Markiz de Sade jest skutkiem ubocznym epoki oświecenia. Nieznane oblicze ojca sadyzmu
Markiz de Sade. Libertyn. Degenerat. Perwers. Przytoczone określenia jednak znacznie upraszczają tę postać. Słynny markiz jest kimś więcej. Pokazuje ciemną stronę epoki oświecenia. Coś, co wiek świateł w swej optymistycznej wierze w rozum przeoczył: cień tkwiący w człowieku. Markiz de Sade wyprowadza z tego faktu ostateczne, radykalne konsekwencje. Jego postać jest uosobionym rewersem oświecenia.

Wiara w oświecenie, czyli wiek rozumu jako nowa religia
Oświecenie. Słowo to w języku polskim można rozumieć zarówno historycznie – jako nazwę epoki – jak i w kategoriach religijnych – jako rodzaj duchowego przebudzenia. To wspólne znaczenie może wydawać się przewrotne. Wszakże oświecenie zazwyczaj kojarzymy jako filozofię radykalnej krytyki tradycji i próbę oparcia się na rozumie bez potrzeby odwołania do jakichś transcendentnych uzasadnień.
Gdy jednak zajrzymy pod wierzchnią warstwę takiego rozumienia epoki, to zobaczymy, że „wiek świateł” miał w sobie wiele z parareligijnej żarliwości – momentami przechodzącej wręcz w fanatyzm. Widać to już w samej warstwie językowej.
Nawoływanie do „przejrzenia na oczy” i odnalezienia ukrytej aż do tej pory prawdy o świecie znajdziemy zarówno w pismach buddyjskich mnichów, w chrześcijańskiej tradycji mistycznej, jak i tekstach XVIII-wiecznych francuskich myślicieli.
Oświecenie zapowiadało nadejście „nowej ery”, na wzór chrześcijańskiej nowej ery rozpoczętej wraz z narodzinami Chrystusa. Z tym, że w jej ramach ludzkość miała się wyzwolić z kajdan zabobonu, a rozum miał wreszcie oświetlić świat blaskiem wolności.
Demony zamieszkujące w zakamarkach ludzkiej duszy miały wreszcie zniknąć. „Przebudzona” z letargu ludzkość miała już nigdy więcej nie popełniać błędów i szaleństw, jakich pełne były wcześniejsze epoki. Duch – mówiąc Heglem – miał się w pełni urzeczywistnić .
Także na poziomie jednostkowym pokładano nadzieje w wewnętrzne odrodzenie, w stworzenie etosu nowego, bardziej świadomego człowieka. Kant w swoim eseju Czym jest oświecenie prezentował wiek świateł jako epokę, w której ludzie w końcu „dojrzeją”, staną się niezależni i odpowiedzialni za swoje otoczenie i życie.
Według niego ludzkość aż do tej pory znajdowała się w stanie „zawinionej niedojrzałości”, będącej czymś w rodzaju grzechu pierworodnego, który miał zostać zmyty dzięki wolności osiągniętej poprzez oparcie się na możliwościach własnego rozumu. Właśnie to miało doprowadzić do wydobycia się z infantylnego stanu, w jakim człowiek znajdował się od urodzenia.
Oczywiście były to dążenia, których do pewnego stopnia trudno nie popierać. Zasadniczo mają charakter uniwersalny. Nie były one specjalnie nowe. Podobne nawoływanie do rozwoju wewnętrznego – moralnego i intelektualnego – znajdziemy w rozmaitych tradycjach – od stoicyzmu, przez konfucjanizm, aż po chrześcijaństwo.
Tym jednak, co różniło od nich oświecenie, był pęd ku przyszłości (który akurat w pewniej mierze epoka świateł dzieliła z chrześcijaństwem), świadome odcięcie się od tradycji, dawnych rytuałów i świętych pism. Starano się nie tylko nie czerpać z przeszłości, ale programowo ją odrzucać. Dążono do stworzenia czegoś nowego, samodzielnego i własnego.
Oświecenie opierało się częściowo o wiarę w to, że ludzie sami dojdą do moralnej dojrzałości, bez żadnych zewnętrznych wpływów. Kant we wspomnianym eseju pisał wręcz, iż nie tylko jest to możliwe, ale wręcz nieuniknione – jedynym warunkiem jest danie ludziom wolności do poszukiwań.
Było to założenie równie szlachetne, co naiwne. Nie trzeba było bowiem długo czekać, aby pojawili się ludzie, którzy po otrzymaniu swobód osobistych nie tyle doznali „oświecenia”, co wręcz przeciwnie – autonomiczne używanie rozumu uczynili wymówką do siania destrukcji, przemocy i zniewolenia.
Rewolucja francuska, która w sposób istotny opierała się na założeniach oświeceniowych filozofów, była momentem, kiedy objawiło się to w sposób najbardziej jaskrawy. Okazało się, że ludzie nie zaczęli masowo osiągać stanu wyższej dojrzałości duchowej. Zamiast tego bardzo często ujawniali mroczne strony swojej duszy.
Przykładem takiego człowieka był markiz de Sade. Człowiek zaburzony i zdeprawowany, który w normalnej sytuacji byłby trwale izolowany od społeczeństwa. Jednakże w czasie rewolucyjnego chaosu przeżywał swoje „5 minut”.
Ciemne bóstwo de Sade’a
Choć zwolennicy oświecenia niejednokrotnie odrzucali Boga – przynajmniej takiego, jakiego głosiło instytucjonalne chrześcijaństwo – to proponowali własne obiekty kultu. Niekiedy były one jedynie ideałami, stanowiącymi inspirację do działania, ale czasem były czczone wprost, choćby w ramach państwowych obrzędów wprowadzanych przez Komitet Ocalenia Publicznego.
Możemy do nich zaliczyć choćby kult Rozumu czy kult Istoty Najwyższej. Były to swoiste „jasne bóstwa” tejże epoki. W kontraście do nich de Sade, który również w Boga nie wierzył, miał jednak swoje „ciemne bóstwa” – Okrucieństwo, Rozkosz i Wyzysk.
Choć uważał się za człowieka oświecenia, wolnego od wiary w świat nadprzyrodzony, tradycji i religijnych przesądów, to gdy wczytamy się w jego powieści, zobaczymy w nich nie tyle świat czysto materialistyczny, co raczej rządzony przez pewne niejasne demoniczne siły.
Mimo że nie ma w nim Boga, to miejsce po absolucie nie pozostaje puste – wchodzi w nie „natura”. De Sade prawdziwy charakter tejże rzekomo odkrył – i zdaniem pisarza jest on fundamentalnie zły. Natura sprawia, że w świecie obowiązuje prawo silniejszego, panuje chaos i niesprawiedliwość, ludzie są pełni zawiści, nienawiści i żądzy dominacji, a kłamstwa, manipulacje i przemoc są konieczne, aby się w tym wszystkim odnaleźć.
Obserwacje mówiące, że natura świata jest skażona złem, są zasadniczo obecne w wielu tradycjach religijnych, z tym że o ile zazwyczaj proponują one jakieś propozycje przezwyciężenia tego stanu rzeczy, to „filozofia” de Sade’a idzie w zupełnie innym kierunku.
Jako człowiek „wolny” od religijnych dogmatów uznaje, że skoro Boga nie ma, to nie ma nadziei na to, że świat będzie lepszy. Nie ma też co troszczyć się o swoją duszę, bo zbawienia nie będzie. A skoro świat jest zły i jest jedyną daną nam rzeczywistością, to w takim razie trzeba się temu złu podporządkować. De Sade pokazuje w ten sposób możliwe konsekwencje odrzucenia transcendentnego uzasadnienia moralności.
W świecie „złego boga” ludzie nie tylko są zwolnieni z czynienia dobra, ale wręcz są za owo dobro karani. Moralność czy dobroduszność są krytykowane nie tylko jako naiwne, ale wręcz jako rodzaj obrazy dla świata, coś sprzecznego z jego zasadami. Domaganie się od kogoś bezinteresownej pomocy jest niemoralne, bo jest działaniem wbrew bezdusznemu porządkowi, jakim świat się rządzi.
Sumienie, godność czy cnota przedstawiane są jako wartości, które stanowią obciążenie dla człowieka, nie pozwalają mu bowiem dostroić się do „praw natury”. Właściwym zachowaniem jest za to konformizm, podporządkowanie się silniejszym i prześladowanie słabszych. Korzystanie z przyjemności cielesnych i materialnych na ile tylko się da oraz eksploatacja innych bez ponoszenia konsekwencji.
Wpisane immanentnie w ten świat zło domaga się zarazem prowadzenia swoistej „ewangelizacji”. Bohaterowie książek de Sade’a nie poprzestają na czynieniu zła, ale czują się w obowiązku głosić swoim ofiarom kazania, w których tłumaczą, dlaczego mają prawo je krzywdzić, oraz namawiają je do demoralizacji.
Sam de Sade, zamiast skupić się na libertynizmie i posuniętym aż do granic dewiacji korzystaniu z życia, poświęcał swój czas, aby napisać kolejne książki, które miały podawać jego „mądrości życiowe” dalej. Jego dzieła wbrew pozorom nie są apoteozą hedonizmu.
Są to raczej odwrócone moralitety, przedstawiające świat na opak. W klasycznych opowiadaniach z morałem cnota jest nagradzana, a występek karany. Natomiast w świecie de Sade’a to próba zachowania godności skazuje człowieka na przegraną, a zachowania niegodziwe prowadzą go do lekkiego i pełnego przyjemności życia.
Najlepiej widać to w dziele „Niedole cnoty”, opowiadającym historię dwóch sióstr – Justyny i Julii. Każda z nich podąża inną ścieżką życia. Przypomina to nieco klasyczną alegorię Herkulesa na rozstaju dróg, który wybiera pomiędzy drogą cnoty i przyjemności, czy też klasyczny chrześcijański motyw dwóch dróg: drogi życia oraz drogi zatraty. Z tym, że u de Sade’a mamy do czynienia z perwersyjnym odwróceniem tego motywu: właściwą okazuje się ta druga ścieżka. Ze wspomnianej powieści wyłania się model społeczny, który w istocie jest piekłem na ziemi.
Osoby, które urodziły się biedne, mają cierpieć i być wyzyskiwane. Ludzie bogaci, przez fakt przewagi majątkowej lub fizycznej, mają pełne prawo korzystać z nich w dowolny sposób.
Biednym nie należy się żadna pomoc ani wsparcie, a jedyna ich wartość polega na tym, co mogą dać bogatym. Jeśli nic nie mają, to powinni oddać im swoje ciała, do pracy lub wykorzystywania seksualnego. Jedyną drogą biednych jest więc sprzedanie swojej godności jak najkorzystniej, bo jeśli tego nie zrobią, to i tak ktoś ją zabierze – z tym że wtedy nic nie otrzymają w zamian.
De Sade w swoim amoralizmie jest konsekwentny – niemoralnie mogą i powinni postępować zarówno bogaci, jak i biedni. Wolność do nieprzestrzegania praw i moralności dotyczy tak samo wszystkich. Kariera przestępcza jest w pełni uzasadnioną alternatywą dla osób niezamożnych, które nie chcą oddać się bogatym.
Z tym że ofiarą ich rozbojów i kradzieży najczęściej padają osoby równie biednie bądź biedniejsze od nich. Dzieje się to z dość prostej przyczyny – są łatwiejszym celem. Zatem u de Sade’a ostatecznie rządzi siła – majątkowa, społeczna lub fizyczna.
Filozofia de Sade’a to próba racjonalizacji własnych zaburzeń?
W zasadzie ciężko nie czytać de Sade’a przez pryzmat psychologii. Wszakże to od jego nazwiska wzięło się słowo „sadyzm”, oznaczające czerpanie przyjemności z zadawania cierpienia innym.
Można postawić hipotezę, że wizja świata słynnego markiza jest czymś w rodzaju rozbudowanej racjonalizacji, jaką mogła wytworzyć psychika, która zetknęła się z przemocą, ale nie potrafiła się jej oprzeć ani jej przepracować.
W wyniku tego całkowicie jej uległa i ją zinternalizowała. Została „złamana” i zupełnie zrezygnowała z poszukiwania cnoty, obrony własnej godności, swoich granic i niezależności.
Choć de Sade uważał się za człowieka wyzwolonego, to w rzeczywistości stał się osobą zniewoloną zasadami, które sam sobie narzucił. Poddanie się przemocy nie wyzwala, ale obliguje do jej kultywowania.
Przez karty jego książek przesiąka ciągły lęk, że któraś z opisanych w nich postaci z owych okrutnych zasad się wyłamie. Dlatego każdy przejaw godności u innych osób musi zostać stłamszony, każdy akt dobra zniweczony, a każda świętość zszargana.
Jest to przykład atawistycznego odruchu plemiennego – jeżeli w stadzie dominuje przemocowy lider, to każdy, kto próbuje się wyłamać z posłuszeństwa, stanowi zagrożenie dla członków grupy, gdyż naraża ich na gniew przywódcy.
Ten okrutny dyktator, którego de Sade „wpuścił” do swojej głowy, był niczym jungowski cień, który z podświadomości namawiał pisarza do upokarzania innych i dokonywania kolejnych transgresji obyczajowych.
W głowie de Sade’a takie postępowanie mogło jawić się jako konieczność, „obiektywna” zasad a działania świata, coś, przed czym nie ma ucieczki. Inaczej chrześcijaństwo – ono mówi nam, że zawsze istnieje wybór, nawet jeśli wydaje się bardzo trudny lub wręcz niemożliwy do dokonania.
W tym kontekście filozofia de Sade’a jawi się jako bardzo złożona próba usprawiedliwienia samego siebie z tego, że dokonało się takiego, a nie innego egzystencjalnego wyboru. W budowaniu przekonania, że był on właściwy, niejednokrotnie pomaga obsesyjne fantazjowanie o tym, jak to próby szczerości, przywiązanie się do kogoś czy domaganie się poszanowania godności są każdorazowo karane i to w coraz to bardziej okrutny sposób. To właśnie obserwujemy w dziełach pisarza.
Cnota u de Sade’a jest zawsze ukazana jako wynik naiwności, słabości lub głupoty. Ciekawe jest też, że przejawy dobra, które nie podpadają pod wyżej wymienione kategorie, są zaklasyfikowane przez markiza jako fałszywe. Zdominowana przez przemoc psychika nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, że może istnieć coś, co się nie poddało złu.
Dlatego każdy przejaw chęci niesienia pomocy jest przez de Sade’a traktowany jako pozór, gra, manipulacja, za którą kryją się niecne intencje. „Prawdziwą” naturą świata jest bowiem zło, a dobro jest jedynie złudzeniem, kłamstwem, hipokryzją. Gdy ktoś okazuje pomoc książkowej Justynie, to tylko po to, aby chwilę potem ją wykorzystać lub sobie podporządkować.
Jest to właściwie dość powszechny mechanizm psychologiczny, służący zmniejszeniu poczucia winy poprzez uznanie, że nasze złe intencje są w istocie powszechne, ale ludzie je ukrywają. Oszust czuje się zwolniony z bycia oszustem, gdy oszustwo staje się normą. Nie czuje się winny, bo zakłada, że oszukana przez niego osoba też chciała go oszukać – różnica jest taka, że on po prostu był pierwszy.
Złodziej jest pierwszą osobą, od której usłyszymy zdanie, że „wszyscy kradną”. Wmawiając sobie, że kradzież jest normą, można czuć się zwolnionym z odpowiedzialności. Co więcej, jeżeli uzna się, że wszyscy kłamią, to nie da się już tego wyperswadować faktami, bo zawsze można założyć, że ktoś jest po prostu bardzo dobry w ukrywaniu swoich niecnych postępków.
Sade musiał być wyjątkowo z siebie zadowolony, uznając, że „przejrzał” chrześcijan, którzy tylko udają dobrych, a naprawdę są równie zdeprawowani jak on sam. Symbolem tego stanu rzeczy w jego książkach są bezecni mnisi męczący Justynę.
W rzeczywistości jednak wydaje się, że de Sade rzutował własne przekonania, problemy i perwersje na cały otaczający świat, który musiał być tak samo zepsuty jak on sam, aby pisarz mógł zaznać spokoju. Ostatecznie oderwało go to od rzeczywistości, sprawiając, że końca swojego żywota dokonał w zakładzie dla obłąkanych.
Zło jest nieusuwalnym elementem świata
De Sade ujawnia pewną słabość oświecenia. Pokazuje granice racjonalnego projektu, który nie potrafił sobie do końca poradzić z obecną w człowieku skłonnością do zła. De Sade z zewnątrz wyglądał na postać swojej epoki: myślał niezależnie od autorytetów i tradycji, popierał zmiany i pisał teksty, w których potrafił racjonalnie uzasadnić swoje poglądy.
Co prawda grzeszył, ale czyż grzech nie był jedynie wymysłem Kościoła, stworzonym aby niewolić ludzi? Pomimo jego złego prowadzenia się, nie można mu było nic zarzucić, o ile nie został przyłapany na łamaniu prawa.
W rzeczywistości psychika de Sade’a była zdominowana przez wewnętrzne demony: przemoc, żądzę kontroli i – nomen omen – sadyzm. To one definiowały jego myślenie i sterowały działaniami, nawet jeżeli jego racjonalny umysł wydawał się działać poprawnie, wymyślając logiczne, a zarazem coraz to bardziej pokrętne wytłumaczenia własnego postępowania.
Racjonalne oświecenie nie potrafiło tego przepracować, bo ignorowało istnienie tajemniczych, mrocznych sił rządzących ludźmi. Dopiero romantyzm – przerażony ilością szaleństwa i przemocy obecnej w świecie– zaczął dopuszczać do głosu myśl, że człowiekiem nie steruje jedynie rozum i że kiedy ów śpi – budzą się demony.
Oświecenie wpadło niejako w zastawioną przez siebie pułapkę – odrzucając tradycyjne wierzenia, myślało, że ujrzy świat takim, jaki jest. A ów świat u fundamentów miał być racjonalny czyli dobry. Oświecenie obiecywało, że jeśli zerwie zasłonę zabobonów, to ludzie spojrzą w głąb siebie i zobaczą światło wolności.
De Sade to zrobił – odrzucił tradycyjną moralność i spojrzał w głąb siebie. Z tym że nie zobaczył tam światła ani moralnego imperatywu mówiącego, że człowiek nigdy nie może być środkiem do celu, jak chciałby Immanuel Kant, lecz ciemność, którą uznał za obiektywny porządek świata.
Oświecenie odrzucało religię, bo uważało, że prowadzi ona do niewoli, przemocy i degeneracji oraz, ponad wszystko, więzi naturalny i dobry potencjał ludzkiej racjonalności. Szybko jednak okazało się, że na gruncie tejże filozofii również doszło do wypaczeń – i to szybciej, niż można było się spodziewać.
Jasne staje się więc, że problemem nie była tu instytucjonalna religia, lecz mroczna siła drzemiąca gdzieś w ludzkiej naturze, która przejawia się w życiu jednostek i społeczeństw niezależnie od religii, ideologii, epoki czy klasy społecznej.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.