Liczby nie oddają traumy wojny. Jak poradzić sobie z cierpieniem?
Reportaż Tetyany Kolesnychenko i Macieja Stanika odziera wojnę z dyskutowanych w mediach liczb – pokazuje bowiem jej brutalne realia, abstrakcyjne dla ludzi żyjących w pokoju. Warto go przeczytać, by przekonać się, że istnieje droga przez traumy i tragedie – i jest nią miłość.
Ponad miesiąc temu minęła czwarta rocznica pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę i – jak każda rocznica – skłania do podsumowań. Mimo że te już za nami, nie możemy zapominać, że konflikt trwa.
W debacie publicznej pojawia się tendencja, zwłaszcza u mężczyzn, by patrzeć na wojnę z lotu ptaka – obok obrazków pokłosia kolejnych bombardowań patrzymy na mapy z zaznaczoną linią frontu, przebiegającą przez miasta i wsie, na które wcześniej nie zwrócilibyśmy uwagi.
Wojna przyjmuje postać linii przesuwanych na mapie – im bliżej w stronę wroga, tym lepiej. Słuchamy o zabiegach dyplomatycznych, przemowach, decyzjach. Zastanawiamy się, co będzie dalej. Próbujemy kalkulować i – obracając liczbami – wywnioskować, kto wygrywa.
Liczby nie mówią wszystkiego
Robaków rozgryzać nie wolno Tetyany Kolesnychenko i Macieja Stanika, wydane przez Centrum Mieroszewskiego i stowarzyszenie Nowa Polszcza, to zbiór dziesięciu fotoreportaży z ogarniętej wojną Ukrainy.
Do każdego tekstu, publikowanego od początku wojny na portalu wp.pl, dodane zostało post-scriptum, z którego dowiadujemy się o dalszych losach (o ile to możliwe) ich bohaterek i bohaterów. Robaków… pokazuje nam realia wojny z przyziemnej perspektywy – wspólnym mianownikiem każdego reportażu są ludzie, z krwi, którą łatwo rozlać i kości, którą łatwo złamać.
Każdy rozdział przypomina, że doświadczenia wojny nie można sprowadzać do liczb: jedynka nie będzie wspominać straconej rodziny na pierwszej samotnej wigilii, dwójka nie będzie borykać się ze stresem pourazowym, trójka nie będzie leżała poparzona w szpitalu.
Czwórka nie będzie mieszkać w piwnicy zniszczonego mieszkania, piątka nie będzie zbierać zwłok poległych, szóstce nigdy nie porwą dzieci, siódemka nigdy nie będzie jeńcem, ósemce nigdy nie będzie trzeba zszywać brzucha, dziewiątka nie straci dobytku swojego życia, dziesiątki nie spotkamy w okopach. Liczby ponoszą na tej wojnie zero konsekwencji.
Tetyanę Kolesnychenko można nazwać weteranką reportażu – na przestrzeni ostatnich kilku lat jej teksty zostały wyróżnione wieloma nagrodami, w tym prestiżową nagrodą im. Kapuścińskiego. Nic więc dziwnego, że doskonale rozumie swoją rolę – jej zdania są oszczędne, momentami wręcz zdawkowe.
Skupiają się na spotykanych mężczyznach i kobietach, na wydarzeniach i wspomnieniach, o których są gotowi opowiedzieć. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że jest niewidzialna – i o swoim warsztacie przypomina tylko w kompozycji tekstów i w języku opisów, którymi oprawia zebrane opowieści.
Reportażystka nie poprawia swoich bohaterów i pozwala im opowiedzieć o swoich doświadczeniach po swojemu, dzięki czemu pozostają oni pełnokrwistymi ludźmi. Za pośrednictwem jej pióra mamy okazję obejrzeć cały przekrój ukraińskiego społeczeństwa. Poznajemy historie zarówno prostych mieszkańców wsi, poborowych z łapanki, emerytów, kurczowo trzymających się swojego dobytku, jak i wykształconej, wielkomiejskiej inteligencji.
Bohaterowie tej książki otwarcie wyrażają emocje, które są owocem ich doświadczeń. Znajdziemy na jej stronach szok, przerażenie, żal, smutek, rozpacz, obojętność, beznadzieję, strach, wstręt, obrzydzenie, pogardę i wreszcie – nienawiść.
Jedyne zaś, co od siebie dodaje Kolesnychenko, to wyczucie, kiedy czytelnikowi nakreślić scenę, na której odbywa się opisywany dramat spotkania ze skrzywdzonym człowiekiem, jak ją naszkicować, co dodać o swoich rozmówcach jako kontekst i – jak można się domyślić – co pominąć. Precyzja i oszczędność, z którą autorka buduje zdania jest być może jej największym atutem – w jej reportażach nie sposób znaleźć choćby jednego niepotrzebnego słowa.
Zdjęcia dobitnie prawdziwe
W obliczu takiego warsztatu może pojawić się pokusa, by potraktować te teksty jak fikcję literacką i w ten sposób zachować dystans. Zdjęcia Macieja Stanika, którymi zwieńczony jest każdy rozdział, skutecznie to uniemożliwiają i przypisują przeczytanym właśnie historiom twarze ludzi, którzy je przeżyli.
Zdjęcia z reguły są czarno-białe i ich głównym uzbrojeniem jest przygaszony kontrast. Uzbrojeniem, bo efekt, w połączeniu z opowieściami zebranymi przez Kolesnychenko, jest brutalny i zmusza do spojrzenia na oblicza, które same w sobie są niemą opowieścią o realiach tej wojny i które niepokoją swojskością oraz na ruiny budynków – złowieszczo podobnych do tych, które mijamy codziennie na ulicach.
Stanik również jest wielokrotnie nagradzanym weteranem fotoreportażu – miał okazję uwieczniać na swoich zdjęciach inne kraje i społeczeństwa dotknięte wojną, takie jak Syria i Afganistan. Zgaduję, że owocem tych doświadczeń jest ciekawy kontrast, jakim charakteryzują się jego zdjęcia w Robaków….
Ludzie najczęściej są pokazywani na ciemnym tle, z odznaczającymi jaśniejszymi odcieniami twarzami bohaterów, na których skupia się kompozycja. Czasami są one ledwo co naszkicowane światłem. Z kolei zdjęcia scenerii, na przykład sal gimnastycznych pokrytych gruzem lub rozerwanej ściany budynku, operują często jaśniejszymi odcieniami szarości, przez co są zachowane szczegóły.
Równocześnie Stanik nie pozwala sobie na jednostajność – znajdziemy w książce też dynamiczne, rozmyte kadry, a nawet pojedyncze, strategicznie umiejscowione zdjęcia w kolorze.
Fundamentalne pytania
W samej koncepcji polecania tej książki jest coś perwersyjnego – należałoby raczej przed Robaków… ostrzec. Ostrzegam więc, że lektura tej książki to przyjęcie od Kolesnychenko i Stanika zaproszenia na wojnę z perspektywy jej ofiar, nie kilkusekundowych filmików w mediach społecznościowych.
Osobiście radziłbym, by tę książkę sobie dozować. Nie spieszyć się, pozwolić tym tekstom wybrzmieć. Gdy – jak ja – czyta się je ciągiem, łatwo można nabrać poczucia, że przyszedł czas na przerwę – choćby chwilową.
To reportaż, który stawia niepokojące pytania – czy wolałbyś stracić dzieci pod gruzami czy stracić z nimi kontakt podczas okupacji, bo wysłałeś je na darmową wycieczkę, by mogły od wojny odpocząć?
Weźmy na przykład jej początek – historię dwóch mężczyzn, którzy stracili swoje rodziny na samym początku inwazji. Czy ten wstęp nie jest zbyt mocny? Co może być gorszego od utraty żony i dzieci? Autorzy książki szybko leczą z tej naiwności.
Wojna nie jest sportem – choć kibicujemy jednej ze stron i w końcu ktoś w niej zwycięży, nie będzie żadnej tabeli końcowej. Tragedie i traumy nie poddają się rankingom, wszystkie są najgorsze.
Gdy jeden z jej bohaterów wspomina o dziadkach, jak dziwne wydawało mu się ich zachowanie wobec najmniejszego choćby okruszka chleba (wielka historia odliczana jest w traumach jednostek), przypominają mi się moi dziadkowie, ich małe dziwactwa, momenty szorstkości, którymi się nie przejmowałem, bo rozumiałem, że przeżyli wojnę, a raczej – próbowałem rozumieć.
Miłość lekarstwem na cierpienia
Czy warto przeczytać tę książkę? Jak najbardziej, tak jak warto wojnę przetrwać, jeśli już się zdarzy. W trakcie lektury desperacko szukałem jaśniejszych momentów, dających jakąś nadzieję. Robaków rozgryzać nie wolno warto przeczytać, by się przekonać, że pomimo ogromu bólu i cierpień, połamanych, pokiereszowanych da się to zrobić.
Warto przeczytać o młodym weteranie, który pogrążony w emocjonalnym letargu po powrocie z frontu spotyka drobną blondynkę; o psycholożce, która takim weteranom pomaga; o ojcu, który po stracie żony zrobił wszystko, by jego poparzony syn mógł znowu zatańczyć.
O przyjaciółkach, które mogą porozmawiać o wspólnym wstydzie na wyjeździe do Zakarpacia; o małżeństwie, które wspólnymi siłami odbudowało zalany dom. Słowem, warto przeczytać, by przekonać się, że istnieje droga przez traumy i tragedie – i jest nią miłość.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

