Witamy na stronie Klubu Jagiellońskiego. Jesteśmy niepartyjnym, chadeckim środowiskiem politycznym, które szuka rozwiązań ustrojowych, gospodarczych i społecznych służących integralnemu rozwojowi człowieka. Portal klubjagiellonski.pl rozwija ideę Nowej Chadecji, której filarami są: republikanizm, konserwatyzm, katolicka nauka społeczna. Możesz nas wesprzeć przekazując 1,5% podatku na numer KRS: 0000128315.

Informujemy, że korzystamy z cookies. Zachęcamy do regularnych odwiedzin naszej strony.

Polska na zawsze „montownią”? Bez polityki przemysłowej tego nie zmienimy

Polska na zawsze „montownią”? Bez polityki przemysłowej tego nie zmienimy Autor ilustracji: Bruno Dziadkiewicz

Czy dla rozwoju polskiej gospodarki wystarczy, by państwo nie przeszkadzało przedsiębiorcom, którzy są „solą ziemi”? Czy potrzebujemy deregulacji w stylu ustawy Wilczka? A może to „narodowi czempioni” jako jedyni mogą zbudować masę krytyczną, zdolną do wydźwignięcia polskiej gospodarki? Żadna z tych odpowiedzi nie jest wyczerpująca, a Polska – mimo „złotego wieku” czy dołączenia do G20 – już zaczyna wpadać w pułapkę średniego rozwoju. Nie wydobędziemy się z niej bez własnej polityki przemysłowej.

Być może błędnie definiujemy oś sporu i pozostajemy na pasku globalnych koncernów. Nie będąc zdolnymi do wypracowania oryginalnego modelu rozwojowego, kserokopiujemy cudze, niezdatne dla nas wzorce. Tymczasem być może prawda leży w złotym środku i nasza prawdziwa siła gospodarcza może narodzić się ze mądrej syntezy potencjału instytucji państwowych i sił rynkowych.

Ślepa uliczka polskiego hiperindywidualizmu

Sam kult przedsiębiorczości rzadko wystarcza do zbudowania trwałej przewagi konkurencyjnej na poziomie całej gospodarki. Ten wniosek potwierdzają obserwacje procesów zachodzących w Polsce w ostatnich trzech dekadach.

Owszem, mieliśmy i nadal mamy mnóstwo bardzo przedsiębiorczych jednostek. Dzięki swojej pracowitości ludzie ci dochodzą nieraz do wysokiego poziomu bogactwa indywidualnego, jednak ich pozycja opiera się na bardzo wątłych fundamentach – niskich kosztów pracy. Są one najczęściej celem w samym sobie, a rzadko środkiem do osiągnięcia pewnych celów.

Zresztą trudno się dziwić. Typowa mała czy nawet średnia firma funkcjonuje w systemie łańcuchów dostaw i jest wystawiona przez globalne koncerny na brutalną rywalizację o te same zlecenia z zagranicznymi czy krajowymi konkurentami. W takiej sytuacji trudno o wysokie marże, bo warunkiem zaoferowania jak najniższej ceny są niskie zarobki pracowników.

Pozycja poddostawcy nie zapewnia ani rozpoznawalnej marki, będącej źródłem wyższych marż, ani też w konsekwencji nie może być mowy o podjęciu ryzyka innowacyjności. Wiele polskich firm słyszy od klienta zawsze tylko jedno pytanie: „ile za kilogram” waszych produktów, części czy podzespołów?

Tak dzieje się w wielu polskich branżach, choć zdarzają się oczywiście wyjątki. Jednak nie oszukujmy się, że kraje zachodnie oddadzą nam za ulgi podatkowe inwestycje technologiczne, podobnie jak oddały proste inwestycje produkcyjne. Funkcją poddostawcy nie jest innowacyjność.

Inny przykład – tym razem anegdotyczny. Wielką barierą dla akumulowania majątków jest brak następców. Co z tego, że firma odnosi pewne sukcesy, jeśli bardzo łatwo pada łupem konkurentów z zagranicy nie w wyniku wrogiego przejęcia, a dobrowolnej odsprzedaży?

W takim wypadku nabywcą często staje się koncern zagraniczny. Dobrym tego przykładem jest firma Solaris Bus&Coach, która została sprzedana przez założycieli niewiele większemu hiszpańskiemu konkurentowi. A przecież mówimy o firmie, która została w dużej mierze „wyhodowana” przez polskie samorządy, dzięki zleceniom na zakupy taboru autobusowego.

Gdy jednak zaistniała możliwość zrealizowania odwrotnej transakcji, ale w sektorze kolejowym – polska PESA ubiegała się o producenta lokomotyw Talgo z Hiszpanii –wtedy zainterweniował rząd w Madrycie i uciął wszelkie próby nabycia firmy przez polskich producentów.

Nie są to, niestety, sytuacje odosobnione. Istnieją całe kancelarie prawnicze wyspecjalizowane w odsprzedaży konkurencyjnych firm polskich przedsiębiorców, którzy w wieku, dajmy na to, 50 lat „już się narobili” i chcą wreszcie „pożyć”.

Innowacyjni na cudzy rachunek

Czym kończy się model gospodarczy oparty wyłącznie na indywidualnej przedsiębiorczości, bez silnego wsparcia systemowego? Tym, że najzdolniejsi pracują często na innowacyjność innych krajów.

Młodzi Polacy, po najlepszych polskich uczelniach, chcąc realnie współtworzyć nowoczesną gospodarkę, najczęściej wybierają globalne korporacje. Nawet tam jednak istnieje dla nich szklany sufit.

Na pewnym etapie kariery częstokroć zdają sobie sprawę, że są oddziały równe i równiejsze. Jeśli chcą mieć realny wpływ na strategię na określonych rynkach, to muszą zdecydować się na migrację do siedzib ich pracodawców w Brukseli, Paryżu, Londynie czy Genewie, gdzie zapadają realne decyzje.

Alternatywą jest założenie własnego przedsiębiorstwa lub start-upu, często jednak z pełną świadomością, że za kilka, kilkanaście lat nie będą mieli innego wyjścia, jak sprzedaż działalności bądź technologii zagranicznemu inwestorowi.

Najgorsze jednak, że wiele z tych firm, które dziś sprzedajemy za granicę, wyrosło właśnie z państwowych dotacji i ulg, więc nie tylko nasz kapitał ludzki pracuje na rzecz innowacyjności globalnych liderów, lecz również pośrednio zasilamy ich dotacjami ze środków publicznych.

Najnowszy przykład – przejęcie InPostu przez nowych właścicieli zagranicznych. Pomimo lukrowanych przekazów medialnych, sytuacja ta potwierdza wiele smutnych prawd. Choć teoretycznie przejęcie odbyło się w modelu, który ma zagwarantować pozostanie centrum zarządzania operacyjnego firmy w Polsce, to w dłuższym terminie bynajmniej nie jest to zagwarantowane.

Jak słusznie wskazuje w swojej analizie Marcin Kawko, InPost przez lata musiał zmagać się z instytucjami państwowymi i raczej nie może czuć się beneficjentem znacznego wsparcia w skalowaniu ze strony państwa. Po prostu kłody rzucane tej firmie pod nogi, również przez aktorów państwowych, nie zdołały jej zatopić.

Sprzedaż InPostu wiele o nas mówi. Nawet jedna z najjaśniej świecących gwiazd polskiej gospodarki nie jest w stanie zgromadzić wystarczającego kapitału w Polsce, by pozwolić sobie na dalszą ekspansję.

Gasnąca perła w koronie polskiej gospodarki

Bardzo często polityka przemysłowa w Polsce jest utożsamiana z prowadzoną przez lata polityką branżową. Wystarczy wysłuchać potrzeb przedsiębiorców i zaoferować im to, czego potrzebują.

Z tym, że istotna część polskiego sektora MŚP jest poddostawcami i nie ma do czynienia z klientem końcowym. Realizuje jedynie zamówienia swoich zleceniodawców, nie posiadają więc bezpośredniego dostępu do klienta.

W tym kontekście w razie jakichkolwiek zawirowań polscy przedsiębiorcy nie są świadomi, w jakiej kondycji jest ich branża – czy nie mierzy się przypadkiem z problemami strukturalnymi. Nagle zlecenia od korporacji się urywają i ich świat się załamuje.

Z takim wyzwaniem mierzy się obecnie polska branża motoryzacyjna. Przez lata traktowana była w całej Europie Środkowej jako perła w koronie polskiej gospodarki i jeden z najlepszych przykładów udanej transformacji.

W samej Polsce, która na tle regionu i tak ma mocno zdywersyfikowaną gospodarkę, branża automotive generuje niespełna 1/10 PKB. Dzieje się tak nie dlatego, że zaspokaja popyt polskiego konsumenta, lecz dlatego, że dostarcza komponenty do niemieckich, francuskich, włoskich, amerykańskich czy japońskich marek, w dominującej części sprzedawanych za granicą.

Nadchodzi jednak „chińskie tsunami”, które stopniowo wykańcza europejską motoryzację. Nowe marki chińskie w zawrotnym tempie rozpychają się na rynku europejskim, korzystając z jego znacznej otwartości i obfitego wsparcia Pekinu.

Nie pomaga Unia Europejska, której sposobem na politykę przemysłową jest po pierwsze, cytując klasyka, „brak polityki przemysłowej”, po drugie, jakże by inaczej, regulacje, i wreszcie crème de la crème – wysokie ceny energii.

W ten sposób polska branża motoryzacyjna znalazła się w nowej sytuacji, gdy portfel zamówień zaczyna wysychać i nie wiadomo, co zrobić dalej. Możemy oczywiście leseferystycznie potraktować wygasanie tej branży jako wyrok rynku, od którego nie można się odwoływać.

Jednak jeśli tak się stanie, zgromadzone w tej branży kapitał ludzki, wysokie standardy organizacji produkcji i wiedza o komponentach zostaną w dużej mierze bezpowrotnie utracone. Czy ta destrukcja rzeczywiście okaże się kreatywna i w wyniku upadku branży urodzi się coś nowego? Można mieć poważne wątpliwości.

Nadszedł czas, gdy inne państwa, naśladując Chiny i USA, decydują się na dużo poważniejsze niż kiedyś interwencje w celu wsparcia osłabionych sektorów. Widzimy to na przykładzie Niemiec, gdzie nie dość, że państwo na masową skalę subsydiuje ceny energii, to też podejmuje próby wprzężenia motoryzacji w łańcuchy dostaw koncernów zbrojeniowych, których portfele zamówień puchną w związku z programami modernizacji niemieckiej armii.

Bez odpowiednich narzędzi polityki przemysłowej skala nadchodzących wyzwań w polskiej gospodarce może doprowadzić do tego, że jedynym zadaniem rządu będzie zarządzanie wygasaniem kolejnych branż.

Nie tylko presja Chin doskwiera polskiej gospodarce. Nad polską branżą usług wspólnych (tzw. BPO) być może również wisi miecz Damoklesa. Może się za chwilę okazać, że piękne i lśniące biurowce w centrach największych polskich miast opustoszeją.

Coraz bardziej prawdopodobne, że algorytmy AI będą w stanie przejąć nawet bardziej zaawansowaną pracę działów IT, finansów czy księgowości, zadań, w których wyspecjalizowali się polscy pracownicy. Są oni „poddostawcami” usług dla globalnych koncernów, których centralom stosunkowo łatwo będzie z nich zrezygnować.

Być może wskazane zagrożenia pokazują, że istota pułapki średniego rozwoju polega na tym, że państwo nie potrafi stworzyć warunków, by perspektywiczne sektory gospodarki przeszły od niskich do wysokich marż.

Również polskie instytucje publiczne nie potrafią wykorzystać swojej siły przetargowej, aby wesprzeć skalowanie biznesu, akumulację kapitału, a także współpracę między firmami, aby trwale podwyższyć poziom innowacyjności gospodarki. A przecież system zamówień publicznych czy spółki Skarbu Państwa mogą być świetnymi narzędziami wspierania polskiego biznesu w pokonywaniu wyzwań rozwojowych.

Wreszcie bezpieczeństwo cyfrowe, które w związku z nieustannymi atakami na infrastrukturę polskiego państwa i usługi z tym związane staje się oczkiem w głowie rządzących, powinno im dostarczyć doskonałej motywacji do wspierania stworzonych w Polsce rozwiązań.

Polskie spółdzielnie mleczarskie pokazały, jak połączyć siły

Remedium na opisane wyżej problemy nie jest też sam kapitalizm państwowy. Gdybyśmy przekierowali strumień środków państwowych do sektora prywatnego bez wypracowania dalekosiężnej strategii, z szerokim zaangażowaniem różnych stron sporu politycznego i systemowych narzędzi jej realizacji, skończyłoby się to jedynie zmarnotrawieniem środków publicznych.

Mamy w Polsce poważny problem z niedocenieniem efektu skali, który rządzi dzisiejszą gospodarką. Polskie firmy w wielu sektorach są zbyt małe. Przez to nie mają siły przetargowej w starciu ze zlecającymi im różne zadania korporacjami globalnymi.

Co więcej, skupiają się w rywalizacji o nieraz marginalne segmenty rynku, często nie widząc potencjału na współpracę w celu łączenia kompetencji i tworzenia bardziej zaawansowanych produktów i usług.

Świetnym kontrprzykładem dla tego typu działań są polskie spółdzielnie mleczarskie. Gdyby indywidualni rolnicy nie podjęli decyzji o zgrupowaniu się w większe spółdzielnie, zostaliby zmiażdżeni przez sieci handlowe. Przez to, że połączyli siły, zgromadzili dostateczny kapitał, aby zbudować duże zakłady produkcyjne, własne łańcuchy logistyczne, a także pewne kanały dystrybucji, stając się graczami na skalę europejską.

Na drugim biegunie pozostają niezwykle rozdrobnieni polscy producenci owoców, którzy w gorszych sezonach niemal za bezcen oddają surowiec zagranicznym tłoczniom soków.

Podkreślę jednak, że adresowanie wsparcia państwowego jedynie do sektora MŚP może być zupełnie chybione. Wprawdzie bardzo często to spółki z tego sektora okazują się najbardziej innowacyjnymi, a wielkie korporacje jedynie przejmują ich rozwiązania i upowszechniają. Ten mechanizm tworzy jednak ryzyko inwestowania w firmy, które mogą nie mieć potencjału do utrzymania technologii w kraju.

To nie oznacza, że MŚP w ogóle nie powinny otrzymywać wsparcia, lecz istotne jest właściwe dobranie instrumentów do ich potencjału. Z jednej strony, bardzo ważne jest wspieranie ich wzrostu dzięki zamówieniom publicznym, które zwiększają ich skalę, wiarygodność i możliwości ekspansji na rynkach zagranicznych.

Z drugiej strony, państwo może stymulować współpracę między różnymi podmiotami w celu łączenia kompetencji, aby były w stanie oferować bardziej zaawansowane produkty i usługi. Nieufność między polskimi firmami wciąż jest czynnikiem ograniczającym potencjał do wzrostu innowacyjności.

System zamówień publicznych pozostaje naszą kulą u nogi, gdyż często ma wdrukowane w swoich założeniach wspieranie koncernów zagranicznych. Urzędnik nie może zaryzykować rozwiązania, które nie jest pewnym standardem rynkowym, gdyż za chwilę może mieć na karku organy kontrolne.

Najczęściej więc, aby mieć spokojny sen, urzędnik wybiera dominującego gracza. A polska firma z nieraz świetnym i konkurencyjnym produktem zmaga się na rynkach zagranicznych z sakramentalnym pytaniem: skoro jesteście tacy dobrzy, to dlaczego polskie państwo nie korzysta z waszych usług?

Spółki skarbu państwa – od zakładników polityki do pasa transmisyjnego rozwoju

 Czy potrzebni nam są zatem narodowi czempioni? Tak, ale ich rola powinna być ściśle określona. Potrzebujemy ich przede wszystkim w branżach strategicznych.

Projekt dywersyfikacji dostaw energii nigdy by się nie udał bez spółek skarbu państwa, które posiadały odpowiednie narzędzia do realizacji tej strategii. Czechy, które wyzbyły się udziałów państwa w sektorze energetycznym, miały dużo większe problemy z uniezależnieniem od Rosji. 

Spółki Skarbu Państwa nie są natomiast potrzebne w roli konkurenta dla polskiego sektora prywatnego. Taka „nieuczciwa” konkurencja z ich strony obniżałaby jedynie i tak niskie marże, ograniczając potencjał ciekawych firm prywatnych do budowy silniejszych fundamentów finansowych. Dlatego przed spółkami skarbu państwa należy postawić zupełnie inne cele.

Przede wszystkim kluczowe jest, żeby przy okazji realizacji dużych kapitałochłonnych inwestycji nie koncentrowały się one na osiągnięciu celu po linii najmniejszego oporu, ale żeby przy okazji brały pod uwagę cel rozwijania polskich kompetencji przemysłowych i technologicznych. W innym wypadku będziemy coraz częściej stawali przed pokusą wyboru oferenta chińskiego, który może liczyć na ogromne wsparcie tamtejszego rządu.

Kluczowe jest to, że to właśnie spory sektor zasobnych spółek Skarbu Państwa, które najczęściej podlegają mniejszym obowiązkom stosowania prawa zamówień publicznych, mógłby być doskonałym pasem transmisyjnym dla polityki przemysłowej. To właśnie one mogłyby jako pierwsze składać zamówienia na ciekawe produkty i usługi polskich firm, ułatwiając im drogę do zdobywania kolejnych zamówień państwowych.

Istotną barierą dla ambitniejszej roli spółek państwowych jest niestety polaryzacja polityczna. Obecnie jest tak duża, że zarządy tych przedsiębiorstw nie będą chciały wychodzić przed szereg i decydować się na odważniejsze działania.

Zawsze bowiem istnieje ryzyko, że nawet najsprawniejsze kierownictwo zostanie oskarżone przez kolejną ekipę o niegospodarność. Nie sprzyja to niestety długoterminowym strategiom.

Z tego względu spółki państwowe nie będą również mogły się stać realnie rozpatrywanym miejscem pracy dla najambitniejszych, o ile nie zapewnimy im stabilności kadrowej niezależnej od cykli politycznych. Dla wielu menedżerów będzie nie do zaakceptowania, gdy ich praca co cztery lata, a może nawet częściej, będzie przedmiotem oceny politycznej, a nie merytorycznej.

W tym obszarze możemy się z pewnością inspirować systemem instytucjonalnym państw skandynawskich, który jest nastawiony na cele strategiczne i bardzo wyraźnie rozróżniono w nim kwestie polityczne i operacyjne.

Politycy wprawdzie określają cele strategiczne, jednak ich realizacja merytoryczna spoczywa na zarządach, które są wybierane przez komitety nominacyjne z silnym udziałem niezależnych ekspertów. Duże zaufanie do takiej struktury powoduje, że cykl wyborczy nie zaburza funkcjonowania przedsiębiorstw.

Taki model nie jest zupełną utopią w polskich warunkach. Czy ktokolwiek w Polsce podważa sensowność programu budowy dróg, non-stop dokonując wymiany ekspertów Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad? Czy strony sporu politycznego kłócą się o to, czy powinniśmy być zależni od rosyjskiego gazu? Oczywiście, że nie.

Te kwestie są po prostu wyłączone ze sporu politycznego i traktowane jako obiektywny interes narodowy – niezależny od preferencji danej opcji. Polityka przemysłowa, jeśli ma mieć sens, musi zostać potraktowana właśnie jako kolejny taki obszar.

Czas na nowy konsensus na rzecz konkurencyjności

Co zatem robić wobec tej pesymistycznej diagnozy? Czy pozostaje nam oczekiwanie na światełko w tunelu, które być może nie okaże się nadjeżdżającym pociągiem? Czas wykuć nowy konsensus polityczny w obszarze polityki przemysłowej, który pozwoli wesprzeć najbardziej perspektywiczne branże.

Pomoże tym, które wymagają transformacji, a przede wszystkim stworzy warunki dla tego, żeby polscy pracownicy mogli budować innowacyjność polskiej gospodarki, co jest warunkiem dalszego wzrostu dobrobytu kraju.

Zegar tyka. Szybko rośnie zadłużenie, napędzane przez wydatki zbrojeniowe. Jeśli nie wypracujemy pilnie nowych impulsów rozwojowych, może nas czekać niewesoła przyszłość.

Kontynuacja wzrostu gospodarczego w Europie Środkowej przestaje być oczywistością. Nawet na mapie naszego regionu widzimy, że jeszcze niedawne gwiazdy, takie jak Czechy czy Rumunia, zaczynają gasnąć.

Po pierwsze, ceny energii. Pilna potrzebą polskiej gospodarki jest doprowadzenie do ich obniżenia. Wbrew wielu mrzonkom, nic nie wskazuje na to, że popyt na energię będzie w kolejnych latach spadał. AI, a także postępująca elektryfikacja wielu branż będą powodować znaczący wzrost popytu.

Unijna polityka klimatyczna bankrutuje szybciej, niż można się było spodziewać. Nie doprowadziła do rozkwitu praktycznie żadnych nowych branż, a jedynie przyczyniła się do erozji konkurencyjności, szczególnie Europy Środkowej, oraz napędzania koniunktury Chin. Rynek tak otwarty jak unijny, w starciu z potęgami bez brzemienia krępujących przepisów klimatycznych, jest skazany na katastrofę.

Po drugie, musimy zdefiniować kluczowe branże, dla wsparcia rozwoju których zmobilizujemy cały potencjał państwa, który wciąż jest bardzo duży. Dyskusja na ten temat musi być jednak pluralistyczna, tak aby zagwarantować wypracowanie dalekosiężnej strategii przemysłowej, zdolnej do wytworzenia silnych branż eksportowych – okrętów flagowych polskiej gospodarki.

Po trzecie, przy obecnym narastaniu rozmaitych ryzyk geopolitycznych najłatwiej będzie wypracować konsensus w obszarze bezpieczeństwa i infrastruktury. Te dwa obszary nie budzą większych kontrowersji w Polsce, więc właśnie w oparciu o te sektory można budować długotrwałą konkurencyjność polskich firm i tworzyć realny system ich wsparcia.

Staje się to potrzebą chwili, gdyż odporność naszych łańcuchów dostaw może stać się kluczowa w momencie prawdziwej próby. Musimy oczekiwać, że duża część kapitału zagranicznego w warunkach wojny błyskawicznie opuściłaby Polskę.

Olbrzymi potencjał niesie szczególnie kwestia bezpieczeństwa cyfrowego. Przykładowo, Polska jako jedno z pierwszych państw zaczyna zwracać uwagę na bezpieczeństwo tzw. inteligentnych samochodów, co stwarza też duże szanse dla polskich firm, budujących rozwiązania w tym obszarze.

Po czwarte, budowie polityki przemysłowej powinny towarzyszyć też konsolidacja i deregulacja. Powinniśmy skonsolidować potencjał sektora państwowego. W wielu obszarach na pograniczu polityki przemysłowej istnieje zbyt wiele instytucji i agencji z niezbyt ściśle rozgraniczonymi kompetencjami. Brakuje też koordynacji między instytucjami centralnymi i samorządowymi.

Po piąte, kluczowe jest przyjęcie metody bardziej amerykańskiej niż unijnej. Najpierw należy liberalizować przepisy, a potem ewentualnie rozwijać regulacje, a nie odwrotnie. W obszarach, które uznamy za perspektywiczne, regulacje nie powinny hamować rozwoju i być kolejnym, obok braku kapitału. workiem na plecach dla polskich przedsiębiorstw.

Od wyrobnika do gracza czy damy radę?

Polska stoi przed wyzwaniem trudniejszym niż transformacja ustrojowa. Tym razem nie wystarczy ani indywidualna pracowitość, ani sezonowi narodowi czempioni. Albo pogodzimy się z rolą peryferyjnego wyrobnika – dostarczyciela taniej siły roboczej i utalentowanych mózgów na cudzy rachunek – albo wreszcie wypracujemy własny model rozwojowy.

Bez polityki przemysłowej opartej na mądrej syntezie państwa i rynku, bez minimalnego konsensusu ponad podziałami – nie zmienimy trajektorii. Będziemy skazani na pogrążenie się w narastających frustracjach społecznych, gdy gospodarka zacznie zwalniać albo napotka nas kolejny międzynarodowy kryzys.

A popadnięcie w stagnację przy rosnących wyzwaniach geopolitycznych będzie po prostu receptą na katastrofę. Niech nie uspokajają nas wizje „złotego wieku” – historia uczy, że niewykorzystanie dobrej koniunktury do mądrych reform może okazać się gwoździem do trumny, gdy sytuacja się pogorszy. Polak zrobił swoje – Polak może odejść? Nie musi tak być. Ale bez zmiany kursu – tak właśnie będzie.

Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.

Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.