„Ojczyzny moje zabudował deweloper”. O twórczości Pawła Sołtysa
Jeśli przyjrzeć się bliżej muzycznej i prozatorskiej twórczości Pawła Sołtysa, okazuje się, że składa się z tego, co miejskiemu ciału najbliższe – z bloków i osiedlowych warzywniaków, wypalonych papierosów oraz piw wypitych w swojskich knajpach, ze wspomnień z czasów młodości i historii rodzinnych. Dzięki nostalgii i melancholii Sołtys odkrywa skromne i głębokie zarazem sensy codzienności.
„Jestem głupcem uwięzionym w dziś” stwierdza w pewnym momencie narrator Sierpnia, jednej z powieści Pawła Sołtysa. Dość oczywistym wydaje się stwierdzenie, że chcąc nie chcąc zanurzeni jesteśmy w teraźniejszości i tym, co nas otacza.
Jeśli przyjrzeć się bliżej twórczości pisarza, okazuje się, że składa się z tego, co miejskiemu ciału najbliższe – z bloków i osiedlowych warzywniaków, wypalonych papierosów oraz piw wypitych w swojskich knajpach, ze wspomnień z czasów młodości i historii rodzinnych.
Przestrzenie tekstów zamieszkują ludzie napotkani na ulicy, w knajpach i kawiarniach; mieszkańcy osiedli, znani z widzenia bądź ze słyszenia. Śpiewając pod szyldem Pablopavo, Sołtys często opisuje w piosenkach życia przeciętnych warszawiaków, w każdym z nich znajdując coś, co warte jest opowiedzenia.
„Codzienność jest nieuchronna jak pogoda” – zauważa w Antropologii codzienności Roch Sulima i słusznie zwraca uwagę, że każdy z nas jest antropologiem codzienności, lecz nie każdy sporządza z niej raporty.
Czym zajmuje się taki, niekoniecznie świadomy swojej pozycji, badacz? Czyni drobne podboje terenowe i przedstawia małe opowieści o tym, do czego mu najbliżej – o domu, sąsiadach, osiedlu, dzielnicy – w ten sposób poznając świat.
Jest spacerowiczem, który analizuje rzeczywistość za pośrednictwem kroków. Bohaterowie i narratorzy w powieściach i opowiadaniach Sołtysa żyją i poruszają się w przestrzeni warszawskich ulic i osiedli, często również odbywając podróże w głąb czasu i pamięci.
W swojej twórczości Sołtys nie potrzebuje sięgać do podniosłych tematów i wielkich wydarzeń historycznych, zbiera raczej mikrohistorie, skrawki z codzienności – podsłuchane rozmowy, podpatrzonych ludzi, warszawską feerię wrażeń. Rejestruje w ten sposób żywą i wciąż zmieniającą się tkankę miasta, spisując raporty z codzienności, podobne donosom z rzeczywistości Mirona Białoszewskiego i zanurzone w tradycji flaneryzmu.
Warszawska lokalność
Wszystko zaczyna się już w Intrze do Telehonu, pierwszego albumu wydanego pod szyldem Pablopavo i Ludziki: „Pablo – przyjemność tu ma/Pokazać Ci miasto szalone Warszawa/Z jego kolorami co wyłażą spod tynków/Wiesz, obserwacja ludzi, głupia słabość do budynków”.
Tę zapowiedź można śmiało rozciągnąć na całą twórczości pisarza, w której uwidacznia się wrażliwość flanera (wystarczy zresztą spojrzeć na znaczące tytuły piosenek: Nomada, Iście, iście, Idę przez mgłę czy Liczone kroki). I której jednym z najważniejszych bohaterów jest Warszawa, bowiem to właśnie przestrzeń miejska jest przestrzenią codzienności.
Stolica Polski nie jest jednak sportretowana jako centrum wszechświata, a raczej jako kosmos lokalności, miasto pełne zadziwiających i zaskakujących enklaw – jak choćby cmentarzysko tramwajów na Utracie, na które kiedyś udał się narrator Sierpnia. Gdy przychodzi wiosna można zabrać dziewczynę do Skaryszaka albo na koniec Okęcia (piosenka Koty).
Miejsca wiążą się także z ludźmi – na przystankach Mokotowa przystaje żebrzący Krzysiek (piosenka Krzysiek), w Monoloku fryzjer opowiada o cyganie Masiu przesiadującym nad grochowskimi kałużami czy listonoszu Andrzejczaku, jeżdżącym rowerem po ulicach Grochowa. Z kolei Warszawa Wschodnia to tragiczna opowieść o miłości Janka pracującego w kiosku niedaleko stacji.
W piosence Królowa Stegien historia zachwytu dziewczyną z podstawówki zaczerpnięta jest ze wspomnienia chwili, na którą składa się konkretny moment i miejsce: „Sadyba oddycha jeziorkiem czerniakowskim/Chłopaki przed skokiem się prężą na moście/Przyszliśmy z próby, z garaży na Siekierkach”.
Każde miejsce ma swoją historię, skojarzenia, do którego uciekają myśli – w opowiadaniu Deszcz ze zbioru Mikrotyki akcja rozpina się od opuszczonego domu na końcu Stegien przez ulicę Sardyńską, na której narrator myśli o śpiących mieszkańcach bloków; przez Bonifacego, przy której ktoś podpalił sklep całonocny, by na końcu siąść na ławce przy Maltańskiej, ostatnim przystanku przed powrotem do mieszkania. Wielkie miasto składa się z rozlicznych lokalności, zawsze konkretnych i wypełnionych ludźmi bądź wspomnieniami.
Moje Litwy, ojczyzny moje zabudował deweloper
Ze wspomnień miejsc i opowiadanych historii wyłania się obraz małej, lokalnej ojczyzny. Wrażliwość bohaterów i narratorów Sołtysa jest naznaczona konserwatywną zachowawczością.
Wyraźnie widać w tym więź, jaką jednostka wiąże się z lokalną społecznością i rzeczywistością. Roger Scruton zwracał uwagę, że właśnie w tym wzajemnym oddziaływaniu i splątaniu zamieszkuje wola życia, będąca istotą konserwatyzmu. Jednostki dają życie instytucjom, a instytucje jednostkom.
Dobrze widać to w Monoloku, w którym zakład fryzjerski staje się miejscem spotkań mieszkańców Grochowa – pana Piotrusia, robotnika oraz pana Andrzeja, prozaika. Bohaterowie podczas strzyżenia opowiadają historie, a fryzjerzy pełnią rolę jurorów.
Różnych ludzi łączy wspólne miejsce – blok mieszkalny albo stadion Legii, gdzie spotykają się aktorzy, profesorowie, ślusarze i złodzieje. Z tego związania z miejscem i ludźmi rodzi się „ojkofilia”, umiłowanie i współodczuwanie domu, to, co pozwala mówić o mieście, dzielnicy czy osiedlu „moje”.
Wspomnienia miejsc i historie z nimi związane wydają się zatrzymane w czasie. Jednak miasto jest poddane żywiołowi zmian, będących stałym elementem doświadczenia nowoczesności. Przekształceniom zostają poddane formy życia indywidualnego i społecznego, ale także cywilizacyjne pejzaże i środowisko.
Zderzenie z tak doświadczaną późną nowoczesnością widoczne jest w wielu miejscach twórczości Pawła Sołtysa i narusza poczucie zadomowienia w rzeczywistości, jak w piosence Jak człowiek ze snu, w której słyszymy skargę śpiewającego: „Jestem za stary na to miasto/Albo ono jest na mnie za młode/Znowu zburzono czterdzieści kamienic/By miasto odmłodzić, by nie było moje”.
Dobrze widać to także w opowiadaniu Pojedynczy mężczyzna ze zbioru Mikrotyki, w którym narrator podchodzi do zmian z wyraźną odrazą i smutkiem: „Te ulice są zepsute, powinny wyglądać inaczej. Są zepsute nowymi budynkami, szkłem i bladoniebieskimi fasadami, wzrok się po tym ślizga.
Są zepsute wolnymi przestrzeniami, gdzie nie ma tego, co było jeszcze dziesięć lat temu, wyburzenia, remonty, nowa jakość, nowe kolory i nowi mieszkańcy, prawie nigdzie czerwonej cegły i szarych chropowatych tynków. Te ulice są zepsute, bo pamięć zna je za dobrze i co chwila czuję, jakby ktoś uderzał mnie w splot słoneczny, a z kieszeni wyciągał mi klucze i jakąś najważniejszą pamiątkę (…)”.
Zmiana w przestrzeni miejskiej uderza bezpośrednio w doświadczający jej podmiot, obdziera go z czegoś bardzo osobistego. Puste miejsca szybko zarastają: zastępują je zamknięte osiedla, sklepy wyzute z indywidualnego charakteru.
„Moje Litwy, ojczyzny moje/Zabudował deweloper/Nic nie zostało, tyle co w głowie/Tyle moje, tyle mojego/Tam gdzie ognisko, dziś osiedle/Nie dla każdego/Aldi, Biedronka, Żabka/Carrefour, Tesco, Rossmann” śpiewa Pablopavo w piosence Prowadzimy czynności.
To, co było najbliższe sercu, ciału – wspomnienia, prywatne ojczyzny – zostaje wymazane z rzeczywistości zewnętrznej i pozostaje jedynie w pamięci. Podobnie narzeka barman z nieistniejącego już baru „Mambo” w Monoloku.
Na jego oczach dzielnica zarasta blokami, Żabkami, Biedronkami i budkami z kebabami. Pozostaje złość i frustracja, kończąca ostatnie opowiadanie z Mikrotyków: „Tam, gdzie była fabryka, jest nowy apartamentowiec z Żabką na parterze, nie mam dość śliny w ustach, by splunąć”.
Mgła nowoczesności
Utrata indywidualnego charakteru przestrzeni codzienności wpływa na zwiększające się poczucie niepewności i alienację jednostki. W piosence o znamiennym tytule Idę przez mgłę bohater przemierza miasto zagubiony, bez celu, świadom przygniatającego faktu, że idzie „bo więcej się nie da”. Traci nawet pewność swojego istnienia: „Idę przez mgłę przeklinam szeptem/szczypię się – sprawdzam czy jestem/czy rozmywam się”.
Nie sposób w tym miejscu nie sięgnąć do metafory „płynnej nowoczesności”, proponowanej przez Zygmunta Baumanna. Według polskiego socjologa takie pojęcie trafnie określa nową fazę w historii nowoczesności, w której następuje roztapianie więzów spajających zbiorowe projekty i działania.
W doświadczaniu świata i codzienności dominuje niepewność i poczucie osamotnienia. Ponadto, ze względów na brak narzuconych odgórnie grup odniesienia, cele indywidualne są nieokreślone, nieznane i narażone na częste i głębokie zmiany. Obowiązek kreowania wzorców, a także odpowiedzialność za ewentualną porażkę spoczywa na poszczególnych jednostkach.
Maszerujący przez mgłę czuje się samotny, a ze sobą ma tylko przeszłość – „ciche zgrzyty spraw i dat/pustych/znikłych”. Bohater nie jest jednak zupełnie pozbawiony ochrony: „Osłaniam głowę/słowami z tekturowej stali/(…)/osłaniam głowę/melodiami ściem i nut”.
Ta prowizoryczna konstrukcja ma zapewnić namiastkę bezpieczeństwa, niepewne schronienie. Z mgły wyłania się niewyraźny zarys bezpiecznej przystani, projektu, który może nas uratować.
Nostalgia i melancholia
Nostalgia w swoim źródłowym znaczeniu oznaczała tęsknotę za domem rodzinnym lub ojczyzną. Z czasem jednak w powszechnym użyciu słowo to oderwało się od pierwotnego znaczenia i zaczęło nazywać emocjonalne wspomnienie przeszłości.
Sądzę, że przy interpretacji tekstów Pawła Sołtysa uzasadnione będzie sięgnięcie do pierwotnego znaczenia. Wszakże częste powroty do lat 90. związane są właśnie ze świadomością przemiany tego, co kiedyś stanowiło „moją Litwę”, ojczyznę lat dziecięcych.
Inspirującą ramę dla odczytywania polskiego doświadczenia czasów transformacji proponuje w Duchologii polskiej Olga Drenda. Pisarka korzysta z pojęcia widmoontologii, zaczerpniętego z myśli Jacques’a Derridy, który pisał o teraźniejszości nawiedzanej przez historię. Według autorki, kluczem do tego pojęcia jest „pamięć niewyraźna, widmowa, zmutowana i zdeformowana przez nacisk nakładających się na nią warstw informacji”.
Zdaniem Drendy epoka duchologii jest widmowo płynna, ale umownie zaczyna się w latach 1986/1987, a kończy w roku 1993. Nie sposób nie odwołać się w tym miejscu do biografii samego Sołtysa, urodzonego w 1978 roku, dla którego jest to okres dzieciństwa i dorastania. Sam pisarz stwierdził zresztą w jednym z wywiadów, że jego miastem jest Warszawa z lat 90.
Nostalgia towarzyszy narratorowi Sierpnia, gdy spaceruje po mieście: „Trochę piechotą i trochę autobusami dotarłem potem do centrum i zszedłem do przejścia podziemnego, które trzydzieści lat temu wydawało mi się najważniejszym miejscem w mieście.
Tu było widać, jak kapitalizm podjada socjalistyczne fundamenty siecią sklepików, kantorów, punktami z grillowanymi kanapkami. Tu bezdomni mijali się z maklerami, chłopaki w dresach patrzyli po twarzach licealistów, szukając w nich popłatnego strachu, tu przy przejściu do metra grały niedobitki Orkiestry z Chmielnej, śpiewając piosenki w języku, który już ostatecznie wymierał (…)”.
Tu było, tu stało – już nie ma, skończyło się. Przechadzający żyje po części we współczesności, a po części w przeszłości – jego teraźniejszość nieustannie nawiedzana jest przez przeszłość.
W Balladzie pijaka z baru Astoria ze zbioru Mikrotyki narratora – podczas gry w squasha z kolegami – nawiedza widmo cioci Stefani, „jaką ją znałem w osiemdziesiątych i później, ale też taka, o jakiej mi opowiadano, jaką siebie sama opowiadała”.
Z kolei fryzjer z Monoloku bez ogródek przyznaje, iż postanowił, „(…) że moi zmarli żyją, tylko nie udaje nam się ostatnio spotkać. Chodzimy równoległymi ulicami, Niepodległości i Puławską, Czerniakowską i Sobieskiego, Kickiego i Siennicką. Tadek Nalepa jeździ w trasy, ale omija to miasto, a moja żona po prostu sobie kogoś znalazła. Normalne sprawy…”.
Bohaterowie żyją w rzeczywistości zamieszkanej przez widma przeszłości – bliskich i dalszych zmarłych, ale także wypełnionej nieistniejącymi budynkami i miejscami. Most pomiędzy nostalgią i melancholią przerzucić pomaga zdanie narratora z Monoloku:
„Kiedyś może nie było lepiej, bo kto to niby umie ocenić, ale inaczej było na pewno”. Pojawiają się w nim dwa słowa-klucze: „kiedyś”, słowo klucz nostalgii oraz „inaczej”, słowo klucz melancholii. Pierwszego nie trzeba zbyt obszernie tłumaczyć, warto jednak pochylić się nad owym „inaczej”.
To niesprecyzowane uczucie, że coś, lecz nie wiadomo co, się zmieniło. Nie sposób dowiedzieć się o co konkretnie chodzi, co można by było nazwać przedmiotem żałoby. Podobnie jest w piosence Indziej, w której podmiot woła do słuchacza: „Zostaw, no mówię zostaw/Mnie w tym miejscu,/Gdzie jestem nie na miejscu”.
Śpiewający ciągle nawołuje, by iść „gdziekolwiek indziej”, aż w końcu dochodzi do bolesnej konstatacji – „A potem jedziesz metrem mikrym/I wiesz, że nie ma przesiadek żadnych/A na powierzchni jest powierzchownie”.
W jakiekolwiek miejsce się nie uda, zawsze będzie chciał iść gdziekolwiek indziej, nie wiedząc, dokąd zmierza. Gdziekolwiek dotrze, dotrze donikąd (nie wspominam nawet, że sytuacja liryczna osadzona jest w listopadzie, miesiącu melancholików).
Melancholia to właśnie „nic, które boli”. Melancholik nigdy nie odnajduje swojej straty i z tego czyni modus vivendi, tymczasowy, lecz wciąż ten sam tryb smutnej na zawsze wieczności bez początków.
Czuje się pusty w środku i z tego powodu poszukuje zewnętrznej podpory. Wypełnia sam siebie cudzymi istnieniami, ich słowami, sformułowaniami i myślami; zajmuje się tym, co w danej chwili wypełnia jego pole widzenia – kolejną książką, starym zdjęciem, widokiem budynków albo przechodzących ludzi.
Powieść Sierpień wydaje się zanurzona właśnie w tym uczuciu melancholii (w tym miejscu aż prosi się o przytoczenie zdanie z Duchologii polskiej Drendy: „W duchologicznej Polsce panuje wieczny sierpień, bursztynowe światło popołudnia u schyłku lata”).
Rozpoczyna się od ucieczki w przestrzeń myśli – narrator wyobraża sobie nieistniejące państwo, Republikę Gołębią, przypominającą Targówek Fabryczny sprzed 30 lat. Ten gest powtórzony zostaje wielokrotnie – bohater odbywa podróż na dawno niewidziane ulice w pamięci, często wspomina rodzinę i swoje spacery po mieście.
Melancholia objawia się w Sierpniu obecnością licznych intertekstów, którym nieustannie oddaje się narrator, przytaczając ich fragmenty. Z lubością czepia się historii świętego Romana Melodosa i podąża za autorami opracowań naukowych.
Czasem zmyśla sobie czyjąś postać bądź historię – „Nie wiem, jak wyglądał, mógłbym to sprawdzić, porozmawiać z jego studentami, ale zamiast tego w myślach nadaję mu rysy, wzrost i spojrzenie, stwarzam go od nowa, ślęczącego nad jakimś szesnastowiecznym drukiem, poprawiającego okulary, włosy, łokcie na bibliotecznym stole (…)”.
Melancholia nie bez powodu prowadzi w stronę opowieści. Szuka się w końcu nie wiadomo czego wszędzie, we wszystkim – w czytanych tekstach, w napotykanych ludziach. Na skutek wewnętrznej pustki odczuwanej przez podmiot, interesujący staje się świat zewnętrzny, który zaczyna powoli wypełniać narratora. Okazuje się, że melancholia wydaje niezwykły owoc – pozwala odnajdować sens w samej czynności opowiadania cudzych żyć.
Drobinki życia
Bohaterami piosenek i opowiadań Sołtysa są przeważnie zwyczajni mieszkańcy Warszawy. Na próżno w twórczości pisarza szukać żywotów ludzi wielkich i zasłużonych dla miasta. Zamiast tego pojawiają się pojedyncze postaci, które jednak nie pozostają anonimowe. Pablopavo poświęca uwagę konkretnym osobom, które zawsze mają własne historie, problemy i zmartwienia.
Śpiewa o niepełnosprawnym Krzyśku, który codziennie stoi na przystankach Mokotowa, gada do siebie i karmi ptaki okruszkami. Jego obecność przyjmowana jest za coś oczywistego, aż do momentu, gdy „któregoś dnia nie przyszedł na przystanek/bez Krzyśka ledwo ledwo rozpoczął się ranek/i stało się nijak w dzień pusty i bezwonny/od tego dnia Mokotów jest bezbronny”.
Pozbawiony jednego człowieka świat traci swój kolor i zdaje się rozpadać. Nagle okazuje się, że Krzysiek był fundamentem istnienia całej dzielnicy, jasnym punktem na mapie dla wszystkich, którzy spotykali go dzień w dzień.
W piosenkach takich jak Agata, Adam, Ola, Aneta ucieka, Wika, Taksiarz czy Mikołaj uchwycone zostają migawki cudzych żyć. Każdej postaci poświęcona zostaje chwila uwagi – samotnym Oli i Adamowi, bezdomnemu Mikołajowi czy taksówkarzowi, który umarł nagle w wiosenny dzień.
Opowiadania i powieści Sołtysa wypełnione są setkami postaci, które mimo swej zwyczajności zdają się jakoś wyróżniać. Pisarz poświęca im kilka zdań, czasami kilka stron, czasem opowiadanie albo dwa. W Monoloku można spotkać niedowidzącego listonosza Andrzejczaka, Zbyszka Kreta, cygana Masia, panią Martę od pioruna, Jubcia zawsze ubranego na niebiesko, Grzegorza Diabła…
Wszyscy ci bohaterowie okazują się na swój sposób interesujący – zapisali się w pamięci narratora czy to na skutek jakiejś rozmowy albo zabawnego lub tragicznego wydarzenia. Konstytuują rzeczywistość codzienności, wypełniając ją swoją obecnością i sprawiając, że świat jest nieco mniej szary, a czasem nawet dając (często nieoczywisty) powód do zachwytu.
Na przykład jak wtedy, gdy Klara szła na balangę, a „ulice się za nią wyginały, żeby jeszcze spojrzeć, jak idzie”. Albo gdy listonosz Andrzejczak wjechał na rowerze w kapliczkę z Matką Boską i „w kwiatach sztucznych i różańcach, w stearynie ze świec, z kostką wykrzywioną pod anielskim kątem wyglądał jak święty Roman, krwawił lekko jak ze stygmatów (…) i powtarzał tylko: Matko Boska, Matko Boska. Nie wiadomo, czy dlatego, że leżąc widział strzaskaną błękitno-białą figurę, czy go tak bolało”.
To właśnie ze skrawków, drobinek życia wyłania się coś większego, zupełnie jakby odsłaniana była jakaś przedwieczna tajemnica. Nie byłoby to jednak możliwe, gdyby nie język, gdyby nie opowieść, wydobywająca z codziennych zdarzeń niezwykły sens.
Zanurzyć się w opowieści(ach)
Monolok rozpoczyna się od znamiennego zdania: „To wszystko są takie rzeczy, panie, co się w nie nie wierzy. Jakby ktoś książkę w życie przepisał. I to z błędami”. Życie i książki zdają się ze sobą nierozerwalnie związane, do tego stopnia, że jedno miesza się z drugim. W ten sposób Paweł Sołtys podejmuje temat obecny w literaturze od wieków, choćby w Przemyślnym szlachcicu Don Kichote z La Manczy Cervantesa i Pani Bovary Flauberta.
Wracając do wspomnianego już Intra do Telehonu, możemy dostrzec, że ten motyw obecny jest również w twórczości muzycznej Pablopavo: „Pablo – zaszczyt tu ma/Pokazać Ci co nam w środku tu gra/Co było i nie jest zapisać tu w rejestr/Życie prawdziwe i prawdziwe zmyślenie”. Tak jak w pisarstwie Brunona Schulza, to co rzeczywiste i nierzeczywiste łączy się w jednej opowieści.
Podobnie zresztą jest w Sierpniu, w którym narrator zarzuca sobie, że widzi tylko stare zdjęcia i książki, a nie rzeczywistość. Swoją refleksję konstatuje jednak stwierdzeniem: „Na taki świat mnie stać”. W innym miejscu śni mu się symboliczny sen – latające stada książek, które krążą nad polami i w końcu przemieniają się w jezioro.
Opowieści zawarte w literaturze i sztuce są tym, co jest dane bezpośrednio współczesnemu człowiekowi. Nie da się w nie wątpić, ponieważ status fikcji sprawia, że nie zastanawiamy się nad ich prawdziwością.
Zgodnie z tymi założeniami narrator Monoloku, stary fryzjer z Grochowa, opowiada o wszystkim, co mu się przydarzyło, przywidziało albo zasłyszało. W swojej gawędzie zbiera rozmaite historie, które wcale nie musiały mieć miejsca w rzeczywistości. Chodzi o samą czynność opowiadania, gawędziarstwo, w które można się wsłuchać.
Dobrze podsumowuje to scena pojedynku na opowieści w salonie fryzjerskim między dwoma klientami, panem Andrzejem, prozaikiem i panem Piotrem, robotnikiem. Nie liczy się prawdziwość historii, ale sama opowieść, co zresztą, wysłuchawszy opowiadania adwersarza, pan Andrzej kwituje: „Pięknie zmyślone, panie Piotrusiu!”, a sam później przynosi spisaną historię o krawacie Roberta Kennedy’ego. Gdy fryzjer ją czyta, już po śmierci prozaika, zachwyca się wspaniałym zmyśleniem. Nie chodzi o fakty, lecz o mity.
Mityzacja codzienności
„Czasem zdania trą o siebie. Pozornie do siebie nie pasują. Gruzełki, nadmierności przecierają się na kurz, na odłamki. W tych odłamkach, w tym kurzu trzeba grzebać, tam coś jest. Nie zawsze, ale bywa”.
W pierwszych zdaniach opowiadania Ballada martwego poety w marynarce ze zbioru Nieradość ponownie można dostrzec zaskakujące podobieństwo do koncepcji Brunona Schulza zawartej w Mityzacji rzeczywistości, w której pisarz stwierdzał, że poezja to „krótkie spięcia pomiędzy słowami, raptowna regeneracja pierwotnych mitów”. Z zestawiania ze sobą słów, zdań wyłania się coś więcej, jakaś prawda czy tajemnica.
W Balladzie grubego poety w marynarce z Mikrotyków narrator zdradza swój przepis na życie: „Ubierać te przygody w słowa. (…) Jeździć na czasownikach, przymiotnikami zalepiając dziury, ale tak, żeby prześwitywało, żeby złe oko mogło mrugnąć. (…)
Liczyć piękne dziewczyny w tramwajach, autobusach i na ulicach, a gdy doliczysz do dziesięciu, stawiać w głowie kropkę. Potem łączyć te kropki tuszem najtańszego długopisu i patrzeć, jak ci się niemal sam rysuje plac Defilad, plac Inwalidów i plac Zbawiciela w końcu. Nieustannie nucić, dla podtrzymania lepkości, żeby się łączyło, lgnęło do siebie”.
Zarówno pisanie, jak i śpiewanie jest strategią przydawania sensu. Tworzenie opowieści jest sposobem na funkcjonowanie w świecie i odkrywanie sensu codzienności, który znajduje się w każdej chwili przed nami.
Te spostrzeżenia dobrze rymują się z uwagami poczynionymi przez Paula Ricoeura w Życiu w poszukiwaniu opowieści. Filozof stwierdza, że opowieść pozwala przekształcić wielość wydarzeń w jedną historię w taki sposób, że pojedyncze zdarzenia tracą swój przypadkowy charakter. Historia jest nie tylko wyliczeniem wydarzeń, ale ich uporządkowaniem w pewną dającą się zrozumieć całość, pojmowalną strukturę.
Co jednak pozostaje tym, którzy nie są obdarzeni talentem pisarskim albo gawędziarskim? Również do nich odnoszą się słowa Ricoeura. Wystarczy bowiem funkcjonowanie w świecie kultury – czytanie, słuchanie i oglądanie, będące sposobami życia w świecie fikcji, umożliwiają samozrozumienie. Dzięki temu uczymy stawać się narratorami oraz bohaterami naszej własnej historii, nie zajmując jednocześnie pozycji autorów.
Twórczość Pawła Sołtysa wyrasta z codzienności: miejsc, ludzi i wydarzeń. I choć czasem rzeczywistość zewnętrzna rozczarowuje, ponieważ świat zmienia się zbyt szybko i zbyt szybko zapomina, to jednak pisarz pieczołowicie poszukuje ochrony przed alienującą i odbierającą pewność późną nowoczesnością. Zanurza się w przeszłości i melancholii, by właśnie tam odnaleźć schronienie i receptę: (mikro)opowieści, które przynoszą ulgę i nadzieję, ponownie wypełniając (mikro)sensem rzeczywistość współczesnego człowieka.
„No, mniej więcej o to chodzi”.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

