Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Ten ekonomista przewidział problemy III RP. Potrzeba nam państwa rozwojowego o polskiej specyfice

Ten ekonomista przewidział problemy III RP. Potrzeba nam państwa rozwojowego o polskiej specyfice Aleksander Kobzdej, "Podaj cegłę", 1950, źródło: Wikimedia Commons

Już dwieście lat temu Friedrich List ostrzegał: otworzysz się na wolny handel zbyt wcześnie, to zostaniesz montownią cudzych marek. Polska po 1989 roku poszła dokładnie tą drogą, przez co brakuje nam dziś własnych globalnych czempionów, a o suwerenności gospodarczej nie może być mowy. Na zmianę nie jest jednak za późno; musimy wypracować nowy, polski model rozwoju.

Niniejszy tekst jest skróconą wersją wstępu Krzysztofa Mazura do książki „Narodowy System Ekonomii Politycznej. Jak powstają potęgi gospodarcze” Friedricha Lista, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Prześwity.

Friedrich List – nacjonalista czy liberał?

Zdaję sobie sprawę, że potrzeba kategoryzowania i porządkowania rzeczywistości poprzez etykiety jest w nas tak silna, że natychmiast chcemy wrzucić Lista do jakiejś szufladki. Kim więc był? Skoro tak bardzo potrzebujemy etykiet, zmierzmy się z tym problemem uczciwie.

Nazywanie Lista nacjonalistą gospodarczym jest błędem, choć tytuł jego dzieła i podkreślanie centralnej roli narodu w polityce rozwoju mogą do tego skojarzenia skłaniać. Trzeba jednak stanowczo zaznaczyć: autor tej książki nie był zwolennikiem autarkii. Przeciwnie – uważał wolny handel za ideał, do którego narody powinny dążyć, bo w dłuższej perspektywie sprzyja on wzrostowi gospodarczemu.

Zwracał jednak uwagę na coś, co widział w historii wszystkich wielkich potęg: uczciwa konkurencja na rynku międzynarodowym jest możliwa wyłącznie wtedy, gdy rywalizują ze sobą kraje o zbliżonym poziomie rozwoju. Dlatego bronił ceł ochronnych, roli państwa i potrzeby chronienia raczkujących gałęzi przemysłu; nie po to, by zamknąć gospodarkę na stałe, lecz po to, by stworzyć warunki do późniejszego otwarcia.

Jego ideałem nie był nacjonalizm gospodarczy, lecz wolny handel pomiędzy równymi. List nie był nacjonalistą gospodarczym, który postrzega gospodarkę jako grę o sumie zerowej.

Zresztą sympatie Lista do liberalizmu mają znacznie głębsze podstawy. W młodości to właśnie z wolnościowych pozycji krytykował władze Wirtembergii za konserwatyzm i obronę społecznego status quo. Czytając jego opus magnum, można dojść do wniosku, że na najgłębszym poziomie – uznania fundamentalnej roli wolności – List do końca pozostał liberałem. Przedsiębiorczość wolnych ludzi jest dla niego głównym motorem rozwoju gospodarczego.

„Manufaktury i fabryki – zauważa List – są matkami i dziećmi wolności obywatelskiej, oświecenia, sztuki, nauki, handlu wewnętrznego i zagranicznego, żeglugi i usprawnień transportowych, cywilizacji i władzy politycznej”. Zgodziłby się więc z centralną ideą Ludwiga von Misesa, że głównym źródłem wzrostu jest geniusz indywidualnego ludzkiego działania. Państwo nie ma go tłumić ani zastępować, ale jedynie tworzyć warunki, by energia jednostek przekładała się na zamożność nie tylko ich samych, lecz całej wspólnoty.

Interwencjonizm dobry, ale w umiarkowanych ilościach

Jeśli dalej szukać etykiet, to Listowi bliżej do merkantylizmu niż do nacjonalizmu. Merkantylizm był doktryną dominującą w Europie przed rewolucją przemysłową. List cenił ją za dostrzeżenie roli eksportu, znaczenia państwa dla rozwoju gospodarczego oraz fundamentalnej wagi floty handlowej. Jednocześnie krytykował ją za nadmierne skupienie na gromadzeniu bogactwa materialnego, zwłaszcza kruszców, zamiast na budowie sił wytwórczych.

Pewnie można nazwać go po prostu instytucjonalistą. To techniczny termin oznaczający przekonanie, że kluczem do rozwoju są instytucje publiczne. Ludzie mogą być pracowici, inteligentni i pomysłowi, ale to nie wystarczy, by wydobyć cały ich potencjał. Ich rozwój muszą wspierać silne i sprawiedliwe instytucje publiczne, zarówno społeczne, jak i samorządowe, zawodowe czy państwowe.

Dlatego nie należy instytucjonalizmu Lista zawężać do kwestii protekcjonizmu i ceł ochronnych. Przeciwnie, autor tej książki nie zgadzał się z podejściem, jakoby cła były lekarstwem na całe zło i należało je stosować zawsze i wszędzie. To nie młotek, tylko skalpel – narzędzie tymczasowe, które powinno być precyzyjnie ukierunkowane.

Utrzymywanie ceł zbyt długo mogłoby prowadzić do stagnacji, bo państwo – chroniąc zbyt mocno krajowe firmy, tworząc dla nich zbyt wygodne warunki cieplarniane – odbierałoby im bodźce do nieustannej pracy nad produktywnością. Dużo ważniejsze od ceł jest to, co dzieje się wewnątrz gospodarki.

Zaryzykuję stwierdzenie, że Listowi bliska byłaby tym samym trafna uwaga Pawła Borysa, wieloletniego prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, którą podzielił się podczas jednego z wywiadów: „Interwencjonizm jest jak lekarstwo: właściwie dawkowany leczy, w zbyt dużych dawkach wywołuje skutki uboczne”. Ta maksyma dobrze oddaje intuicje ekonomisty z Pensylwanii.

Państwo rozwojowe trzecią drogą

Jeszcze jedna tradycja może chcieć upomnieć się o tego myśliciela. Chodzi oczywiście o teorię zależności, rozwijającą paradygmat neokolonialny w analizie globalnej gospodarki kapitalistycznej. Jeden z jej twórców, Immanuel Wallerstein podzielił świat – zgodnie z międzynarodowym podziałem pracy i różnicami w marżach – na państwa rdzenia, półperyferyjne i peryferyjne.

W tym ujęciu można czytać Lista jako autora dekonstruującego tę grę i oferującego przepis na to, jak państwa peryferyjne mogą wyrwać się ze strukturalnej zależności. Jego słynne „odrzucenie drabiny” staje się w tym kontekście ostrzeżeniem, by nie przyjmować zbyt szybko zasad wolnego handlu narzucanych we współczesnym świecie przez Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Najpierw trzeba rozwinąć własne moce produkcyjne. Tylko w ten sposób kraje peryferyjne mogą awansować z produkcji prostych, nieprzetworzonych, niskomarżowych dóbr do rdzenia gospodarki kapitalistycznej, gdzie kumulują się najwyższe marże i największa siła technologiczna. Patrząc na ścieżki rozwojowe Niemiec, Japonii, Korei Południowej, Tajwanu czy wreszcie Chin – rzeczywiście tak to się właśnie odbyło.

I tutaj jednak List nie do końca pasuje – nie nadaje się w pełni na intelektualnego patrona globalnego Południa. Wynika to z faktu, że jego spojrzenie było głęboko zachodniocentryczne. Uważał, że do państw rdzenia mogą awansować jedynie nieliczni: narody o dostatecznej spójności społecznej, wysokiej kulturze, silnych instytucjach i podmiotowości politycznej. Ten swoisty ekskluzywizm łączył także z geografią.

Bogata Północ miała być tym samym liderem rewolucji przemysłowej – biedne Południe miało skupić się na rolnictwie. Gdy dodamy do tego zgodę autora na ekonomiczny i polityczny imperializm, czyli przekonanie, że państwa rdzenia mają prawo czerpać przewagę ze swych mocy produkcyjnych kosztem państw peryferyjnych, to staje się jasne, dlaczego List może być towarzyszem drogi, ale nie intelektualnym patronem narodów globalnego Południa.

Z tych wszystkich powodów najbliżej mi do tezy, że List był po prostu zwolennikiem państwa rozwojowego. Choć termin ten upowszechnił się dopiero w kontekście skoku rozwojowego państw Azji Południowo-Wschodniej, to dobrze pasuje także do przykładu młodych Stanów Zjednoczonych czy XIX-wiecznych Niemiec.

Państwo rozwojowe nie patrzy na gospodarkę wycinkowo ani dogmatycznie. Patrzy horyzontalnie: widzi nie tylko rynek i przedsiębiorców, lecz również instytucje, kulturę, edukację, infrastrukturę, kapitał społeczny i długie trwanie historyczne. Wychodzi z założenia, że wzrost gospodarczy nie jest produktem samego rynku, ale rezultatem zbiorowego wysiłku całej wspólnoty, której siła wytwórcza wymaga świadomego wsparcia.

W tym sensie państwo rozwojowe jest przeciwieństwem dogmatyzmu ekonomicznego. Nie wierzy, że rynek sam rozwiąże problemy strukturalne, ani że wolny handel automatycznie przyniesie rozwój krajom słabszym. Traktuje gospodarkę jako projekt polityczny i cywilizacyjny, a nie jako samoczynny mechanizm. Dlatego łączy wolność jednostki z mądrą interwencją państwa, dążenie do produktywności z troską o instytucje, a konkurencję rynkową z inwestycją w długofalowe siły wytwórcze.

Państwo rozwojowe nie zarządza gospodarką centralnie, ale też nie abdykuje. Cła są elementem tego systemu, ale nie elementem najważniejszym, bo dużo ważniejsze jest to, co dzieje się wewnątrz gospodarki. Rolą państwa rozwojowego nie jest odgrodzenie się od świata chińskim murem, ale umiejętne mobilizowanie zasobów, czyli tworzenie warunków, w których talenty jednostek, energia przedsiębiorców i kapitał społeczny mogą zmienić się w trwałą przewagę ekonomiczną. To państwo, które myśli strategicznie, widzi całościowo i działa długoterminowo.

List był bez wątpienia jednym z najważniejszych w dziejach teoretyków państwa rozwojowego.

Książka Lista to polemika z III RP?

Na koniec musimy zmierzyć się z pytaniem, które pewnie wielu czytelników ma teraz w głowie: co to właściwie oznacza dla Polski? Jak czytać tę książkę w aktualnych realiach? Odpowiedź będzie oczywiście dość złożona.

Można czytać tę książkę tak, jak przegląda się w lustrze, choć widok nie jest najpiękniejszy.

Niektóre myśli Lista brzmią dziś jak cytaty wyjęte wprost z serialu 1670. Zwłaszcza ten, który zrobił furorę w mediach społecznościowych: o Polacco stupido wydających majątek na importowane luksusy, zamiast inwestować we własne. Autor tej książki prawie dwieście lat przed scenarzystami Netflixa sformułował dokładnie tę samą diagnozę.

Pisał: „Polska byłaby szczęśliwsza, gdyby całkowicie zrezygnowała z handlu zagranicznego” i najpierw „rozwinęła własną siłę wytwórczą”. Tylko dzięki „wolnym miastom obfitującym w ludność i przemysł” mogła osiągnąć silne instytucje, bogactwo, polityczną podmiotowość i odporność na presję sąsiadów.

Można również czytać tę książkę jako przypomnienie o niewykorzystanych szansach z naszej przeszłości. „Gdyby nie słupek, gdyby nie poprzeczka”… Bo Polska także miała swojego Alexandra Hamiltona, choć dziś mało kto o tym pamięta. W tym samym czasie, gdy tworzono system amerykański, a w Niemczech nikt jeszcze nie słyszał o ideach opisanych w tej książce, w Polsce działał nasz rodzimy neomerkantylista.

Był nim Ksawery Drucki-Lubecki, minister skarbu Królestwa Polskiego w latach 1821–1830. Obejmując urząd, zastał kraj o strukturze gospodarczej typowej dla peryferii: rolniczy, uzależniony od eksportu zboża, podatny na wahania cen i kaprysy europejskich rynków.

Drucki-Lubecki uważał, że polityczna podmiotowość wymaga gospodarczego uniezależnienia, a to nie jest możliwe bez budowy nowoczesnego przemysłu, silnych instytucji finansowych i aktywnej roli państwa. „Niepodległość polityczna musi być uzupełniona niepodległością ekonomiczną” – pisał. Hamilton, gdyby się spotkali, z pewnością przybiłby mu piątkę.

Wreszcie można czytać tę książkę także jako polemikę z III Rzeczpospolitą. List, jako myśliciel otwarty na fakty, z pewnością doceniłby ogromny skok cywilizacyjny, jaki polskie społeczeństwo wykonało w ciągu ostatnich trzech dekad.

Gdyby jednak przyjrzał się bliżej polskiemu modelowi gospodarczemu, z pewnością doszedłby do wniosku, że obraliśmy zupełnie inną ścieżkę niż młode Stany Zjednoczone czy Japonia ery Meiji. Tamte państwa stawiały na rozwój niezależny, kierowany ambicją awansu do rdzenia światowego systemu gospodarczego. My nie mieliśmy takiej ambicji, determinacji i potencjału.

Dlatego Polska po 1989 roku wybrała rozwój w modelu zależnym. Bardzo szybko otworzyliśmy się na zagraniczny kapitał. „Najlepsza polityka przemysłowa to brak polityki przemysłowej” – słynne słowa ministra przekształceń własnościowych z lat 90. XX wieku niezwykle trafnie oddają ducha tamtej epoki.

Szokowa liberalizacja, szybkie otwarcie handlowe i masowa prywatyzacja doprowadziły do drugiej największej deindustrializacji w powojennej historii Zachodu (szybciej przemysł zwijał się jedynie w Wielkiej Brytanii za czasów Margaret Thatcher). A potem staliśmy się prymusami modelu opartego na bezpośrednich inwestycjach zagranicznych.

W rezultacie zbudowaliśmy gospodarkę zależną, bazującą na obcym know-how i włączeniu w globalne łańcuchy wartości, które wyznaczają nam miejsce nie w rdzeniu, lecz w grupie państw półperyferyjnych. W pewnym sensie zrobiliśmy dokładnie to, przed czym List przestrzegał: weszliśmy do globalnej konkurencji, zanim daliśmy sobie czas na wzmocnienie własnego przemysłu.

Skutki tego widzimy do dziś. Choć odnotowaliśmy gigantyczny wzrost jakości życia, a PKB przez trzy dekady rosło niemal nieprzerwanie, wciąż nie mamy własnych prywatnych globalnych marek. Choć polski eksport wygląda imponująco w liczbach bezwzględnych, to w dużej mierze napędzają go fabryki zagranicznych koncernów, ulokowane w Polsce ze względu na tanią i dobrze wykwalifikowaną siłę roboczą oraz dostęp do rynku unijnego.

Struktura własności największych polskich firm mówi sama za siebie: dominują w niej spółki Skarbu Państwa, spółki zagraniczne lub przedsiębiorstwa, które przeszły w latach 90. ubiegłego wieku prywatyzację, często na rzecz kapitału zewnętrznego. W sektorze zaawansowanych technologii czy dóbr konsumpcyjnych z wyższej półki nadal praktycznie nie istnieją polskie odpowiedniki Samsunga, Toyoty czy TSMC.

Krótko mówiąc, skok cywilizacyjny udało nam się osiągnąć głównie dzięki wpięciu się w globalne łańcuchy wartości, a nie dzięki budowie własnej siły wytwórczej. Nie mamy „polskiego Hyundaia” – firmy przemysłowej zdolnej projektować i sprzedawać globalnie wysokomarżowe produkty.

***

Czy to oznacza, że na lekturę Lista jest dziś po prostu za późno? Wierzę, że nie, choć wolałbym, aby został przetłumaczony na język polski i uważnie przeczytany, przemyślany oraz przedyskutowany przez nasze elity, zanim weszliśmy w transformację lat 90. Czasu jednak nie cofniemy. Możemy natomiast wziąć idee Lista na nowo i zastosować je do wyzwań współczesnej Polski.

Jak zbudować silną armię na podstawie rodzimego przemysłu obronnego? Jak osiągnąć suwerenność technologiczną w świecie zdominowanym przez Big Tech? Jak sprawić, by Polska miała własnych globalnych czempionów, a nie była tylko rynkiem zbytu dla cudzych produktów?

List nie daje na te pytania gotowych odpowiedzi. Daje jednak coś ważniejszego: sposób myślenia. Strategiczne, długofalowe podejście do rozwoju. Zrozumienie, że wolny rynek nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które działa dobrze tylko wtedy, gdy jest osadzone w mocnych instytucjach, świadomej państwowości i spójnym projekcie gospodarczym.

Tak rozumiany List nie jest anachronizmem. Jest patronem tych, którzy chcą budować polską podmiotowość: nie na życzeniach, lecz na faktach, instytucjach i sile wytwórczej. Choć realia XXI wieku różnią się od realiów XIX stulecia, to państwa narodowe nie zniknęły i ciągle odgrywają kluczową rolę w polityce rozwoju.

Potrzebujemy wypracować nowy model rozwoju. Potrzebujemy państwa rozwojowego o polskiej specyfice.