Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Mit PRL-owskich mieszkań. To nie rynek nieruchomości jest źródłem niskiej dzietności

Mit PRL-owskich mieszkań. To nie rynek nieruchomości jest źródłem niskiej dzietności ul. Puławska w Warszawie - rok 1979 - w tele bloki Słuzewa nad Dolinką, widoczne słupy przyszłego wiaduktu

Nie ulega wątpliwości, że w okresie istnienia PRL-u rodziło się więcej dzieci niż w III RP. Faktem jest również to, że polska demografia zaczęła się załamywać dokładnie w momencie upadania systemu komunistycznego na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Jednak wysnuwanie na tej podstawie wniosku, że wyższa dzietność była spowodowana rzekomo lepszą sytuacją bytową młodych obywateli Polski Ludowej, a szczególnie znacznie większą dostępnością mieszkań, jest całkowicie niezgodne z faktami.

To kolejny artykuł z cyklu „Prorodzinne prowokacje”. W ramach kampanii #KiedyNieMaDzieci będziemy publikować odważne diagnozy i nieoczywiste pomysły dotyczące polityki rodzinnej i demografii. Zachęcamy do lektury tekstu wprowadzającego do naszego cyklu, nadsyłania własnych pomysłów i propozycji reform na adres [email protected] oraz wsparcia naszej kampanii 1,5% PIT dla Klubu Jagiellońskiego. Numer KRS: 0000128315 skopiuj do schowkaskopiuj do schowka.

Za komuny było lepiej?

„Ja nie rozumiem jakim cudem w tym biednym PRL-u każdy miał swoje mieszkanie, a teraz w rzekomo dwudziestej gospodarce świata nikogo nie stać nawet na wynajęcie jednego pokoju w Warszawie!” – na takie lub podobne komentarze można natrafić przyglądając się internetowym dyskusjom na temat postępującej katastrofy demograficznej.

Nie ma co się dziwić, gdyż mit rzekomo dobrej sytuacji mieszkaniowej w PRL-u nieraz był powielany przez media. Zdarzyło się to również na łamach portalu Klubu Jagiellońskiego.

Mit ten idealnie wpisuje się w sprowadzanie całego problemu demograficznego do kwestii mieszkalnictwa.

Czy zatem za PRL-u rzeczywiście było tak dobrze, że choć było biednie to każdy miał dach nad głową, co w związku z tym prowadziło do rosnącej liczby urodzonych dzieci? Przyjrzyjmy się faktom.

Demografia PRL w pigułce

Przede wszystkim należy zauważyć, że sytuacja demograficzna w PRL-u nie była stała. Polska Ludowa, podobnie jak obecnie III RP, przeżywała wzrosty i spadki dzietności i liczby ludności.

Najpierw świeżo po zakończeniu wojny, nastąpił okres gwałtownego wyżu demograficznego, na co wpływ miały urodzenia przez matki, które odkładały ciąże w czasie wojny, a także przesiedlenie do komunistycznej Polski ok. 1,5 mln Polaków ze wschodnich terenów II RP, włączonych do ZSRR.

Następnie w latach 60. mieliśmy spadek liczby urodzeń, choć oczywiście nie tak głęboki jak w XXI wieku. W porównaniu z wcześniejszymi latami był jednak znaczący: przykładowo w 1955 roku notowaliśmy prawie 800 tys. urodzeń, a w roku w 1967 – ok. 522 tys.

Z kolei w latach 70. nastąpił okres ponownego wyżu, który osiągnął szczyt w roku 1983 (ponad 720 tys. urodzeń, dla porównania w 2025 – 238 tys.). Dzietność powyżej 600 tys. utrzymywała się do drugiej połowy lat 80., po czym nastąpił znany nam już stopniowy, a z czasem gwałtowny trend spadkowy, który zaprowadził Polskę do stanu obecnego.

Na mieszkanie u schyłku PRL-u czekało się 25 lat

Aby zweryfikować prawdziwość tezy o rzekomo dobrych warunkach mieszkaniowych w PRL-u przyjrzyjmy się zatem temu ostatniemu wyżowi demograficznemu w latach 80. i sprawdźmy, w jakich warunkach bytowych musieli funkcjonować wtedy młodzi Polacy. Analiza właśnie tego okresu jest o tyle zasadna, że okoliczności pierwszego powojennego wyżu były specyficzne, podobnie jak jego przyczyny, co wskazałem powyżej.

Na początek warto przypomnieć, co podkreślał już Mirosław Barszcz w rozmowie z Pawłem Musiałkiem, że mieszkania w PRL-u nie były własnościowe, tylko spółdzielcze. Dostawało się je od spółdzielni mieszkaniowych, ale wcześniej trzeba było na nie zaczekać. Jak długo?

Różnie w zależności od okresu historii PRL-u, jednak w latach 80., czyli w okresie drugiego wyżu demograficznego, według badacza młodzieży w PRL-u prof. Marka Wierzbickiego czas oczekiwania wydłużył się w dużych miastach nawet do… 25 lat! Na przydział mieszkania oczekiwało wtedy 3 mln Polaków.

Jak słusznie zauważył wspomniany Mirosław Barszcz, dziś, przy odpowiedniej sytuacji finansowej, można wziąć kredyt na 25 lat, ale już mieszkać w swoim mieszkaniu, kupionym za pieniądze z tegoż kredytu. W PRL-u z kolei perspektywa była taka, że musiało się tyle lat po prostu czekać na współdzielcze lokum. Sytuacji nie poprawiało też to, że mieszkanie nie było własnościowe, a prawo do zamieszkania w nim można było utracić.

Prof. Wierzbicki podaje też statystykę mówiącą, że w 1984 roku prawie 40% młodych małżeństw zamieszkiwało wspólnie z innymi rodzinami. Z kolei w 1987 aż 74,3% osób w wieku 15-29 lat zamieszkiwało z rodzicami.

Są to dane porównywalne ze statystykami opublikowanymi w styczniu 2026 przez Europejską Fundację na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy (Eurofund) dotyczącymi młodych Polek i Polaków. Oszacowano, że 53% z nich mieszka obecnie z rodzicami. Dane podane przez Eurofund dotyczyły jednak osób w wieku 25-34 lata, nie 15-29, stąd można wnioskować, że liczba ta jest bardziej zbliżona do 70%, jeśli wliczyć w to obywateli Polski poniżej 24 roku życia.

III RP wypada za zdecydowanie lepiej, jeśli chodzi o liczbę metrów na osobę (jak podaje Stefan Sękowski: w 1988 wynosiła ona – 17 m2, w 2021 – 29,9 m2). Jest to wynik m.in. tego, że wbrew niektórym opiniom po roku 1990 Polska nie przestała budować mieszkań. Do 2022 zbudowano ich 4,2 mln, co również zauważył Sękowski.

Do tego można dodać jeszcze kolejne dane dotyczące okresu PRL-u, przedstawione przez Wierzbickiego. Wskazuje on, że w 1984 roku (przypomnijmy, zaledwie rok po szczycie drugiego wyżu demograficznego) prawie połowa młodych małżeństw, zamieszkujących wspólnie z innymi rodzinami, dysponowała tylko 6,6 m2 na osobę. Z kolei ci, którzy posiadali własne mieszkanie mogli liczyć średnio na 12,8 m2 na osobę.

Obrazowe są również inne dane dotyczące schyłku PRL-u. 19,7% Polaków zamieszkiwało wtedy w warunkach bardzo dobrych lub dobrych, 54,7% – w dostatecznych lub złych, w bardzo złych z kolei 25%.

Warunki bardzo dobre oznaczały, że w zakwaterowaniu znajdowały się oddzielne pokoje dla każdego z mieszkańców, wodociąg i łazienka. O złych lub bardzo złych warunkach mówimy wtedy, gdy jeden pokój lub izba jest użytkowany przez więcej niż jedną osobę oraz w przypadku braku instalacji gazowej.

Jak wykazują powyższe konkretne dane argument, że w PRL-u rzekoma sytuacja mieszkaniowa była lepsza niż w III RP i owocowała większą liczbą urodzeń nie znajduje potwierdzenia w faktach.

Problem mieszkaniowy w PRL-u był jednym z absolutnie kluczowych. Znalazło to swój wyraz w postulatach sierpniowych z 1980 roku (ich 19 punkt dotyczył skrócenia czasu oczekiwania na mieszkanie). Oznacza to, że przyczyn wysokiej dzietności w końcowym okresie istnienia komunistycznej Polski należy szukać gdzie indziej.

To śmierć wspólnoty zabija dzietności

W tym miejscu wypada postawić uzasadnione pytanie: skoro sytuacja mieszkaniowa w PRL-u była gorsza, a w najlepszym razie porównywalna do obecnej, to skąd aż tyle urodzeń w tamtym okresie? Choć czynników, które na to wpływały, można wymienić całkiem sporo, to wskażę na jeden dość często pomijany w szerszej debacie publicznej. Jest nim wpływ życia we wspólnocie na chęć posiadania dziecka.

Mateusz Łakomy, autor pracy dotyczącej demografii we współczesnej Polsce, wskazuje w swojej książce, że „im więcej potencjalna matka ma w swoim kręgu osób, na które może liczyć przy wychowywaniu dziecka, tym większa szansa na planowanie ciąży”.

To pokazuje, że paradoksalnie… życie pod jednym dachem z rodzicami lub innymi rodzinami mogło pozytywnie wpływać na dzietność. Jedną z podstawowych obaw kobiet dotyczących urodzenia przez nie dziecka jest wszak kwestia ich powrotu na rynek pracy połączona z zapewnieniem odpowiedniej opieki nad niemowlakiem.

Obecne czasy, w których społeczeństwo jest wyjątkowo mobilne, a przenoszenie się z miejsca na miejsce z powodów zawodowych/edukacyjnych, z dala od rodziny, jest na porządku dziennym, wydają się skrajnie nieprzyjazne dla dzietności w porównaniu z okresem PRL-u.

Młodzi ludzie często opuszczają rodzinne miejscowości, przez co oddalają się nie tylko od rodziców, ale także od swoich przyjaciół. Żyjąc w dużych miastach z kolei często poza kształceniem się muszą też pracować, co nie sprzyja zawiązywaniu głębszych znajomości, a mówiąc bardziej wprost, budowaniu zarówno związków, jak i jakiejś społeczności lub nawet małej wspólnoty, która mogłaby okazać się cennym wsparciem w przypadku pojawienia się na świecie dziecka.

Kobieta w Polsce Ludowej planując ciąże miała obok siebie bardzo często nawet pod tym samym dachem swoją matkę lub teściów, ewentualnie rodzeństwo lub zaprzyjaźnione rodziny, które mogły zapewnić jej wsparcie w tym pierwszym, wyjątkowo trudnym, okresie macierzyństwa.

Współczesna kobieta w przypadku, gdy znajduje kandydata na ojca (co też stanowi coraz większy problem), nie ma perspektywy oparcia się na nikim innym poza nim przy opiece nad dzieckiem. Z kolei ojciec niemal zawsze będzie musiał poświęcić większość czasu w ciągu dnia na pracę. W tym konkretnym przypadku niewiele się zmieniło w porównaniu do PRL-u.

Wsparcie bliskich ważniejsze od państwa

Nie proponuję oczywiście młodym parom powrotu do mieszkania na 30 m2 wspólnie z ich rodzicami. Nie uważam również, że obecna sytuacja na rynku mieszkaniowym w Polsce jest dobra.

Stawiam jednak tezę, że życie wspólnotowe w PRL-u sprzyjało dzietności, jej rozbijanie i skupienie na indywidualizmie w III RP buduje natomiast wyobcowanie młodych ludzi i ich poczucie, że w tej zupełnie nowej sytuacji, jakim będzie dla nich urodzenie dziecka, pozostaną bez żadnego wsparcia. I nie chodzi tu o wsparcie państwa, ale właśnie innych ludzi, często bardziej doświadczonych w wychowywaniu dzieci.

Konkludując można powiedzieć, że prawdziwe poczucie bezpieczeństwa w decyzji o urodzeniu dziecka nie daje samo mieszkanie, ale wspólnota. Tymczasem Polska po 1990 roku za cenę gwałtownego wzrostu gospodarczego zapłaciła zniszczeniem wspólnot, a tym samym i niskimi wskaźnikami dzietności.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.