Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Studenci prawa w Polsce to pokolenie przyszłych „Żurków”? Niestety jest znacznie gorzej

Studenci prawa w Polsce to pokolenie przyszłych „Żurków”? Niestety jest znacznie gorzej autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Dzisiejszy student prawa często nie znajdzie na uczelni miejsca do poszerzenia swoich horyzontów, zanim zostanie wciągnięty w zawodową karuzelę. W konsekwencji ugruntowuje się biznesowe, wręcz koniunkturalne podejście do wykonywanej profesji. A potrzeba nowego spojrzenia.

„Od ponad 25 lat jestem prawnikiem i chyba wystarczy. Kiedy zaczynałem, zawarłem z tym zawodem umowę: prawo ma ograniczać arbitralność władzy, a ja mam być narzędziem, które tę funkcję realizuje. Dziś te umowę próbuję się zerwać. […] Dlatego ją wypowiadam i będę pisał o filozofii” – napisał 4 marca w mediach społecznościowych profesor Marcin Matczak.

Warto podkreślić, że to jeden z najbardziej rozpoznawalnych prawników w Polsce; co więcej – jeden z niewielu w tym gronie, który pomimo wyrażanej otwarcie niechęci wobec Prawa i Sprawiedliwości, wielokrotnie pokazywał, że potrafi zachować trzeźwość oceny politycznej i społecznej rzeczywistości.

Nie ulega wątpliwości, że kariera prof. Matczaka jest dziś także jednym z czołowych przykładów sukcesu (i to łączącego praktykę zawodową z karierą akademicką i publicystyczną jednocześnie), jaki chciałoby odnieść wielu początkujących studentów prawa. Więc jeśli on „wypowiada umowę z zawodem prawnika”, to jaką zawierają dziś młodzi adepci jego profesji?

Studenci prawa czasów „kryzysu praworządności”

Dlaczego w ogóle warto się nad tym zastanowić? Po pierwsze, jest to bardzo duża grupa ludzi – na samym Uniwersytecie Warszawskim, według statystyk za 2025 rok, prawo studiuje niemal 4 tysiące osób. Podobnie na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie mieści się drugi co do wielkości wydział prawa, których w całej Polsce jest przecież kilkadziesiąt.

Wśród tej ogromnej grupy społecznej są oczywiście ludzie, którzy nigdy nie będą wykonywać pracy w zawodzie prawniczym, ale są też przyszli adwokaci, radcowie prawni czy notariusze. Jak pokazuje doświadczenie, z pewnością znajdziemy pośród nich również przyszłych parlamentarzystów czy samorządowców, a także – co może nawet ważniejsze – przyszłych sędziów i prokuratorów.

To właśnie oni studiują prawo w okresie, w którym de facto nie funkcjonuje Trybunał Konstytucyjny, sędziowie Sądu Najwyższego nie uznają nawzajem swoich uprawnień do orzekania, a od dwóch lat każda ze stron sporu politycznego ma swojego prokuratora krajowego, którego uznaje za legalnie powołanego.

Jednocześnie ci sami studenci zdają egzaminy ze znajomości Konstytucji RP, tej samej od 1997 r., która formalnie przecież nie została zmieniona, a o niezawisłości sędziowskiej czy o procedurze wyboru sędziów TK uczą się jako o prawdach objawionych.

To mniej więcej tak, jak gdyby w szczycie kryzysu gospodarczego przełomu lat 70. i 80. XX wieku w niezmieniony sposób uczyć o słuszności socjalistycznego systemu gospodarki Polski Ludowej. Realia nie przystają do teorii.

Wydziały prawa bastionem liberałów?

Dodatkowo, na prawicy panuje dość powszechne przekonanie, że wydziały prawa na polskich uniwersytetach zostały całkowicie przejęte przez skompromitowane autorytety, rodem jeszcze z PRL-u, do spółki z młodymi, lewicowo-liberalnymi aktywistami, lojalnymi wobec Unii Europejskiej bardziej niż Rzeczypospolitej. Rzeczywistość wygląda jednak nieco inaczej.

Pomimo tego, że wśród wykładowców nie brakuje osób kojarzonych z najbardziej radykalnymi środowiskami sędziowskimi, a wiele z nich było zaangażowanych w proces „przywracania praworządności”, to trzeba przyznać, że wciąż w tym gronie obowiązuje pewien elementarny pluralizm.

Na Uniwersytecie Warszawskim na przykład nadal można zapisać się na zajęcia prowadzone choćby przez obecnych posłów PiS, jak np. Krzysztofa Szczuckiego czy Marcina Warchoła – specjalistów z zakresu prawa i postępowania karnego, lub profesorów Ryszarda Piotrowskiego czy Jana Majchrowskiego – częstych gości prawicowych mediów.

Można by powiedzieć, że to jedynie „kwiatki do kożucha”, niezmieniające ogólnego profilu ideologicznego uczelni. Jako student twierdzę jednak, że jest to bardzo istotny sygnał i jeden z elementów ochrony swobody myśli, tak ważnej dla uniwersytetów. Źródła problemów szukałbym zaś gdzie indziej.

Realia rynku

Studia prawnicze, jako niejedyne zresztą, przez ostatnie ponad 30 lat kapitalizmu uległy bowiem bardzo mocnemu „urynkowieniu”. Mówiąc obrazowo, wraz z demokracją i młodym, otwartym na zmiany pokoleniem, na wydziały prawa weszli rekruterzy korporacji prawniczych otwierających swoje oddziały w Polsce.

To generalizacja, ale zaryzykuję tezę, że dziś głównym zmartwieniem ambitnego studenta jest jak najszybsze znalezienie praktyk w jak najbardziej prestiżowej kancelarii. Uczelnia z kolei, zamiast temu przeciwdziałać i zachęcać do poszerzania horyzontów, wspiera taki model studiowania w imię „przygotowywania do funkcjonowania na rynku zawodowym”, wskutek czego w wielu przypadkach liczbę zajęć da się ograniczyć do 1-2 dni w tygodniu, aby resztę czasu poświęcić na pracę.

W praktyce realizuje się w ten sposób model anglosaskiego school of law – trzyletnich najczęściej studiów, bezpośrednio przygotowujących do pracy w zawodzie prawniczym. Te jednak są poprzedzone edukacją w college’u, o bardziej ogólnym profilu.

Wydziały prawa w polskim systemie mają zaś w teorii łączyć jedno i drugie, czego skutkiem jest całkowita rezygnacja z poświęcenia odpowiedniej ilości czasu na przedmioty inne niż typowo prawnicze, wprowadzające do prawa jako nauki społecznej.

Nie mówiąc już o tworzeniu warunków, poprzez organizowanie form i przestrzeni do wspólnego zaangażowania i spędzania czasu, do budowy wspólnoty – universitas, do czego zobowiązywałaby nazwa uczelni.

Nic dziwnego, że studentom się to podoba – taki model kariery był przez lata promowany, a i zarabiać na życie jakoś trzeba. Pracodawcy masowo z tego korzystają, dużo chętniej zatrudniając studentów niż absolwentów, do wykonywania takiej samej pracy za mniejsze pieniądze, co z drugiej strony jest szansą do zdobycia bezcennego doświadczenia na bardzo wczesnym etapie kariery.

Niestety, ten samonapędzający się mechanizm powoduje ugruntowanie koniunkturalnego, stricte biznesowego podejścia do pracy prawnika. Jeśli jest taka potrzeba, to w piśmie procesowym podnosi się argument, że niekorzystny dla klienta wyrok wydał wadliwie powołany neo-sędzia.

Innym razem zaś można powołać się na wyrok podobno „nieistniejącego” TK, do którego uzasadnienie pisała sędzia Krystyna Pawłowicz. Wszystko zależy od odpowiedniego zdefiniowania wymiernych interesów w danej sprawie.

Oczywiście jest to podejście krótkowzroczne, a niestabilność systemu prawa nie służy nikomu, zwłaszcza przedsiębiorcom, którym prawnicy świadczą swoje usługi. Można jednak zadać uzasadnione pytanie – co innego pozostaje robić w obecnej sytuacji? Czekać z rozpoczęciem kariery zawodowej, aż politycy łaskawie uporządkują bałagan w polskim wymiarze sprawiedliwości?

Ius est ars boni et aequi

Prawo jest sztuką tego, co dobre i słuszne – to łacińska paremia, którą nawet najbardziej odporny na wiedzę student zapamięta z pierwszego roku zajęć na uczelni. Problem polega jednak na tym, że brakuje już czasu, aby to co dobre i słuszne spróbować jakkolwiek zdefiniować.

W bardzo wielu przypadkach można obecnie przejść przez cały tok studiów prawniczych bez zajęć z zakresu teorii i filozofii prawa. Brakuje też moim zdaniem obowiązkowych przedmiotów pokazujących prawo jako część całego systemu funkcjonowania państwa, bardzo ważny, ale nie jedyny element w tym skomplikowanym organizmie.

Co więcej, mocno odczuwalna jest potrzeba nauki podstaw ekonomii, choćby w minimalnym wymiarze. Pomagałoby to zrozumieć nie tylko gospodarcze konsekwencje niestabilności prawa, ale także zapobiegać później źle przygotowywanej legislacji.

Być może ta abdykacja z zajmowania się na poważnie socjologicznymi i filozoficznymi podstawami prawa i jego działania w nowoczesnym państwie, wynika z obawy o zarzut ideologizacji, prawdopodobnie nawet uzasadnionej. Takie rozwiązanie prowadzi jednak do dużo gorszego rezultatu.

„Polski kryzys konstytucyjny nie jest tylko sporem o personalia i procedury, ale sporem o telos prawa” – twierdzi we wspomnianym na wstępie wpisie Marcin Matczak, w czym należy przyznać mu rację.

Dla jego pokolenia telos ten był niejako oczywisty – tworzyły go czasy, a więc okres triumfu liberalnej demokracji, rozszerzania się Unii Europejskiej jako pożądanej przez wszystkich strefy dobrobytu, czy ogłaszania kolejnych międzynarodowych deklaracji o prawach człowieka.

Dzisiejsze młode pokolenie prawników, wchodzące w ten zawód w czasach nie tyle nawet „kryzysu praworządności”, ile dokonującej się na naszych oczach głębokiej transformacji systemu demokratycznego, musi ten telos wykreować dla siebie na nowo. I zdaje się, że nie może w tej sprawie liczyć na swoje uczelnie i autorytety.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.