Karol Nawrocki rozmawiał z Viktorem Orbanem. Oto kluczowe pytania i odpowiedzi
W interesie polskiej prawicy jest zachowanie dystansu wobec Viktora Orbana. Nie tylko z powodu jego prorosyjskich poglądów, ale również dlatego, że wpycha nas w rolę politycznych przegrywów w Unii Europejskiej. PiS powinien czerpać ze strategii Giorgii Meloni, a nie węgierskiego premiera.
Czy wojna wpłynęła na relacje prawicy z Orbanem?
Liberalny mainstream w Polsce próbuje sklejać rodzimą prawicę z Viktorem Orbanem i – w konsekwencji – z Władimirem Putinem. Niedawną wizytę Karola Nawrockiego w Budapeszcie interpretuje się właśnie jako kontynuację radykalnej linii, której realizację Prawo i Sprawiedliwość rozpoczęło ponad dekadę temu.
Mainstream sugeruje, że PiS jest „nieczuły” na politykę węgierskiego premiera wobec Rosji. Tymczasem prawda o relacjach Polski z Węgrami jest bardziej skomplikowana.
Do czasu napaści Rosji na Ukrainę różnice w podejściu węgierskiej i polskiej prawicy do Rosji były odczuwalne, ale nie determinujące dla bliskich wówczas stosunków. To, czego liberałowie nie chcą przyznać, to fakt, że od 2022 roku nasze relacje z Budapesztem są zasadniczo chłodne.
Reakcja Orbana na wojnę negatywnie zaskoczyła PiS, bo wielu polityków nie spodziewało się, że prorosyjskość przywódcy Fideszu jest tak mocna, iż przejdzie test pełnoskalowej napaści rosyjskiej na Ukrainie. Węgierski szef rządu przeszkadzał PiS-owi, bo to partia Kaczyńskiego mobilizowała UE do poważniejszego zaangażowania w pomoc Ukrainie.
Czas jednak leczy rany. Polacy są zmęczeni wojną, a swoistą ambiwalencję wobec konfliktu wzmacnia stosunek doń Donalda Trumpa. Relacje Polski z Ukrainą osłabły – na prawicy wręcz bardzo – co wynikało z poczucia „zdrady” ze strony Wołodymyra Zełeńskiego.
PiS liczył wszak na sojusz warszawsko-kijowski przeciw Niemcom. Tymczasem ukraiński prezydent nie tylko nie chciał go zawrzeć, ale pod koniec rządów PiS zagrał na zmianę rządu w Polsce.
Do tego doszedł kontekst rywalizacji na polskiej prawicy. Radykalizacja PiS-u zbliża go do pozycji, które dziś zajmuje Fidesz. Mimo że partia Kaczyńskiego formalnie należy do półmainsteamowej frakcji ECR, to mentalnie przesunęła się na pozycje bardziej radykalnej grupy Patriotów dla Europy.
Podejście do Orbana jest więc funkcją nie tyle zbliżenia z nim, ale diagnozy, że wiatr historii jest blisko węgierskiego premiera, i to właśnie taka twarz prawicy jest dziś na topie.
W tym kontekście ważne są także ciepłe stosunki Orbana z Konfederacją, w tym głównie z Ruchem Narodowym. Posłowie tej partii weszli do frakcji Patriotów dla Europy w Parlamencie Europejskim, a sam Krzysztof Bosak spotykał się z Orbanem.
Dla lidera Fideszu wciąż to PiS jest kluczowym partnerem, ale Konfederacja wyrasta na partię „awaryjną”, co wpływa zapewne na kalkulacje PiS-u, ale i Nawrockiego, dla którego ważny jest cały elektorat prawicy.
Czy prezydent Polski może się spotykać się z Orbanem?
Oczywiście, że może, a nawet powinien, aczkolwiek nie zawsze i wszędzie. Kluczowe pytanie powinno brzmieć, z jaką agendą, z jakim przekazem, w jakim czasie i jakich okolicznościach należy to robić.
Strategiczne różnice są faktem, ale przyjęcie założenia, że powinny one wstrzymywać spotkania dyplomatyczne, jest błędne. Polityka nie polega bowiem na rozmowie tylko z tymi, których lubimy i z którymi się zgadzamy. Wręcz przeciwnie, jej istotą jest próba wpłynięcia na drugą stronę, aby jej stanowisko było bardziej przychylne naszym pozycjom.
Biorąc pod uwagę te okoliczności, stara znajomość z Orbanem daje PiS-owi szczególny mandat w UE, żeby wpływać na jego postawę. Łatwiej liderowi Fideszu sprzedać wewnętrznie jakieś posunięcia, gdy nastąpiły one pod wpływem bratniej Polski, a nie europejskiego mainstreamu.
Ucięcie relacji dyplomatycznych na najwyższym szczeblu powinno być zarezerwowane jedynie do sytuacji wyjątkowych np. Władimira Putina. Aczkolwiek i z Rosji Polska nie zerwała (i słusznie) całkowicie relacji dyplomatycznych, aby mieć kanały kontakty z Moskwą.
Czy spotkanie Nawrockiego z Orbanem oznacza poparcie dla premiera Węgier?
Nawrocki w żadnej swojej wypowiedzi Orbana nie poparł i wypowiada się na jego temat wstrzemięźliwie. Nie wziął udziału w wiecu poparcia prawicowej międzynarodówki, która zjawiła się w Budapeszcie, aby wesprzeć Orbana (brał w niej udział m.in. Krzysztof Bosak).
Spotkanie z nim było krótkie, robocze i bez konferencji prasowej. KPRP nie wrzuciła nawet zdjęć z premierem Węgier. Prezydent wyraźnie podkreślił fundamentalną różnicę pomiędzy Polską a Węgrami w percepcji Rosji, aby nikt nie zarzucił mu cichej akceptacji jego polityki wobec Putina. Do tego Nawrocki miał dobre uzasadnienie, ponieważ spotkanie z Orbanem można było podpiąć pod program Dnia Polsko-Węgierskiej Przyjaźni.
Z drugiej jednak strony, spotkanie odbywa się w czasie kampanii wyborczej na Węgrzech. Tak też spotkanie odebrał zarówno Orban, jak i jego przeciwnicy. Trudno się dziwić ich interpretacji, bo w świecie dyplomacji takie wizyty odczytuje się właśnie w taki sposób.
Wiele na to wskazuje, że prezydent czuł presję, żeby do Budapesztu pojechać i zaspokoić oczekiwania polskiej i europejskiej prawicy, ale jednocześnie czuł, że należy to zrobić możliwie najdelikatniej, bo jest krytyczny wobec postawy Orbana wobec Rosji i wie, co by się stało, gdyby jasno go poparł w wyborach.
Jego wizyta i „minimalistyczne” podejście do Orbana było więc kompromisem między pokazaniem lojalności wobec międzynarodowej prawicy a nie niechęcią do silnego wsparcia przywódcy Fideszu.
Czy Nawrocki popełnił błąd? Popełnił. Co prawda zrobił wszystko, co mógł, aby koszty ograniczyć, ale jednak pojechał tam w złym momencie. Nie da się bowiem zjeść ciastka i mieć ciastko, choć prezydent próbował tego dokonać. Najlepszym wyjściem byłaby wcześniejsza wizyta, zanim zaczęła się kampania.
W tym kontekście niedawna rezygnacja Nawrockiego ze spotkania z Orbanem jako retorsja za jego rozmowy z Moskwie z Putinem okazała się faktycznie mało fortunna. Gdyby wówczas się spotkał, to jego wizyta nie miałoby powabu wsparcia w kampanii, a jednocześnie absencja w Budapeszcie w czasie wyborów byłaby bardziej zrozumiała przez prawicę.
Czy w interesie Polski jest wybór Orbana?
Abstrahując od generalnej konstatacji, że polskie władze co do zasady nie powinny się angażować w kampanie wyborcze w innych krajach – wszak relacje należy mieć z państwami, nie z partiami – warto postawić pytanie, czy w interesie Polski jest reelekcja Viktora Orbana.
Oczywiste jest to, że niekorzystna dla naszego kraju pozostaje kontynuacja dotychczasowej węgierskiej polityki wobec Rosji i wojny na Ukrainie. To przyznają obie strony politycznego sporu w Polsce (może poza częścią elektoratu Brauna), chociaż strona rządowa chętniej. Czy jednak dałoby się te fundamentalne ryzyka zrekompensować innymi korzyściami, np. na gruncie polityki europejskiej?
Trudność w odpowiedzi na to pytanie wynika z tego, że jest ona funkcją stosunku do integracji europejskiej. Obóz rządowy ma jasną i zdecydowana odpowiedź: Orban nie jest w interesie Polski.
Kluczowym używanym argumentem jest oczywiście jest podejście do Rosji i wojny na Ukrainie, ale – co należy podkreślić – nie jest to jedyny powód. Są jeszcze dwa inne, powiązane ze sobą, które rzadziej eksponuje się w debacie publicznej.
Pierwszy z nich to fakt, że Orban jest na wojnie z unijnym establishmentem, którego częścią jest Tusk i jego zaplecze. Naturalnie ten aspekt krytyki Orbana jest słabiej eksponowany przez polskiego premiera, bo ten jest świadomy, że ta linia sporu nie jest dla niego najwygodniejsza w sytuacji rosnącego nad Wisłą eurosceptycyzmu.
Po drugie, Orban blisko współpracował z PiS-em, ograniczając jego izolację w UE. Oczywiście i ten czynnik nie jest wystarczająco „szlachetny”, aby się tym chwalić, ponieważ zdradzałby, że krytyka Orbana ze strony Tuska wynika nie tylko z interesu Polski, ale z kalkulacji partyjnej.
Bardziej skomplikowana jest odpowiedź prawicy. Owszem, Rosja jest autentycznym problemem z relacjach z Orbanem, ale PiS i Konfederacja uważają, że nie powinno to przekreślać rozmów na inne tematy.
Sojusz rządu Zjednoczonej Prawicy z rządem Fideszu przez lata był bardzo owocny, bo zasadzał się na wspólnocie interesów w Unii – sprzeciwie wobec centralizacji władzy, lewicowo-liberalnego przechyłu czy polityk migracyjnej i klimatycznej.
Bez Orbana, mówi półgębkiem prawica, trudniej będzie realizować agendę europejską, którą proponuje PiS. Oczywiście ten stan rzeczy tylko pogłębia niechęć do węgierskiego premiera na polskiej antyprawicy.
Teoretycznie politykę dwutorowości, jaką de facto proponuje prawica, da się bronić. Odcinanie się od prorosyjskośći Orbana, a nawet ciągła presja na jej łagodzenie, i jednoczesna współpraca w UE da się logicznie i politycznie pogodzić.
Warto jednak dodać, że dla wielu wyborców, także prawicy, jest to niezrozumiałe, bo w polskiej kulturze politycznej dominuje dychotomiczne spojrzenie – albo ktoś jest sojusznikiem albo przeciwnikiem. Tertio non datur.
Czy faktycznie Orban jest zasobem prawicy w realizacji jej agendy w UE?
To podejście abstrahuje jednak od ważnego kontekstu. Czy Orban faktycznie jest zasobem, które przybliży polską prawicę do realizacji swojej agendy w UE?
Cała kalkulacja prawicy opiera się na analizie zbieżności ideologicznej. Tymczasem zupełnie abstrahuje się od kluczowego czynnika, czyli realnego wpływu.
Fundamentalna prawda o Unii Europejskiej jest następująca: jakiekolwiek zmiany w tej organizacji są możliwe jedynie w dialogu z mainstreamem, a nie przy ostrz]eej konfrontacji z nim. Nie da się wpływać na UE, będąc w totalnej opozycji wobec tych, którzy tam maja największy wpływ na podejmowanie decyzji.
To zaś od lat proponuje Orban. Jego głównym celem nie jest wywalczenie w Unii czegokolwiek (przynajmniej dla Węgier, co innego dla Rosji), ale obsługa krajowych emocji. Prowadzi to do braku skuteczności, czego przejawem jest zamrożenie środków unijnych dla Węgier.
Dlatego sojusz z Orbanem daje tylko pozory większej siły w UE. W rzeczywistości relacje z outsiderem nie stanowią istotnej wartości dodanej.
Jeśli polska prawica chce rzeczywiście wpłynąć na Unię, a nie tylko zademonstrować niezgodę na jej kurs, to zdecydowanie lepsza jest droga Giorgii Meloni. Premier Włoch jest w UE dużo bardziej skuteczna, ponieważ uwzględnia reguły gry i chce przesunąć mainstream, aby uwzględniał prawicowe pozycje.
Meloni udowodniła, że da się do niego dotrzeć, nie rezygnując z konserwatywnej agendy. Nie powinno to dziwić, bo dziś w mainsteamie europejskim jest świadomość konieczności otwarcia na prawo.
Nie jest to oczywiście rezultat miłości, a pragmatyzmu – obawy przed utratą wyborców na rzecz skrajniejszej prawicy. Akceptacja Meloni czy prawicowy skręt niemieckiej CDU są dowodem tego, że pojawiło się polityczne okno możliwości, które PiS powinien wykorzystać.
Kluczowe pytanie – co jest celem polskiej prawicy w UE?
Powyższa uwaga ma oczywiście moc dla tych ludzi na prawicy, którzy uznają znaczenie skuteczności w polityce, szczególnie w UE. Niestety od jakiegoś czasu widać, że polska prawica znajduje się na pozycjach „mentalnego” polexitu.
Jest to stan, w którym co prawda w UE się formalnie zostaje, ale na zasadzie Orbana – totalnej kontestacji i porzucając walkę o wpływ na decyzje, wierząc jednocześnie że przyjdzie on dopiero po fundamentalnej zmianie elity politycznej w poszczególnych państwach UE.
Ten kierunek skazuje jednak na sojusz politycznych przegrywów, a nie sojusz wpływu. Dlatego warto apelować do tych, którzy do takiej polityki na prawicy nie są przekonani i czują podskórnie, że rodzi ona duże koszty, a przynosi ograniczone zyski.
Nie znaczy to, że z Orbanem nie powinno się punktowo rozmawiać czy nawet współpracować. Czym innym jest jednak pragmatyczna współpraca, a czym innym strategiczny sojuszu. Ważne jednak, aby polska prawica uwierzyła w swoją siłę i zechciała pokazać, że ma inną strategię polityczną wobec Brukseli niż Orban. Meloni pokazuje, że Polska nie będzie sama.
Czy są jeszcze inne powody utrzymywania dystansu wobec Orbana?
Jest jeszcze inny, „taktyczny” powód, dla którego w interesie polskiej prawicy jest trzymanie pewnego dystansu wobec Orbana. Zbliżenie z nim, jakkolwiek z zastrzeżeniami o różnicach, powoduje że prawica traci wiarygodność własnej narracji o tym, że prowadzi i prowadziła jako pierwsza politykę hamowania rosyjskiego imperializmu.
Politycy PiS-u od lat przypominają słowa Lecha Kaczyńskiego z Tbilisi o tym, że rosyjski imperializm jest groźny i jeśli się go nie zatrzyma, to ulegnie rozszerzeniu, zagrażając kolejnym państwom. Jednocześnie bije się Tuska po głowie „resetem”, co ma ostatecznie udowadniać, kto jest wiarygodny w diagnozie rosyjskiego zagrożenia.
Od pełnoskalowej wojny na Ukrainie prawica faktycznie zyskała wizerunkowo jako formacja mająca zdolność dobrego rozpoznania zagrożeń od wschodu. Od jakiegoś czasu traci jednak to miano. Bliskie relacje z Orbanem ten wizerunkowy zasób dodatkowo marnotrawi.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

