Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Terapia jak religia? „Sobą zajęci” Kamy Wojtkiewicz i kultura terapeutyczna

Terapia jak religia? „Sobą zajęci” Kamy Wojtkiewicz i kultura terapeutyczna autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Coraz częściej szukamy w terapii tego, co kiedyś dawały relacje, wspólnota i religia. Problem w tym, że psychoterapia nie zawsze jest w stanie wypełnić tę lukę. Książka Kamy Wojtkiewicz stawia niewygodne pytania o sensowność kultury terapeutycznej.

Jeszcze 3 lata temu teza, że terapia nie jest dla wszystkich, a tym bardziej, że istnieje coś takiego jak kultura terapeutyczna, która może przynosić skutki uboczne, brzmiała dla wielu jak prowokacja. Gdy Konstanty Pilawa pytał na łamach Klubu Jagiellońskiego, czy „każdy powinien chodzić na terapię”, spotkał się nie tyle z polemiką, ile z moralnym oburzeniem.

Dziś jednak podobne intuicje coraz częściej wybrzmiewają już nie tylko w felietonach, lecz w książkach. Jedną z nich są Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej Kamy Wojtkiewicz. W rozmowie z ekspertami autorka dokonuje diagnozy kultury samorozwoju, która w wielu miejscach nie tylko uzupełnia, ale wręcz potwierdza to, co Pilawa próbował nazwać już wcześniej.

Nie oznacza to jednak prostego zwycięstwa jednej narracji nad drugą. Siłą książki Wojtkiewicz jest uporządkowanie znaczeń i emocji wokół zapalnego dyskursu. Z jednej strony krytyka selfizmu, pop-psychologii oraz wszystkich zagadnień, które wiążą się z tzw. „kulturą terapeutyczną”.

Z drugiej zaś – wyraźna troska o to, by nie delegitymizować realnego cierpienia, a także praktyczne rozmowy, dzięki którym można odróżnić, jakie wewnętrze rozterki wołają o pomoc specjalisty, a z jakimi należy uporać się na własną rękę.

Samorozwój nową religią

„Żeby zrozumieć zwrot ku samodoskonaleniu, trzeba przyjrzeć się rozpadowi więzi i poczucia wspólnotowości” – zauważa na początku autorka. W miejsce wspólnoty pojawiła się jednostka, która bez zakorzenienia traktuje siebie jak projekt do ciągłego ulepszania.

Igor Rotberg mówi o masowym korzystaniu z psychoterapii jako konsekwencji presji otoczenia: „W kulturze Zachodu pojawia się myślenie, że terapia jest potrzebna, niezbędna i należy w niej uczestniczyć”. Co sugeruje, że w naszej kulturze, osoba która nie poświęca każdego wtorkowego wieczoru na spotkanie ze swoim terapeutą, jest niejako cywilizacyjnie zacofana.

Jednakże kultura terapeutyczna styka się z czymś więcej niż tylko modą nazwaną przez Konstantego Pilawę „wielkomiejską statusową manifestacją”. Jak zauważa Tomasz Stawiszyński, psychoterapia zaczyna pełnić funkcję substytutu religii: oferuje regularność spotkań, język sensu, a nawet figurę „wyidealizowanego spowiednika”.

W świecie, w którym brakuje trwałych relacji i mocnych kulturowych instytucji będących nośnikami sensu, terapeuta staje się kimś, komu powierzamy nie tylko problemy, ale i odpowiedzialność za ich rozwiązanie. Niczym w serialu „Fleabag” pragniemy osoby, która będzie decydowała za nas w świecie pełnym chaosu.

Prywatyzacja cierpienia

W innym fragmencie książki Joanna Flis opisuje pułapkę współczesnego mitu „od pucybuta do milionera”, który, ignorując uwarunkowania ekonomiczne, polityczne czy społeczne, tworzy z nas „wyizolowane wolne elektrony, ograbione przez system z poczucia łączności z drugim człowiekiem”, a do tego w pełni odpowiedzialne za swoje porażki i sukcesy.

W dominującym dziś paradygmacie źródłem problemów psychicznych staje się przede wszystkim jednostkowa biografia – a szczególnie nasze dzieciństwo. To ono ma tłumaczyć zarówno nasze lęki, jak i niepowodzenia.

Konsekwencje są daleko idące. Skoro wszystko sprowadza się do „mojej historii”, to zanika przestrzeń dla refleksji nad warunkami społecznymi, ekonomicznymi czy kulturowymi. Tymczasem – jak podkreśla Stawiszyński – parametry wspólnoty mają często większy wpływ na nasze samopoczucie niż doświadczenia z dzieciństwa.

Kultura terapeutyczna może zatem wzmacniać indywidualizm. Kama Wojtkiewicz idzie jednak krok dalej: pokazuje, że jest to indywidualizm strukturalnie sprzęgnięty z kapitalizmem, który chętnie sprzedaje nam tzw. „emotowary” – przedmioty konsumpcji połączone z potrzebą przeżywania, takie jak kursy uważności czy aplikacje randkowe.

Inflacja języka patologizującego codzienność

Wewnątrzgabinetowy język komunikacji wyraźnie rozlewa się poza miejsce prowadzenia terapii. Autorka słusznie zauważa, że pojęcia takie jak „trauma”, „trigger” czy „rana porzucenia”, używane jako opisy zwyczajnych trudności życia codziennego, tracą swój kliniczny sens.

Pozbawione tego kontekstu nadają zwykłym emocjom rangę wysokiej psychopatologii. Jeśli operujemy pojęciami terapeutycznymi w relacjach prywatnych, to czy one siłą rzeczy nie nabierają cech gabinetowych? A więc – tracą na swojej autentyczności.

Efekt jest paradoksalny: im więcej mówimy o psychice, tym mniej jesteśmy w stanie odróżnić realne zaburzenia od naturalnych stanów ludzkiego doświadczania. Zamiast przeżywać smutek, próbujemy go „przepracować”. Zamiast zmierzyć się z konfliktem, diagnozujemy partnera jako „narcyza”, a siebie jako „ofiarę manipulacji”.

Jeśli wszystko staje się problemem wymagającym specjalistycznej interwencji, to nie tylko przeciążamy system – już i tak wyraźnie przeciążony – ale też tracimy zdolność radzenia sobie z codziennością w ramach relacji i wspólnoty, pogłębiając tylko własne osamotnienie.

Zwodnicza figura autorytetu

Kolejni eksperci na łamach książki, zauważają ciekawy problem psychoterapii, która poprzez „status społeczny terapeuty i jego figurę kulturową” powoduje, że osoby zgłaszające się po pomoc są „w sposób wyjątkowy podatny na wpływy i sugestie. To sprawia, że łatwo jest im się uwikłać i zostać uwikłanym”.

Tym bardziej opisana podatność pacjenta, w momencie wewnętrznego kryzysu, na wpływ — dodatkowo wzmacniany społecznym statusem terapeuty — może prowadzić do niebezpiecznej sytuacji, którą Cveta Dimitrowa dostrzega u części psychoterapeutów i psychiatrów: „nie słyszą pacjenta, lecz przepuszczają jego słowa przez filtr własnych założeń i dopasowanych kryteriów diagnostycznych”.

Wynikiem tego może być więc przyswojenie wniosków ze źle prowadzonej terapii i próba funkcjonowania w oparciu o filtr przypisanego w gabinecie zaburzenia. Co Przemysław Mućko nazywa „przywiązaniem do diagnozy jako naszej nowej tożsamości”.

Między troską a modą

Kama Wojtkiewicz wyraża sprzeciw wobec Pilawy, który trzy lata temu pisał o „atencjuszach, zabierających miejsce prawdziwie chorym i cierpiącym” i wskazuje, że nikt nie powinien być zmuszony do udowadniania, że „cierpi wystarczająco”, by zasługiwać na pomoc.

To ważne przypomnienie w czasach, gdy łatwo popaść w drugą skrajność i bagatelizować realne problemy psychiczne. Jednocześnie z biegiem książki autorka dochodzi z pomocą ekspertów do niemalże tych samych wniosków, wzmacniając przekaz wspomnianego felietonu.

Przyznaje między innymi, że psychoterapeuci często obsługują deficyty bycia zauważonym, a proces ciągłego zmagania się codzienną rzeczywistością może być – jak pisze autorka – „przejawem zachodniej kultury selfizmu, w której koncentracja na „ja całkowicie wyjaławia to, co wspólnotowe”.

Apeluje: „Zamiast ochoczo rzucać słowem trauma przy najmniejszym dyskomforcie, zostawmy go osobom, które doświadczenia traumatyczne rzeczywiście przetrwały. I które muszą mierzyć się z jego potwornymi konsekwencjami na co dzień”. Trudno się nie zgodzić.

Utracone mechanizmy dbania o psychikę

Neurobiolog John T. Cacioppo udowadniał, że nie wystarczy dobrze się odżywiać i dbać o siebie, żeby prawidłowo funkcjonować. Posiadanie znaczących relacji ma głębokie neurofizjologiczne znaczenie, które przekłada się na odporność naszego organizmu.

Mowa tu o takich relacjach, „w których jest przepływ, czyli możemy raz od kogoś brać, a raz coś dawać. Potrzebujemy być widziani przez innych, mieć dla kogoś znaczenie. Móc dać coś z siebie innym i umieć przyjmować to, co inni dają nam”.

Po raz kolejny zatem widzimy tu odwołanie do potrzeby wspólnotowości – czegoś, co wydaje się bezpowrotnie utraciliśmy w kulturze indywidualizmu, a co według badań doprowadza nas wyraźnie do depresji (badania w okresie pandemii szwedzkiego Instytutu Karolinska).

Uderzająca jest przywołana w książce obowiązująca klasyfikacja żałoby, która po dwóch tygodniach powinna mijać i zobowiązywać nas do kontynuowania pracy, a w razie przedłużenia stanu „zbytniego smutku” uprawniać nas do uzyskania na receptę leków antydepresyjnych.

„Z przeżywaniem smutku na pogrzebach pomagała kiedyś płaczka” – przywołuje autorka. I nie sposób tu nie sięgnąć pamięcią do dawnych wspólnotowych rytuałów radzenia sobie z trudnymi emocjami jak grupowy lament czy zawodzenie. Coraz bardziej brakuje nam wspólnoty. Nasze organizmy nie są stworzone do tego, by w izolacji przeżywać swoje życie.

Płatna miłość

Cveta Dimitrowa formułuje prowokacyjną tezę, przywołując opinie osób, które nazywają terapię „płatną miłością”. Chodzi o to, że coraz trudniej znaleźć w życiu naturalne relacje oparte na bliskości, wsparciu i współczuciu.

W efekcie część osób zastępuje je relacją terapeutyczną – płatną i w tym sensie sztuczną, bo nie w pełni dobrowolną. Tomasz Stawiszyński zauważa, że jeśli źródłem tego zjawiska jest kultura, sama terapia nie rozwiąże problemu.

Dziś relacje intymne stały się jednym z głównych źródeł poczucia własnej wartości i miarą życiowego sukcesu. Jak przypomina Stawiszyński, powołując się na Illouz, kiedyś o wartości człowieka decydowała przede wszystkim jego moralna integralność. Dziś często przesądzano niej to, czy ktoś jest w związku. Być może dlatego miłość coraz częściej podlega logice rynku.

Od „ja” do „my”

Najważniejszym wnioskiem płynącym z Sobą zajętych jest konieczność przywrócenia równowagi między rozwojem osobistym a wspólnotowym. „Rozwój osobisty to dopiero rozgrzewka przed rozwojem społecznym” – pisze Wojtkiewicz.

To zdanie odczytywać należy jako odpowiedź zarówno na bezrefleksyjny entuzjazm wobec terapii, jak i na jej krytykę. Problemem nie jest bowiem sama praca nad sobą, lecz moment, w którym staje się ona celem samym w sobie. Co wówczas zamiast otwierać nas na świat zamyka nas w narcystycznym kręgu własnych emocji.

Potrzebujemy nie tylko znaczących relacji, wspierającej wspólnoty, ale też języka, który pozwoli odróżnić cierpienie wymagające pomocy od trudów, które wpisane są w ludzkie życie.

Spór o kulturę terapetyczną nie jest sporem o terapię, lecz o chorą kulturę, która sprawiła, że nie potrafimy poradzić sobie z samymi sobą.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.