Być może Ty albo Twój bliski umrze na raka. Ks. Jan Kaczkowski wiedział jak przez to przejść
Dziś praktycznie każdy z nas zna kogoś, kto choruje, chorował bądź umarł na nowotwór. Być może kogoś z czytających czeka przejście tej choroby. Być może nawet czeka nas z powodu raka śmierć. Kimś, kto może pomóc przygotować nas na tego typu doświadczenie, jest zmarły dokładnie przed 10. laty ks. Jan Kaczkowski. Swoją myśl na ten temat wyłożył w jak dotąd niewydanej rozprawie doktorskiej Godność człowieka umierającego a pomoc osobom w stanie terminalnym. Jest ona przykładem rzadko spotykanej zgodności teorii z życiem. Dlatego zajrzyjmy do jej treści i uczmy się od praktyka – który sam przeszedł całą tę drogę aż po śmierć – jak przeżywać choroby najbliższych, a także swoje własne. Stawka jest wysoka, a jest nią godność umierania.
Teoria cierpienia, poświadczona pracą w hospicjum i śmiertelnym glejakiem
Pewnego razu spędzając wolny czas z dziećmi, spotkałem na osiedlowym placu zabaw sąsiadkę – mamę rodzeństwa w podobnym do moich córek wieku. Dzieciaki pobiegły na zjeżdżalnię, a my zajęliśmy się rozmową.
„Widziałam ostatnio świetny film, Johnny, o ks. Kaczkowskim” – zagaiła. Pokiwałem głową i odpowiedziałem, że owszem, ja też znam ten film. „Nie wiedziałam, że to był taki super ksiądz” – mówiła dalej sąsiadka, przyznając, że przed Johnnym „coś tam słyszała o ks. Kaczkowskim”, ale „raczej niewiele”.
Zaciekawiony zapytałem, co jej się najbardziej w tym obrazie spodobało. „Nie wiedziałam, że w ogóle mogą być tacy księża”. „Tacy, czyli jacy?” – dopytywałem. „No właśnie tacy, jak on – dowcipni, wyluzowani i jeszcze pomagający innym. No bo temu chłopakowi [Patrykowi Galewskiemu] przecież tak pomógł…”.
Johnny, z pozytywnym przesłaniem, fabularnie wciągający i znakomicie zagrany przez Dawida Ogrodnika i Piotra Trojana, utrwalił popkulturowy wizerunek ks. Kaczkowskiego jako „fajnego” duchownego. Sypiącego dowcipami, błyskotliwego, od czasu do czasu rzucającego „kur*ą”.
Nowoczesnego i otwartego, bo występującego na Przystanku Woodstock. Kapłana, który „był dobry, bo pomagał ludziom” i chociaż sam chory, potrafił „żyć na pełnej petardzie”. Był to ksiądz – jak mówił reżyser Daniel Jaroszek – „na miarę XXI wieku”.
Proponuję, by w 10. rocznicę śmierci Jana Kaczkowskiego onkocelebryty – jak autoironicznie sam o sobie mówił – wyjść poza ten sympatyczny, a jednocześnie powierzchowny i nie oddający istoty jego życia i działalności schemat.
Mieszkam na gdańskiej Żabiance, więc na cmentarz komunalny w Sopocie, gdzie został pochowany ks. Jan, mam przysłowiowy „rzut beretem”. Przynajmniej raz w roku staram się odwiedzić jego grób, przy którym odmawiam modlitwę.
Nie znaliśmy się dobrze. Kilka razy rozmawialiśmy przez telefon. Niesystematycznie uczestniczyłem też w Eucharystiach pod jego przewodnictwem. Przy takich okazjach z uwagą słuchałem homilii, które głosił. Po śmierci ks. Jana napisałem kilka mniejszych i większych artykułów jemu poświęconych oraz współtworzyłem książkę – zbiór rozmów z osobami, które znały duchownego. Jednak nie z powodów osobistych jestem przekonany o tym, że pozostawił nam myśli szczególnie dziś cenne i aktualne.
Żyjemy w czasach, gdy młodość, witalność, sprawczość, siła, pozytywne myślenie, stały się społecznym wymogiem lansowanym przez polityków (i z prawicy, i lewicy), różnej maści influencerów, (pato)terapeutów czy popularnych coachów. Ks. Jan Kaczkowski stał na drugim biegunie tego trendu, konsekwentnie upominając się o obecność w dyskursie publicznym bezradności, słabości, choroby, bólu, cierpienia i śmierci.
Swoje credo wyłożył w niepublikowanej (a zdecydowanie wartej wydania!) i znanej wyłącznie wąskiemu gronu specjalistów rozprawie doktorskiej pt. Godność człowieka umierającego a pomoc osobom w stanie terminalnym, która w kolejnych latach stała się fundamentem jego publicznych wypowiedzi na temat opieki paliatywnej.
Wyłożone w maszynopisie poglądy są wyjątkowe – ks. Jan łączy w nich rozważania teoretyczne z codzienną praktyką założyciela, dyrektora i kapelana Hospicjum pw. św. Ojca Pio w Pucku.
Rozprawę duchownego można traktować jako „instrukcję obsługi osoby cierpiącej i umierającej” zawierającej szereg wskazówek dla pracowników i wolontariuszy hospicjów. To także poradnik dla każdego z nas – jak możemy zachować się w obliczu własnego cierpienia i śmiertelności. Jaką postawę powinniśmy przyjąć, gdy zostaniemy postawieni w sytuacji odchodzenia ludzi nam najbliższych.
Siła rażenia teologiczno-moralnych i bioetycznych poglądów duchownego została jeszcze „wzmocniona” kilka lat później, gdy ks. Kaczkowski dowiedział się o swojej chorobie – nie dającym szans na wyleczenie glejaku mózgu. Mógł wówczas osobiście przekonać się na ile to, co pisał na temat opieki paliatywnej w 2007 r. w swoim doktoracie, znajduje potwierdzenie w osobistym doświadczeniu zmagań z nowotworem.
Refleksjami „z własnego chorowania” (także tego „sprzed glejaka”, bo z różnymi mniejszymi lub większymi problemami zdrowotnymi, mierzył się od dzieciństwa) dzielił się „na bieżąco” na kartach kolejnych wywiadów-rzek m.in. Życie na pełnej petardzie. Czyli wiara, polędwica i miłość, Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby czy Dasz radę.
Cierpienie kieruje nas ku transcendencji, ale Bóg nie potrzebuje naszego krzyża
Pomoc osobom słabym, chorym i umierającym; otaczanie ich szacunkiem, troską i wsparciem, ks. Kaczkowski łączył bezpośrednio z chrześcijaństwem, które od zawsze przywiązywało wielką wagę do ludzkiego cierpienia, dostrzegając w nim tajemnicze powiązanie z męką Chrystusa i objawiającą się w niej miłością Boga-Ojca.
„Znalazło to swój wyraz nie tylko w indywidualnej wrażliwości ludzkiej na cierpienia osób z najbliższego otoczenia, ale okazywało się w rozwoju różnych społecznych regulacji i instytucji, które starały się dbać o los ludzi w takim położeniu” – czytamy w doktoracie Kaczkowskiego.
Współczesną formą instytucjonalnej pomocy umierającym jest hospicjum, w którym to osoby u kresu swojego życia (w stanie terminalnym) otaczani są opieką paliatywną. Pojęcie to ks. Kaczkowski traktował szerzej niż zestaw medycznych zabiegów mających łagodzić fizyczne i psychiczne cierpienie (podkreślając jednocześnie ich ogromne znaczenie oraz nie bagatelizując wagi naukowej kompetencji lekarzy i pielęgniarek).
Podpierając się rozważaniami św. Tomasza z Akwinu na temat „istoty człowieka”, odwołując do chrześcijańskich personalistów – Emmanuela Mouniera, Jacquesa Maritaina i fenomenologów – Maxa Schelera czy Karola Wojtyły oraz inspirując się myślą teologów Hansa Ursa von Balthasara oraz Karla Rahnera, ks. Kaczkowski wskazywał na nadprzyrodzoną egzystencjalno-ontologiczną godność osoby. Godność obiektywną, czyli niepodważalną i niezacieralną w każdym człowieku, także w tym najsłabszym – będącym „obiektem” opieki paliatywnej.
Wychodząc z tego założenia spoglądał na hospicjum jako miejsce, gdzie nie tylko realizuje się istota antropologicznych rozważań filozofów XX wieku, ale przede wszystkim przestrzeń nieustannego ujawniania się obecności Boga-Miłości w świecie.
W Godności człowieka umierającego Kaczkowski pisze tak: „Lekarz, pielęgniarki, pozostały personel oraz wolontariusze, niosąc pacjentom ulgę w cierpieniu, swą chrześcijańską (niezależnie czy świadomie tak nazwaną czy nie) miłością mają szansę przyczynić się do tego, by pacjenci również u tragicznego schyłku swego życia wybierali drogę »wzmagania« Bożego samoudzielenia i samoobjawienia w sobie, stając się jednocześnie miejscem promieniującym w świecie, mimo niewyobrażalnego bólu, ocierającego się o rozpacz i zwątpienie, Chwałą Boga Żywego”.
Wiążąc zagadnienie ludzkiej godności z cierpieniem ks. Kaczkowski podkreślał – powtarzając za Janem Pawłem II – że jest ono współistotne człowiekowi. Istnieje nieuchronnie wraz z nim, obok niego i w nim; słowem pozostaje tak głębokie jak człowiek, a nawet głębsze niż on, ponieważ przynależy do transcendencji (jednym ze sposobów, w jaki człowiek może realizować własną istotę w transcendencji, jest właśnie cierpienie, które go dotyka).
„W tej perspektywie cierpienie nie umniejsza osobowej godności, przeciwnie jest jej wyrazem. Tam bowiem, gdzie człowiek cierpi, staje on w prawdzie swej godności” – zaznaczał w doktoracie kapelan puckiego hospicjum, dodając jednocześnie, że takie spojrzenie na cierpienie nie oznacza jego pełnej afirmacji.
„Człowiekowi jest z cierpieniem źle i właśnie dlatego jest ono dla niego wezwaniem, które pozwala mu realizować własną istotę. Cierpienie wzywa nas do przekroczenia swej aktualnej faktyczności, a w ten sposób do próby przekroczenia samego cierpienia.
Nie jest więc ono czymś wyrastającym z samego człowieka, jest czymś nieuchronnie go dotykającym, nieprzypadkowym, pozostającym w związku z jego istotą, ale zawsze jako coś obcego i niepożądanego, motywującego do przeciwdziałania”.
Dlatego ks. Kaczkowski określał głupotą mówienie, że „kogo Pan Bóg kocha, temu krzyżyki zsyła” czy wyświechtany, a często padający z ambony frazes o „potrzebie niesienia krzyża”.
„Chrześcijaństwo nie jest religią cierpiętników. Bóg zbawił świat przez własne cierpienie. On, wielki Bóg w człowieczym ciele, wziął na siebie całe cierpienie świata. Ale naprawdę: Bóg nie potrzebuje naszego bólu, żeby jeszcze doskonalej zbawić świat” – mówił w rozmowie z Piotrem Żyłką opublikowanej w ramach książki Życie na pełnej petardzie.
Zdaniem twórcy puckiego hospicjum jedyną właściwą, bo idącą w parze z ludzką godnością, reakcją człowieka na cierpienie, jest próba jego przekroczenia. Ale co to właściwie oznacza?
Zbawienie złożone w ręce najbliższych i personelu medycznego
Rozmyślania na temat osoby, jej godności, cierpienia i jego „przekraczania”, ks. Kaczkowski odnosił do „sytuacji terminalnej”, która w swej istocie powinna stać się „sytuacją dialogiczną”, rodzajem spotkania człowieka z człowiekiem, stanięciem z nim „twarzą w twarz”.
Zdaniem duchownego „spotkanie” dla człowieka w stanie terminalnym ma fundamentalne znaczenie, ponieważ osadzone zostaje w określonej sytuacji – umierania tj. nieodwracalnego oczekiwania na szybko zbliżającą się śmierć.
„To właśnie wobec śmierci pytanie o sens ludzkiego życia, a więc o realizację własnego człowieczeństwa, staje przed umierającym z całą radykalnością i ostatecznością”.
Człowiek znajdujący się w tej „ostatecznej sytuacji” nie może już dłużej unikać pytań o swoje istnienie w świecie, ponieważ wszelkie problemy, z którymi dotychczas się mierzył w swej codzienności, przestają mieć większe znaczenie. Pozostaje już tylko jedna istotna „kwestia”, która wymaga odpowiedzi: czy moja ziemska egzystencja, która zmierza do nieuchronnego finału, miała i ma sens?
„To znaczy: czy jest ona drogą ku transcendencji własnej istoty? A jeśli taką drogą dotąd nie była, to czy może ona jeszcze – w tym krótkim czasie, który pozostał – zostać zwrócona ku owej transcendencji, będącej relacją do Transcendencji Boga samego?” – czytamy w Godności człowieka umierającego
Według ks. Kaczkowskiego proces umierania stanowi tę graniczną sytuację, punkt kulminacyjny, w którym dramat ludzkiego życia albo zyska pozytywne spełnienie, albo cały bieg życia przemieni w bezsens tragedii.
Agonia to pole walki o człowieka, o jego spełnienie się w człowieczeństwie, na którym nie może pozostać sam. Dlatego to na ludziach otaczających umierającego w ostatnich miesiącach, tygodniach, dniach i godzinach jego życia spoczywa duża część odpowiedzialności za wynik tej ostatecznej batalii o człowieka.
W pewnym sensie kwestia jego „zbawienia” lub „potępienia” została złożona w ich ręce. Od nich bowiem w znacznym stopniu zależy, czy pomogą umierającemu „odsłonić twarz”, a więc odkryć transcendentną tajemnicę własnego jestestwa i dojrzeć w nim Boży blask.
„Umierający (zwłaszcza, gdy jego agonia jest wydłużona w czasie i wiąże się z dotkliwym cierpieniem) znajduje się pod przygniatającą presją zbliżającego się końca. Presja ta odbiera wszelką nadzieję i nieuchronnie spycha człowieka w rozpacz i apatię.
Twarz w takiej sytuacji gaśnie, staje się pozbawionym blasku, tępo milczącym fałdem skóry, który nie wskazuje już na żadną tajemnicę, ale łaknie tylko ulgi i zapomnienia. Na tym polu walki człowiek nie może zostać sam […].
Umierającemu człowiekowi potrzeba kogoś, kto dołoży wszelkich starań, aby chronić jego życie i podnosić jego jakość do ostatnich chwil, a poprzez to pochyli się nad nim z takim oddaniem, przejęciem i odpowiedzialnością, że otworzy przed umierającym perspektywę nadziei. Nadzieja ta polega na odkryciu i przylgnięciu do transcendencji własnej istoty (a więc ostatecznie do stwórczej relacji z Transcendencją Boga)” – pisze ks. Kaczkowski w swoim doktoracie.
Naturalną reakcją na wiadomość o nieskutecznej terapii oznaczającej w bliskiej perspektywie śmierć, mogą być: bunt, załamanie się, apatia, wyparcie. Najprawdopodobniej każdy z nas nie będzie potrafił pogodzić się z perspektywą końca, doświadczając niepewności, samotności i niepokoju.
Zadaniem opieki paliatywnej roztaczanej przez zespół hospicjum (lekarza, pielęgniarkę, psychologa, kapelana) oraz rodzinę umierającego, jest pomoc w ponownej integracji, dającej możliwość odchodzenia bez paraliżującego lęku, w zjednoczeniu z transcendentną tajemnicą człowieczeństwa, z poczuciem sensu.
Stawką opieki hospicyjnej jest więc cała dotychczasowa egzystencja umierającego, który przy odpowiednim wsparciu może ów „ostatni moment” rozstrzygnąć na własną korzyść albo poddać się, dramat naturalnego kresu życia zmieniając w tragedię bezsensu i ostatecznego, alienującego osamotnienia.
Tak wysoka stawka wymaga właściwej postawy otoczenia charakteryzującej się cierpliwością, skupieniem, brakiem pośpiechu, realnym, a nie symulowanym dialogiem. W ten sposób troska najbliższych i personelu hospicjum, staje się znakiem i formą troski samego Boga, bezinteresownym darem. A opieka nad umierającym przestaje być tylko batalią o pełne domknięcie jego ziemskiej egzystencji, ale także polem walki o jego zbawienie.
„Gdy spogląda się z tej teodramatycznej perspektywy na sytuację terminalną, otwiera się ona w niezwykłej, zaskakującej głębi swojej prawdy. Człowiek umierający jest w obliczu śmierci nieodwracalnie konfrontowany z pytaniem o sens, o to, kim jest, nawet jeśli całe życie tego pytania unikał.
Poddany opiece, doświadczając bezinteresownego pełnego poświęcenia dobra, ma szansę doświadczyć w nim Bożej troski o siebie […]. W tym sensie terminalna opieka, w swej dialogicznej strukturze, jest przestrzenią uobecniania się Bożego dramatu, teodramatycznej »batalii« o zbawienie człowieka. Jest to również »lekcja« Bożego Miłosierdzia dla opiekunów i otoczenia” – czytamy w Godności człowieka umierającego
Naukowe rozważania potwierdzone hospicyjną praktyką
Myśl ks. Kaczkowskiego na temat choroby, cierpienia i umierania, nigdy nie pozostawała w teoretycznej próżni – duchowny chętnie podpowiadał jak należy przenosić ją na codzienną praktykę i sam przekładał ją na swoją postawę:
„Gdy jestem obecny przy umieraniu, muszę być bardzo napięty psychicznie, nie mogę się wzruszać. Muszę być profesjonalistą. Nazywam to domykaniem śmierci” – wyznawał w Zamiast czekać, zacznij żyć. Od współpracujących z hospicjum lekarzy wymagał empatii – nie tylko w sensie intuicji i otwartości, ale również pogłębionej wiedzy z pogranicza psychiatrii i psychologii.
Odwołując się do doświadczeń Antoniego Kępińskiego, wskazywał, że „jak w przypadku psychiatry, tak też w przypadku lekarza zajmującego się opieką terminalną, celem jest dotarcie do pacjenta, zrozumienie go […]. W ten sposób sam pacjent może głębiej odkryć siebie – sens swego losu i swojej aktualnej, wydawałoby się tragicznej, sytuacji” – pisał w Godności człowieka umierającego.
Ten model postawy lekarza wobec pacjenta starał się rozwijać podczas organizowanych przez puckie hospicjum Areopagów Etycznych. Razem z zaproszonymi gośćmi: naukowcami i psychologami, najpierw „na sucho” przekazywał wiedzę o tym, jak rozmawiać z chorymi i umierającymi, w jaki sposób się przy nich zachowywać, informować o trudnej do zaakceptowania diagnozie.
Następnie lekarze i studenci medycyny ćwiczyli rozmowę z pacjentem (odgrywanym przez profesjonalnego aktora) na temat terminalnej sytuacji, w jakiej ów się znalazł. „Sposób przekazywania informacji ma olbrzymi wpływ na proces zdrowienia lub – w wypadku medycyny paliatywnej – na komfort odchodzenia.
Z przykrością stwierdzam, że niekiedy dopiero na szóstym roku studiów młodzi lekarze pierwszy raz uczą się, jak rozmawiać ze śmiertelnie chorym” – mówił w opublikowanej w ramach książki Dasz radę rozmowie z Joanną Podsadecką.
Dyrektor puckiego hospicjum podkreślał znaczenie pracy pielęgniarek i pielęgniarzy, których prosił o delikatność w wykonywaniu zabiegów pielęgnacyjno-medycznych oraz serdeczne i otwarte nastawienie do umierających.
„Dzięki temu bowiem pacjenci chętnie mówią im o swoim samopoczuciu, dając opiekunom lepszy wgląd w ich stan psychosomatyczny […]. Dlatego powinno się dołożyć wszelkich starań, aby nie tylko odpowiednio uformować, ale też wspierać i dowartościowywać pielęgniarki w wykonaniu ich trudnego posłannictwa” – czytamy w doktoracie Kaczkowskiego.
Osobiście dbał, by w hospicjum przestrzegano określonych zasad. Powtarzał do znudzenia, że każdy pacjent jest inny i potrzebuje indywidualnego podejścia. Wymagał od swoich współpracowników kultury osobistej oraz pełnego szacunku wobec pacjentów.
Bezwzględnie przestrzegał zasady, by do chorych zwracać się per „pan”, „pani”. Nie akceptował zdrobnień: żadnych „poduszeczek”, „kołderek”, „lekarstewek”. Tak samo w kontakcie z domownikami: panie Stanisławie, pani Janino, a nie: „panie Stasiu” czy „pani Janinko”. Wymagał też przede wszystkim od siebie.
„Kiedy w hospicjum przychodzę do kogoś, kto mi się wydaje nieprzytomny, i łapię się na tym, że robię coś niepersonalistycznego, czyli np. wychodząc mówię »z Bogiem« i nie patrzę na tę osobę, to nagle robię pstryk, odwracam się i żegnam pełnym zdaniem: »pani Grażyno, proszę zostać z Bogiem«. Bo wyobrażam sobie, że kiedyś mnie ta Grażyna znajdzie po tamtej stronie i zapyta: »a pamiętasz moment, gdy potraktowałeś mnie jak przedmiot«” – czytamy w książce Grunt pod nogami
Swoich współpracowników uczulał też, by zawsze mówili pacjentom prawdę o ich obecnym stanie. „Często bywa tak, że przyjeżdżam do domu chorego oznakowanym hospicyjnym samochodem, a rodzina błaga mnie, bym postawił auto trzy ulice dalej, bo mama nie wie, że jest ciężko chora. Zasadniczo się na to nie zgadzam. Mój zespół też jest nauczony, by w tej kwestii być nieustępliwym” – pisał w Gruncie pod nogami.
W szczególny sposób dbał o najbliższych umierającego, którzy z jednej strony mieli przed sobą fundamentalnie ważne zadanie towarzyszenia choremu członkowi rodziny, a z drugiej sami potrzebowali pomocy i nie powinni pozostawać osamotnieni w „terminalnej sytuacji”. Zdaniem ks. Kaczkowskiego obecność bliskich przy odchodzącym ma znaczenie nie tylko psychologiczne, ale stanowi sprawdzian autentyczności, szczerości i głębi odniesienia do umierającego.
„Jest ona swoistym darem dla bliskiego, oczekującego na śmierć człowieka, nawet wtedy, gdy nie przynosi w sposób odczuwalny oczekiwanego umocnienia psychicznego. Jest to dar najbardziej niewymierny i najtrudniejszy do ocenienia, polegający po prostu na tym, że »się jest«”.
Zdając sobie sprawę z tego ogromnego obciążenia dbał, by wsparcie dla rodziny – zarówno ze strony psychologa, jak i kapelana, a niekiedy także materialne, nie kończyło się wraz ze śmiercią pacjenta. „Albowiem właśnie wtedy wyzwalają się emocje, które w czasie trwania opieki, ze względy na pacjenta, były często skrywane i tłumione” – pisał w Godności człowieka umierającego.
Między terapią uporczywą a eutanazją. Nie musimy zamęczać umierającego leczeniem
Tak rozumianą opiekę paliatywną roztoczoną nad osobą umierającą ks. Kaczkowski stawiał pomiędzy terapią uporczywą a eutanazją, pozostając krytykiem obu tych rozwiązań. „Kościół nie walczy ze śmiercią tak, żeby nie pozwolić jej nadejść, czyli podłączać umierających do wszystkich możliwych maszyn.
Dlatego jestem za »testamentem życia« (to przygotowany wcześniej dokument, w którym osoba świadomie decyduje o zakresie przyszłych zabiegów medycznych na wypadek utraty przytomności lub nieuleczalnej choroby, przyp. autor). Nie wszystko, co technicznie możliwe, jest godziwe etycznie.
Eutanazja – nie, odstąpienie od terapii – tak, »testament życia« – tak, by każdy mógł w nim wyrazić swoją wolę dotyczącą tego, na jakie procedury medyczne pod koniec życia się zgadza, a na jakie nie – czytamy w Gruncie pod nogami. W tym duchu śmiertelny zastrzyk uznawał za eutanazję, ale odstąpienie np. od dializy, na jakie zdecydował się Jan Paweł II – nie.
Ks. Kaczkowski był więc przeciwny wszelkim środkom zmierzającym do „wyeliminowania człowieka” tylko dlatego, że jest chory. Równolegle wskazywał na przypadki z własnej praktyki, które wymagały przerwania terapii.
„Proszę sobie wyobrazić pacjenta, który ma rozsiany nowotwór. Jasne, że za pomocą różnej aparatury potrafimy utrzymywać go przy życiu kolejny dzień, tydzień, multiplikując w sposób niewyobrażalny jego cierpienie. Zawsze jednak trzeba zapytać: »po co?« […]. Kościół nie walczy ze śmiercią, bo wierzy, że wraz z nią nie kończy się wszystko” – czytamy w artykule Nie schrzańcie swojego chorowania. Z tych powodów konsekwentnie odpierał zarzuty przeciwników „testamentu życia” uznających, że to tylne drzwi do legalizacji eutanazji.
„[…] Jestem zdania, że jeżeli określona procedura medyczna jest w minimalnym stopniu skuteczna, ale jednocześnie nieproporcjonalna do uzyskania efektów, czyli na przykład pacjenta tak boli podanie mu jedzenia albo tak mu to szkodzi, że pozorny zysk bardziej służy nam i naszemu ego niż choremu (mamy poczucie, że działamy, że walczyliśmy do końca) – powinniśmy z niej zrezygnować” – wyjaśniał w rozmowie z Katarzyną Jabłońską opublikowanej w książce Żyć aż do końca.
Powtarzał też jak mantrę, że zgoda na odstąpienie od terapii uporczywej nie jest porzuceniem bliskiego czy wyrazem braku miłości. „Wprost przeciwnie: jest to znak wielkiej miłości”.
Niezgodę ks. Kaczkowskiego budziło też stawianie znaku równości między eutanazją a sedacją paliatywną, czyli – w porozumieniu ze skrajnie cierpiącym pacjentem – podaniem leków, które powodują kontrolowane ograniczenie świadomości chorego, proporcjonalnie do potrzeby łagodzenia bólu.
„Sedacja w opiece paliatywnej jest elementem terapii, zaś jej celem jest uśmierzenie cierpienia, a nie przyspieszenie śmierci pacjenta. Dlatego z moralnego punktu widzenia sedacja nie może być stawiana na równi z eutanazją, której opieka paliatywna bezwzględnie się przeciwstawia” czytamy w Żyć aż do końca.
***
Łóżko ks. Kaczkowskiego otaczają najbliżsi. Rodzice trzymają syna za rękę. Ksiądz Jan jest już bardzo słaby, od kilku dni właściwie się nie odzywa. Jednak w pewnym momencie otwiera delikatnie usta i powtarza cicho: „Miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie”. Tak brzmią jego ostatnie słowa.
Twórca puckiego hospicjum zmarł dokładnie dziesięć lat temu 28 marca 2016 r., w drugi dzień świąt Wielkiej Nocy. Niedługo później rozmawiałem z panem Józefem Kaczkowskim, który nie miał wątpliwości, że jego syn skutecznie oswajał Polaków z tematem nieuleczalnej choroby, cierpienia i godnego odchodzenia.
„[…] Był przygotowany do śmierci. Podobnie jak my […]. Postawą pozbawioną pretensji, żalu, pełną uśmiechu i poczucia humoru dodawał siły nie tylko najbliższym, ale także swoim podopiecznym i ciężko chorym w całym kraju” – czytamy w Nie schrzańcie swojego chorowania.
Dziękuję bratu ks. Jana Kaczkowskiego – Filipowi, za pomoc w udostępnieniu rozprawy doktorskiej „Godność człowieka umierającego a pomoc osobom w stanie terminalnym”. Swoją wdzięczność kieruję również do Jolanty Białkowskiej, dyrektor Biblioteki UKSW, za umożliwienie wglądu w treść pracy.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

