, bo potrafi utkwić w gardle.

Zapach oliwki odurza. Jej maleńkie kwiaty są na zewnątrz srebrne, a od środka przypominają złote lejki pełne nektaru. Jaśmin zachował dla nas część rajskiego zapachu, oliwka zatrzymuje zapach ziemskiej miłości, upojne roztopienie się, ekstazę”.

Czy ten opis nie jest zbyt zmysłowy? Żyjemy w świecie różnych purytanizmów, które zakładają, że człowiek jest zawsze prostakiem skłonnym do przemocy. Chciałyby zlikwidować całe dziedziny życia.

„Tylko nieszczęsne niezrozumienie chrześcijaństwa i mylnie uzasadniana moralna asceza zdegradowała duchową wartość zjawisk zmysłowych do poziomu, na którym się dziś znajdują, i uznała je za grzech, którego należy się wystrzegać. Nie powinno się odrzucać zjawisk zmysłowych, tylko je przenikać, przesączać, uduchawiać w całej ich głębi” – pisze Hamvas w eseju o malarstwie.

Purytanie wszelkiej maści uważają, że żyć to znaczy posiadać. Kochają frazesy, ale myślą przyziemnie. Trzeba zbudować większy kościół niż nasi przeciwnicy. Oponentów należy zwyciężyć i pognębić. Zarazem brakuje purytanom wyobraźni, wolą mgliste idee od konkretu.

Hamvas mówi: „Purytanin jest kwintesencją człowieka abstrakcyjnego. Istotą bez serca. (…) wymyśla sobie teorię, której służy. Ludzkość! – powiada. Wolność! Lub: Moralność! Względnie: Przyszłość! Postęp! Cóż wszakże znaczy tak naprawdę wolność lub przyszłość? To surogaty Boga”.

Hamvas nie interesuje się ideologią. Przyznaje, że kiedyś chciał „prezentować się, uwodzić i zachwycać”. Ale potem wszystko się zmieniło. „Dobrze jest być nędzarzem. Jeszcze krwawiłem, ale już rozumiałem, że dobrze się stało. Świat posiadania legł w gruzach”.

Komentatorzy łączą Hamvasa z Nietzschem, Heideggerem, Kierkegaardem; gdybym miał jego eseje do kogoś porównać – kojarzą mi się z filmami Érica Rohmera. Podobnie jak Rohmer, Hamvas mówi o swoim Bogu, ale nie jest kaznodzieją.

Nie mieszka w oblężonej twierdzy. Niczego się nie obawia, nikogo nie próbuje nawracać. Delektuje się życiem. Jest zbyt bogaty w swoim istnieniu, by poganiać bliźnich na drodze do zbawienia.

Badając historię kultury, Hamvas doszedł do przekonania, że każda epoka była dotknięta kryzysem. Nie ma więc sensu pomstować szczególnie na tę, w której sami żyjemy. Z drugiej strony, nie możemy nie zauważać zmian, które przynosi historia – a nowoczesność Hamvas w dużej mierze odrzucał. Gdzie najlepiej widać to, jak zmienił się człowiek i świat?

Wszelkie piękno pochodzi od młodej kobiety

„Piękny głos – to głos młodej kobiety; piękna postać – to postać młodej kobiety; jej ruchy, spojrzenie, rysy, chód – jeśli coś jest piękne, swoje pochodzenie zawdzięcza praobrazowi młodej kobiety” – pisze w eseju o świątyni nimfy Afai.

Trudno pisać o takich rzeczach. Autor będzie podejrzewany o niskie pobudki. Za życia Hamvasa triumfy święciła wulgarna psychoanaliza. Ale trzeba tak pisać. Żyjemy w czasach, w których uprzemysłowienie piękna kobiet, zamiana go w pornografię, uchodzi za rzecz normalną, środek do zarabiania pieniędzy. Hamvas mówi: wszelkie piękno pochodzi od kobiet; piękno, które zachwyca, przeszywa: „To właśnie młoda kobieta stoi na granicy przerażenia”.

Czy oznacza to, jak często mówili dawni mędrcy, że kobiety są bliższe natury niż mężczyźni i tak dalej? Hamvas mówi coś więcej. Piękno kobiet jest pokrewne „z tym, co pozaziemskie”.

I podobnie jak mężczyzn, unicestwia ono same kobiety – również te, które najbardziej pociągają pięknem. Zwycięża je tak samo, ale od wewnątrz. To piękno unicestwia, nie kobieta.

Być może ten znak najwyraźniej mówi o kryzysie naszej epoki, o tym, że jest ona fundamentalnie brzydka, skażona bezosobowością: „Wystarczy spojrzeć na dzisiejszych mężczyzn i kobiety, wszyscy tacy sami: gwiazdy filmowe”.

Piękno kobiet stało się, w o wiele zbyt dużej mierze, udziałem kina; zostało przetworzone na taśmie filmowej i wyplute, oderwane od egzystencjalnej głębi, od „granicy przerażenia”. Wydaje się niemożliwe, żebyśmy postrzegali innych ludzi, ich twarze, bez optycznych i ideologicznych filtrów, akceptując niedoskonałość.

Trzeba by w ogóle odrzucić płaskie wizerunki. „Twórczość dzisiejsza to twórczość do oglądania, nie do dotykania, wszystko, co dziś powstaje, jest na zewnątrz, na wierzchu, w płaszczyźnie, na twarzy. (…) obraz zawsze obniża intensywność przeżycia, obraz jest w każdym wypadku czymś słabszym od plastyki. (…) w obrazie jest element fałszu” – pisze w eseju o kamieniach.

Inaczej niż rzeźba, obraz może zakrywać rzeczywistość, tworząc jej spłaszczoną kopię. Czujemy tę diaboliczność, patrząc na Kondycję ludzką René Magritte’a. Iluzja doskonała – a zarazem obraz widziany od tyłu jest tylko kawałkiem tektury. Może cały świat składa się z takich tekturowych dekoracji.

Oko – mówi Hamvas – nie dotyka woni. Zapomnieliśmy całkowicie o „sakralnej naturze ciała”. „Materia w całej swojej zmysłowej pompie – to plastyka, możliwość dotknięcia z każdej strony, wielostronność jej tworów, cudowna gra powierzchni płaskich, wypukłych i zagłębień, rozmaity ciężar materiałów, ich zwartość, chłód, puszystość, gładkość, chropowatość (…). Zmysł postrzegania rzeczywistości istnieje nie w obrazach, tylko w wielopłaszczyznowości ciał, nie na powierzchni, tylko w głębi, nie na płaszczyźnie, tylko w przestrzeni”.

Kobietę – dodaje w Filozofii wina – można poznać tylko przez dotyk i węch. Purytanie i ateiści „znają kobietę wyłącznie w sposób abstrakcyjny, przez oczy i uszy. Patrzą na nią, słuchają tego, co mówi, ale właściwie nie mają pojęcia o istocie kobiecości”. Mnie w tajemnicy piękna najbardziej fascynowało, jak to jest: być piękną – doświadczać tego od środka! Teraz być może wiem o tym nieco więcej.

Zamiast nauki – sztuka, religia i magia

„Turba. Noc ciemna duszy. Bliskie szaleństwu pomieszanie, ciemność, piekło, kołowanie infernalnego wiru, dusza, która w męce rozszarpuje samą siebie, gniew Boży, płomień z głębiny”. Hamvas nie wysławia bezmyślnie uciech życia, jak mógłby pomyśleć ktoś, kto przypadkowo natrafiłby na Filozofię wina. W Godzinie owoców pisze, że doświadczył „nocy ciemnej duszy”.

Nie wyjaśnia, co za tym stoi – bomba, komunizm czy jeszcze coś innego. Ale według niego tę noc opisali najlepiej św. Jan od Krzyża i Jakob Böhme – mistyk katolicki i mistyk protestancki. Bo istnieją w duszy zjawiska nieznane nauce, niedostępne psychologii. „W bardzo wielu przypadkach nauka jest po prostu niepoinformowana. O tej wewnętrznej krainie nawet nie słyszała, nie zna jej”.

Potęga nauki – to dla Hamvasa złudzenie. Jej samoświadomość, obecna na przykład w psychologii, jest iluzją deziluzji. A z fałszywej deziluzji nie sposób się wydostać. Mogłoby się wydawać, że nauka odpowiada na wezwanie wyroczni delfickiej: „poznaj samego siebie”.

Jednak „psychologia, samoobserwacja, wszelka refleksja dotycząca samego siebie jest tak bardzo eksponowana, i wciąż podkreśla się, że wynika z nich doskonalsza i głębsza wiedza człowieka o sobie samym. To niedorzeczne” – pisze w eseju o Apollinie. Prawdziwe poznanie – to wiedzieć, że tak naprawdę nie wiemy nic.

Pozostaje sztuka. Ale prawda jest niewidzialna, nawet dla artystów! Hamvas podkreśla: „Prawdy, czyli rzeczywistego stanu rzeczy, takiego, jakim on jest, nie namalował nikt, co więcej, nikt go nie widział i nikt nie może go namalować, bo nikt nie może go ujrzeć”.

Sztuka może tylko odnosić się do prawdy: „Biada obrazowi, który pozostał tylko znakiem i niczym więcej, i który nie ma nic wspólnego z niedosiężną i niewidzialną prawdą. Niedosiężną, która jednak musi być obecna na obrazie; jest niewidzialna, ale on musi ją zobaczyć” – pisze w eseju Pejzaż antyczny i współczesny.

Na czym polega prawda? Na uznaniu, że rzeczywistość jest sakralna: „Odkryciem nowoczesności jest to, że w sposób sakralny można namalować robaka (Dürer) i rzucony niedopałek papierosa, nie tylko wniebowzięcie Maryi, mamy na to tysiące przykładów.

Wiemy, że kępka trawy, most, kwiat, misa jabłek, jeśli jest znakiem prawdy, może być i jest sakralna. I jednocześnie wiemy, że można sprofanować malarsko narodziny Chrystusa czy jego zmartwychwstanie, bo na to też mamy tysiące przykładów, wiele nędznych, niecnych kiczów, które nie są znakami prawdy”.

Tego właśnie pragnął Hamvas: „Położyć podwaliny pod naukę o świętości życia”. Tę wyjątkową naukę może stworzyć tylko sztuka, która nie jest wyłącznie zamkniętą w sobie grą znaków. Niestety, nie wierzymy już w sztukę. Adorujemy dziś naukę, która – na usługach scjentystycznych światopoglądów – raczej zniekształca niż odkrywa ludzką naturę.

Żyjemy „w późnym stadium apokalipsy”. Ale apokalipsa oznacza zarówno katastrofę, jak i odkrycie, objawienie. Jest paradoksem, bo życie to paradoks, który scjentyzm usiłuje spłaszczyć, wyjaśnić, redukując człowieka do kłębka popędów.

Co wyzwala, według Hamvasa, z „nocy ciemnej”? Wiedza – o ile nie jest scjentystyczną nauką. Starożytna tradycja Grecji, ale też Indii czy Iranu, którą chrześcijaństwo czasem zbyt pochopnie odsunęło poza krąg zbawienia.

I wielka sztuka starych mistrzów: Szekspira, Cervantesa, Goethego, Beethovena, Cezanne’a. „Tylko sztuka utrzymała więź z siłami transcendencji”. Jest ona magią, najpotężniejszą ze wszystkich. Tylko jej twórcy posiadali „wyższą wiedzę”, wyzwalali siły, które kierują ludzkością.

Powtórzmy: zamiast zaufać nauce, trzeba powierzyć się sztuce, religii, magii. Zgodzić się na przemianę. Otworzyć się na duchowość, na choć odrobinę codziennego mistycyzmu, intymnego, pozbawionego gwałtownych emocji.

„Samotność i post są stanami magicznymi. Ludzie na ogół nie wiedzą o tym. Osobnicy bojaźliwi i małoduszni nawet jednodniowy post religijny znoszą w półomdleniu, niczym niepojętą karę, i nieustannie myślą o jedzeniu”.

Samotność i post oczyszczają wrażliwość, pozwalają wypuścić się na poszukiwanie prawdy o samym sobie. Niemal obsesyjnie – a zawsze należy badać ścieżki obsesji – powraca Hamvas do pytania: kiedy „jestem do końca prawdziwy”?

Antychryst, czyli bezosobowość

Chrześcijanie długo myśleli, że Antychryst będzie jakąś osobą, politykiem, mrocznym geniuszem. Tymczasem nie ma on przecież imienia, jest tylko liczbą – 666. Dlatego – mówi Hamvas – że jest bezosobowy. Na czym polega życie w czasach Antychrysta? Każdy z nas przebywa w cyrku, którego dyrektor jest szalony.

„W jednej ręce trzyma kostkę cukru, w drugiej pejcz i rozżarzony pręt. Daje nam szkołę. Musimy przeskakiwać przez kozła i liny, obiegać arenę, ustawiać się w rzędzie i krzyczeć: niech żyje, albo: na stracenie, precz z nim. (…) trzeba tańczyć na linie i wołać: hurra!”.

Nie ma jednak publiczności: „Widz jest bezosobowy. Abstrakcyjny. Nie-istniejący. Ta abstrakcyjna i nieistniejąca nieosobowa nicość, ta ciemna i pusta obsesja, to jest Sześćset sześćdziesiąt sześć, Antychryst”.

Antychryst ujawnia się przede wszystkim w polityce. „Demokracja, socjalizm, komunizm nie są zjawiskami kolektywnymi, tylko ruchem masowego indywidualizmu; cała ich problematyka jest indywidualistyczna. To forma życia zatomizowanych jednostek (…).

Komunizm jest masową namiętnością ludzi oderwanych od siebie, którzy widzą spełnienie pragnień w przeciwieństwie własnego stanu, chcą się stać istotami pod każdym względem kolektywnymi, czyli całkowicie odrzucić jednostkową świadomość”.

Człowiek w komunizmie – a jak dziś widzimy coraz jaśniej, w każdym współczesnym systemie politycznym oraz w każdej próbie jego zmiany, bo przecież „antysystemowcy” są tacy sami – stara się, jak to nazywa Hamvas, zerwać więź z „pełnią bytu”. Walczy z samotnością tak zaciekle, że zatraca się w iluzji nieistniejących wspólnot.

Sukces również jest bezosobowy. Ludzie osiągają go „wyłącznie wtedy, gdy wyprą się swego osobowego życia, gdy się od niego odetną”. Niedługo „również chleb i oddychanie będą dane tylko tym, którzy staną się bezosobowi, to znaczy nierzeczywiści i kłamliwi”. Gorzej: nawet sam postęp – świecka religia – może stać się „niezależny od człowieka”, ku powszechnemu aplauzowi.

Gdzieś już o tym czytałem. Tołstoj pisze: Napoleon nie wie, dlaczego chce iść na Moskwę. Nie ma szans, by pokonać Rosję. A jednak postanawia przelać krew setek tysięcy ludzi. Myśli, że samodzielnie podejmuje decyzje. Ale nawet on, ubóstwiany przez współczesnych, uznawany za najwybitniejszego człowieka, jest tylko igraszką w rękach Lewiatana. „Król jest niewolnikiem historii”. Naprawdę wolny może być tylko pojedynczy człowiek.

Kultura współczesna często redukuje, pomniejsza człowieka. Chciałaby, jak utopijna polityka, odmienić oblicze świata – i na tym poprzestać. Wszystko kręci się wokół posiadania. „Świat wymyślił własność prywatną w najwyższym stadium szaleństwa”.

Ludziom walczącym o majątek narzuca wzorzec nadmiernej aktywności i rywalizacji: „Odrzuciłem agon jako płytki i bezużyteczny dla mnie porządek życia. (…) jak najdalej od forum publicznego, od ambicji, od roli!” – pisze Hamvas w eseju Złote dni. Zaleca „znakomitą bezimienność”, wycofanie z bezosobowego wyścigu.

Dziś często żyjemy w niewypowiedzianym wprost kulcie polityków, wpływowych dziennikarzy, sławnych ludzi. Tymczasem prawie żadnemu z nich nie udaje się jakiekolwiek dobre dzieło.

Wiemy, że prawda o życiu, o każdym z nas, jest gdzie indziej, że trzeba jej poszukiwać w mądrości, w sztuce, w wyobraźni, w kontemplacji, ale zazwyczaj mamy coś ważniejszego do roboty. To właśnie – według eseisty – obecność Antychrysta.

Wędrowny żebrak jest najważniejszym z ludzi

Trzy wielkie postacie przywołuje Hamvas jako wzory w staraniach o bycie prawdziwym. Pierwszą z nich jest święty Franciszek, który uosabiał postawę opisaną przez Psuedo-Dionizego Areopagitę słowem epiphoitesis: „dziecięce odniesienie do Boga”.

Święty Franciszek „rozumiał, że jeść, pić, kąpać się, podziwiać kwiaty, uśmiechnąć się do pięknej dziewczyny, spacerować, bawić się, wszystko to może być modlitwą i w rzeczy samej nią jest, gdy człowiek jest dzieckiem bożym”.

Drugi z wzorów – to błazen, arlekin. Wspaniały bohater literatury nowożytnej, która odrzuciła sztywne konwencje dominujące przez tysiąclecia, a zaczęła ze śmiechem wydobywać to, co prawdziwe. „Arlekina ciekawi istnienie, a nie posiadanie”. Według Hamvasa błaznami są Romeo i Hamlet, Pantagruel z powieści Rabelais’go i Dyl Sowizdrzał. Wśród filozofów – Sokrates i Diogenes.

„Można go spotkać również na rysunkach tuszem i na drzeworytach chińskich i japońskich. Czasami stoi samotnie jak Pablo z Valladolid [z obrazu Velázqueza – P.B.] i śmieje się do siebie. Pewnie myśli o jakimś wysokim dostojniku kościelnym czy państwowym i piekielnie go on rozśmiesza. (…)

Czasami jest ich kilku, rozczochranych i obdartych, coś omawiają i chichoczą. Pewnie jeden próbuje namówić pozostałych, żeby wzniecili powstanie przeciw władcy, a potem parli naprzód, aż do samego Arabotu, przegonili Boga, zdobyli władzę nad światem, niezmierzone bogactwa, wzięli wszystko w swoje ręce, zorganizowali niezwyciężoną armię i podbili gwiazdy”. Czy stać nas jeszcze na błaznów – w świecie, w którym królowie próbują być błaznami?

Trzecia z tych postaci – to sannjasin. Tak nazywa się w hinduizmie ostatni etap życia, kiedy człowiek powinien opuścić dom i majątek, stać się wędrownym świętym-żebrakiem. Niewielu hindusów dociera do tego stanu. Sannjasin może być także duchowym mistrzem.

Hamvas definiuje go przez oderwanie od doczesności: „Egzystencja sannjasina pozwoliła mi wreszcie odetchnąć pełną piersią. (…) Im człowiek ma więcej, tym jest uboższy. Sannjasin nie ma niczego poza ekstazą” – pisze w Monologu apokaliptycznym.

Porównując samego siebie do Hioba, Hamvas mówi zaskakująco: Hiob żałował wszystkiego, co utracił. Nie był zdolny stać się arlekinem ani sannjasinem, „nie wstał i nie ruszył przed siebie, pogwizdując pod nosem”.

Hamvas – jak błazny Rabelais’go i Szekspira – chce już tylko wyśmiewać się ze świata, a zarazem obejmować go mądrością. Bo śmiech błazna jest podszyty melancholią. Ani smutek, ani śmiech nie istnieją oddzielnie, bo wtedy nie nawiązywałyby do mądrości.

W historii Hioba rzeczy materialne pozostają oznaką znaczenia i błogosławieństwa. A to sannjasin – nie władca czy człowiek sukcesu – jest tak naprawdę najważniejszą osobą na świecie. Tymczasem „królowie, cesarzowie i kanclerze osuwają się w nicość”. Tylko ktoś, kto wyrzeka się świata materialnego, może materię naprawdę docenić.

Modlitwa do papryki

„Współczesny nam surogat religii nazywa się materializmem. Dlaczego tak właśnie się nazwał, pozostanie dla mnie zagadką. Bo to właśnie ja jestem materialistą, moi drodzy, ja, który modlę się do faszerowanej papryki i knedli ze śliwkami, marzę o zapachu kobiety, przepadam za drogimi kamieniami, żyję w poligamii ze wszystkimi gwiazdami, kwiatami oraz uwielbiam wino. Wino! Słyszycie?”.

Kiedy erudyta pisze o szczęściu, nieuchronnie zbliża się do panteizmu: woła, że Bóg jest we wszystkich rzeczach, że jego cząstki są rozsiane w całym świecie. „Nie ma jedynej prawdziwej wiary. Wszystko zależy od jednego: spotkać Boga i pokochać Go. Albo: pokochać Go i znaleźć. Reszta to teologia” – pisze w jednym z najpiękniejszych esejów: Pod tamaryszkiem.

Ale to było jeszcze przed bombą. W późnych, powojennych esejach na serio zwraca się ku Jezusowi, poszukuje relacji z nim. Jednak jego Bóg zawsze jest kimś trochę innym niż Bogiem chrześcijańskim.

„Nie jestem religijny. Pragnę pełni duchowości” – mówi Hamvas, rozpoczynając swój post. (W Filozofii wina zaznacza: „Ateiści „są przekonani, że modlić się można wyłącznie w kościele lub głośno powtarzając za księdzem pacierze”). Oczywiście pisarz powinien być konsekwentny. W eseju Jaśmin i oliwka przyznaje w końcu:

„Instynkt ryje, drąży, krząta się, dyszy, zabija, je, trawi, przetrząsa, myszkuje, atakuje, niestrudzenie kręci się wokół codziennych spraw. Nastawienie siada u nóg Mistrza, zapomina, że trzeba ugotować obiad, że dzieci płaczą, a krowa ryczy w oborze, że trzeba zamieść, umyć statki, a w dzbanie nie ma wody, bo potrzeba mało albo tylko jednego.

Jaśmin i oliwka. Nie mogę ich ugotować ani użyć jako paszy. Instynkt niepokoi się, a nastawienie siedzi pod oliwką i wie, że potrzeba tylko jednego. To jest przewaga ufności i wiary, pokoju i światła. Idylla”.

Pomimo tego ewangelicznego nawiązania wizja Chrystusa u Hamvasa wykracza poza ortodoksję katolicką czy protestancką. To Chrystus obecny w historii i nawet w prehistorii, będący konkretną osobą, a zarazem Bogiem ponadczasowym, z którym należy mieć osobową relację. To Bóg obecny w całym pięknie stworzenia oraz w tradycji, którą Hamvas-bibliotekarz kochał nawet bardziej niż Hamvas-ogrodnik.

Dlatego nie znajdziemy u niego ferworu kaznodziei. Jest tylko spokój, który nie wynika z traktowania wiary jako wiedzy, i szacunek wobec dramatycznej sytuacji człowieka. Chociaż Hamvas mówi, że cuda i wielka sztuka przetrwają nawet apokalipsę, jest przekonany, że dzieło zbawienia i przemiany wewnętrznej również trwa nieustająco. „Przemienienie jest dziełem, które nie może być zakończone”.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.