Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Między bezkarnością a igrzyskami. Jak ukarać w Polsce zdrajcę?

przeczytanie zajmie 5 min
Między bezkarnością a igrzyskami. Jak ukarać w Polsce zdrajcę? Jan Piotr Norblin, "Wieszanie zdrajców", źródło: Wikipedia

Rozemocjonowana klasa polityczna od czterech lat przerzuca się oskarżeniami o narodową zdradę. Ten zarzut ma coraz słabszą moc, a jak dotąd żaden polityk formalnie nie poniósł konsekwencji sprzeniewierzenia się interesowi Polski. Czy nasze prawo pozwala na karanie zdrajców? Kto miałby wymierzać sprawiedliwość?

Lecz do kogo trudno rzec…”

Zdrajcy! Krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec/Polityk przecież w ogóle nie zna słowa »zdrada«/A politycznych obyczajów trzeba strzec” – raportuje w utworze Jacka Kaczmarskiego rosyjski ambasador w roku 1773.

Słowa te dobrze oddają atmosferę debaty wokół programów SAFE i SAFE 0 procent. Wedle jednej strony sporu zdrajcą ma być prezydent – jako ten, który swoim wetem pozbawia uzbrojenia polskiego żołnierza. Dla drugich zaś zdrajcą ma być premier, chcący zadłużyć państwo na niekorzystnych warunkach i przyznający obcym podmiotom wpływ na polską obronność.

Oczywiście można się było przyzwyczaić, szczególnie po 2022 roku, do rytualnej wymiany inwektyw „zdrajca” czy „ruski agent”. Tego typu zarzuty są coraz mniej poważne, więc ich siła rażenia słabnie. Szczególnie, że formalnie nikogo (spośród liczących się polityków) nie pociągnięto do prawnej odpowiedzialności.

Zjawisko to jest niewątpliwie jedną z wielu emanacji histerii, jaka toczy polską debatę publiczną. Być może jednak ma ono głębsze, systemowe podstawy, a problem jest tak naprawdę jeszcze poważniejszy, niż się wydaje.

Co to znaczy zdrada?

Wertując strony kodeksu karnego, szybko przekonamy się, że nie przedstawia on jednej, uniwersalnej definicji zdrady. Typizuje za to liczne zachowania, które potocznie można by określić tym mianem.

Niektóre z nich są dość klarowne, np. współpraca z obcym wywiadem (art. 130) czy zamach na jednostkę Sił Zbrojnych RP (art. 140). Znamiona innych mają zaś charakter bardziej ogólny. Przerzucane wzajemnie oskarżenia dotyczą przeważnie jawnego działania politycznego, a nie bezpośredniej współpracy z obcymi służbami – te zarzuty również słychać, ale znacznie rzadziej.

Kiedy więc myślimy o odpowiedzialności polityków, na myśl przychodzi w pierwszej kolejności tak zwana zdrada dyplomatyczna (art. 129 k.k.) Dopuszcza się jej ten, kto będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na jej szkodę.

W skrajnym wypadku w grę wchodziłby też art. 127, gdzie mowa o podjęciu – w porozumieniu z innymi osobami – działalności zmierzającej bezpośrednio do pozbawienia niepodległości, oderwania części obszaru lub zmiany przemocą konstytucyjnego ustroju RP.

Przedmiotem ochrony obydwu przepisów są takie wartości jak niepodległość czy podstawowe interesy polityczne państwa polskiego. Sposób ich rozumienia bywa jednak bardzo różny, co ilustruje cała galeria historycznych przykładów.

Widać to również w obecnym sporze wokół SAFE. Dotyczy on przy tym nie tylko samej strategii, którą Polska powinna się kierować, ale również jej politycznej i ustrojowej tożsamości. Kluczowe wątki dyskusji ogniskują się bowiem wokół modelu relacji z UE, granic polskiej suwerenności czy ceny, jaką można płacić za sojusze.

Pojęcia „niepodległości” czy „racji stanu” są w oczywisty sposób fundamentalne dla losów wspólnoty politycznej. Jednocześnie stają się dziś w gruncie rzeczy coraz mniej konkretne, ulegają rozmyciu.

Być może wybujała retoryka powszechnej zdrady ukazuje nie tylko emocjonalność debaty publicznej, ale też pewne rozchwianie społeczeństwa co do podstawowych racji jego istnienia. Jest poniekąd znakiem szerszego kryzysu tożsamościowego.

W jego obliczu również samo pojęcie zdrady musi być coraz to bardziej problematyczne. Myślenie o niej zaczyna przypominać rozważania o przestępstwie kradzieży w społeczeństwie, które nie do końca akceptuje jedno ujęcie własności.

Między bezkarnością a igrzyskami

Na problemach definicyjnych sprawa się jednak nie kończy. Musi być jeszcze ktoś, kto będzie zdrajców ścigał i ktoś, kto będzie wymierzał im sprawiedliwość.

Nie jest moim celem analiza efektywności obecnego systemu w tym zakresie. Temat ten zasługuje niewątpliwie na odrębne, szerokie rozważania. Zasygnalizujmy jedynie bardzo ogólnie, że na tym polu również pojawić się mogą liczne problemy.

Do rozpatrywania spraw o przestępstwa polityczne często przewidziany był w różnych krajach specjalna instytucja oraz szczególny tryb postępowania. Zakładano, że „zwykły sąd” nie będzie w stanie uporać się z nadzwyczajnym, politycznym ciężarem procesu.

W dawnej Rzeczypospolitej funkcję tę pełnił sąd sejmowy – proces toczył się więc wobec najwyższej władzy w państwie. Aktualnie jednak sprawy tego typu traktowane są co do zasady analogicznie jak inne sprawy karne.

W niektórych wypadkach w grę mogłoby wchodzić postępowanie przed Trybunałem Stanu, chociaż ta instytucja właściwie obumarła.

Co więcej, mamy ograniczenia wynikające z pozycji prokuratury. Nie wchodząc w szczegóły, zauważmy, że jej hierarchiczna struktura w połączeniu z podatnością na wpływy władzy wykonawczej praktycznie wyklucza wszczęcie postępowania przeciwko stronnikowi aktualnej władzy.

W przypadku wielu przestępstw alternatywą wobec bierności prokuratury pozostaje instytucja subsydiarnego aktu oskarżenia, który – pod pewnymi warunkami – może wnieść sam pokrzywdzony. Jednak w wypadku zdrady tryb ten nie może znaleźć zastosowania. Z reguły brak jest bowiem konkretnego pokrzywdzonego, który mógłby go uruchomić.

Oczywiście ściganie mogłoby rozpocząć się po zmianie władzy. Wtedy jednak pojawia się inne ryzyko spektaklu ograniczonego do politycznej wendetty, którego organizacja byłaby wobec niedookreśloności znamion dość prosta.

Próba pociągnięcia polityka do odpowiedzialności za zdradę zamieniłaby się zapewne w igrzyska – zjawisko o skutkach znanych nam dobrze z ostatnich latach rozliczeń ekipy PiS. Procesu rozgrzewającego część własnego elektoratu, jednocześnie odrzucanego, a przynajmniej lekceważonego, przez znaczną część społeczeństwa.

Nie sposób nie wspomnieć tu wreszcie o kryzysie uznawalności w polskim sądownictwie. W wypadku potencjalnego procesu o przestępstwo polityczne, gdzie jak w żadnym innym przypadku niezbędne pozostaje powszechne zaufanie do sądu, jest to okoliczność fatalna. Być może unieważania ona dalej idące oczekiwania co do roli sądownictwa powszechnego w opisywanej kwestii.

Czy mamy jedną rację stanu?

Czy jednak pomimo zarysowanych trudności należy się pogodzić z faktem, że zdrada pozostanie de facto prawnie niekaralna? Mówimy wszak o przestępstwie w założeniu najbardziej chyba szkodliwym z punktu widzenia funkcjonowania państwa.

Konieczne jest jasne wskazanie tych aspektów, które stanowią niekwestionowane jądro pojęć suwerenności i racji stanu. Czy jakaś konkretna koalicja rządząca byłaby w stanie trwałe narzucić w tym zakresie kompleksowe stanowisko? Dziś to fantasmagoria.

Drogą mogłoby być jednak stopniowe zmierzanie w tym kierunku. Być może jedyną – choć mało finezyjną – odpowiedzią byłaby w ostateczności pewna kazuistyka pojedynczych przepisów karnych, dokładnie określających znamiona czynu oraz dobro, które miałoby ulec naruszeniu wskutek danych działań. Częściowo zresztą zabieg ten został już zastosowany poprzez wspomniane wyodrębnienie przestępstw szpiegostwa czy sabotażu.

Skądinąd samo procedowanie takich przepisów mogłoby mieć ożywczy wpływ na debatę publiczną. Abstrakcyjne z pozoru zagadnienia mogłyby powoli nabierać wyraźniejszych kształtów. Nawet gdyby nie udało się wypracować konsensu, to przynajmniej w większymi stopniu wyklarowałyby się przeciwstawne stanowiska.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.