Spór o Mercosur pokazał, że europejska wieś jest marginalizowana. Co na to Polska?
Europa otwiera się na handel z Ameryką Południową, ale zamyka się na własną prowincję. Spór o umowę UE–Mercosur to jedynie wierzchołek góry lodowej. Pokazuje on, że linia podziału przebiega dziś nie między państwami, lecz między metropoliami a obszarami wiejskimi. Jednocześnie przed Polską stoją nowe szanse.
Tekst został pierwotnie napisany dla portalu Fundacji Polski z Natury.
Polska przegrała polityczną batalię o zablokowanie umowy UE-Mercosur. Na definitywny koniec tej historii co prawda przyjdzie nam jeszcze zaczekać – teoretycznie mamy w niej bowiem jeszcze kilka niedomkniętych wątków – ale większych zaskoczeń nie należy się spodziewać.
Od kwietnia handel z krajami Ameryki Południowej będzie odbywać się na nowych zasadach. Opinia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, zapowiedziana przez Polskę skarga, kolejne klauzule ochronne, ostrzejsze kontrole produktów na granicach – wszystko to rzeczy ważne, konieczne, ale ostatecznie nie wpłyną w jakikolwiek istotny sposób na nową rzeczywistość.
To, że umowa ostatecznie przeszła, jest bowiem efektem znacznie głębszych procesów gospodarczych i społecznych, które będą miały istotny wpływ na politykę europejską w nadchodzących latach.
To nie jest spór państw narodowych
O umowie z krajami Mercosur w debacie publicznej bardzo często przyjmuje się narrację narodowocentryczną. Niemcy i Hiszpanie byli za, Polacy i Francuzi przeciw, część krajów się wahała. To perspektywa wygodna, bo prosta i intuicyjna. Na potrzeby sporu politycznego – w pełni wystarczająca, bo dająca się łatwo sprzedać w dobie chaosu informacyjnego.
Jednak traktowanie jej jako faktycznego wytłumaczenia tego, co się działo wokół umowy, byłoby oczywistym uproszczeniem i nadużyciem. Rzeczywistość jest bowiem znacznie bardziej złożona. W praktyce w dużej części krajów, które 9 stycznia ostatecznie zdecydowały się zagłosować „za”, mieliśmy istotny, społeczny opór przeciwko zawarciu umowy.
We Włoszech, które niemal do końca były brane pod uwagę w kontekście budowania tzw. mniejszości blokującej, tamtejszy resort rolnictwa w oficjalnym stanowisku sprzeciwiał się porozumieniu, wskazując na nierówną konkurencję dla włoskich rolników.
W Holandii, będącej zresztą czołowym eksporterem żywności, rząd poparcie dla umowy wyraził późno, bo dopiero w listopadzie 2025 roku. Mimo że Holendrzy tradycyjnie są uważani za naród mocno opowiadający się za wolnym handlem, deal z Mercosur budził duże kontrowersje nie tylko wśród rolników, ale również w rządzie Dicka Schoofa, którego częścią była agrarna, centroprawicowa BBB – partia wyrosła na rolniczych protestach, stanowczo sprzeciwiająca się umowie.
Belgia wstrzymała się od głosu, gdyż nie była w stanie wypracować kompromisu w tej sprawie. Protesty odbywały się również w Niemczech, Hiszpanii, Czechach i innych krajach. Oczywiście, stwierdzenie faktu, że rolnicy protestowali niezależnie od kraju pochodzenia, nie jest ani zaskakujące, ani odkrywcze. Taka perspektywa pozwala nam jednak na precyzyjniejszą interpretację zdarzeń wokół procedowania umowy.
Mamy bowiem do czynienia ze sporem, który znacznie wykracza poza narodowe ramy. Oczywiście, istotną rolę odegrały interesy wielkiego kapitału, skuteczny lobbing oraz szereg innych czynników. Rzadko podnosi się jednak element kluczowy, bez którego procedowanie umowy UE-Mercosur politycznie nie byłoby możliwe.
Od lat obserwujemy stopniową, ale trwałą degradację roli obszarów wiejskich i rolnictwa w kreowaniu polityk publicznych, przy jednoczesnej rosnącej i coraz bardziej dominującej roli obszarów metropolitalnych. Zjawisko to ma zastosowanie praktycznie do całej Unii Europejskiej.
Europejska wieś traci grunt pod nogami. Jeżeli trajektoria obecnych przemian demograficznych i gospodarczych nie ulegnie zmianie, w perspektywie kilku dekad większość europejskiego interioru zmieni się w odpowiednik amerykańskiego „rust belt”, poprzecinanego autostradami pomiędzy kluczowymi metropoliami Starego Kontynentu, w których z roku na rok koncentruje się coraz większa część aktywności gospodarczej, politycznej i kulturalnej.
Protesty rolników w Niemczech, blokady dróg w Hiszpanii, demonstracje w Czechach czy mobilizacja włoskiej Coldiretti nie były wyłącznie lokalnymi epizodami, choć pozostawały nieskoordynowane. Ich ogólnoeuropejska powszechność była efektem szerszego zjawiska: stałego przesuwania się gospodarczego i politycznego punktu ciężkości w Europie z regionów na rzecz metropolii, będącego skutkiem polaryzacyjnego modelu rozwoju.
Skutków tego procesu jest wiele – chociażby pogłębianie się kryzysu rodzinnego modelu europejskiego rolnictwa, wyludnianie się prowincji, spadek TFR (zwyczajowo to właśnie wieś nadrabiała niski TFR w miastach), polaryzacja polityczna Europy (tj. prowincja głosuje na prawicę, zaś duże miasta na ugrupowania lewicowe i liberalne) czy projektowanie kolejnych polityk publicznych logice metropolitalnej, podczas gdy ich negatywne konsekwencje najmocniej odczuwają regiony peryferyjne.
Przykładem tego ostatniego jest właśnie umowa z Mercosur, ale nie tylko.
Można tutaj również wskazać postępującą degradację Wspólnej Polityki Rolnej, europejską agendę klimatyczną czy publiczne programy budowy mieszkań komunalnych w dużych miastach w sytuacji, gdy prowincja mierzy się z ogromnym problemem depopulacji. W tym ujęciu wymiar klasowy tego konfliktu jest znacznie wyraźniejszy niż perspektywa narodowa.
Łyżka miodu w beczce dziegciu
Ogólnoeuropejski spór o umowę z Mercosur był swego rodzaju próbą sił – nie pierwszą zresztą. W poprzedniej odsłonie tego konfliktu, którą mieliśmy okazję obserwować przy okazji protestów rolników przeciwko Europejskiemu Zielonemu Ładowi, wynik był bardziej wyrównany.
Zasadnicza różnica względem procedowanej liberalizacji handlu z Ameryką Południową polega na tym, że powodzenie EZŁ na tamtym etapie nie zależało wprost od postaw rządów państw członkowskich – w pewnym uproszczeniu, konflikt rozgrywał się wprost na linii rolnicy-Komisja Europejska.
Bruksela nie miała zatem możliwości przerzucenia konieczności rozwiązania sporu z rolnikami na poszczególne kraje. W przypadku umowy z Mercosur sprawa była prostsza do zarządzenia. Wystarczyło „tylko” przekonanie poszczególnych stolic do zagłosowania za umową. To się ostatecznie udało i Komisja Europejska – choć nie bez problemów – dopięła swego.
Spory o Mercosur ugrzęzły na krajowych podwórkach. Umowa będzie stosowana tymczasowo niezależnie od tego, że TSUE będzie jeszcze wydawać opinię w tym temacie na wniosek Parlamentu Europejskiego.
Powyższe pokazuje ciekawą rzecz, choć niekoniecznie napawającą optymizmem – mianowicie kurczy się lista ośrodków decyzyjnych w Europie, która byłaby zdolna do ochrony interesów wsi, rolnictwa i szeroko pojętej prowincji, przed politykami publicznymi skrojonymi pod interesy wielkiego kapitału i Europy metropolitalnej. Z większych państw członkowskich są to tylko Polska i Francja.
Co istotne, w obu przypadkach mamy do czynienia z krajami, w których rządy sprawują ugrupowania liberalne wraz ze swoimi satelitami. Mimo to, presja polityczna jaka była na nie wywarta na krajowym podwórku była na tyle duża, że zarówno Warszawa, jak i Paryż zagłosowały przeciw umowie w głosowaniu na Radzie UE.
Zjawisko to będzie się tylko utrwalać. Europejska wieś nadal będzie się wyludniać, zaś metropolie – nadal będą nabierać znaczenia. Tym samym „mainstreamowi” politycy poszczególnych krajów członkowskich będą mieli coraz mniej powodów o charakterze strukturalnym do tego, aby aktywnie o interesy wsi czy rolników zabiegać.
Naturalnie więc na prowincji będą pogłębiać się polityczne nisze, które coraz bardziej ochoczo będą wykorzystywane przez ugrupowania prawicy – w szczególności wyrazistym, w alt-rightowym wydaniu. Z jednej strony może stanowić to zachętę dla Komisji Europejskiej do poszerzania swoich kompetencji i przyspieszenia procesów federalizacji, z drugiej strony jednak będzie podminowywało te próby poprzez postępującą, trwałą erozję umowy społecznej na której Unia Europejska się opiera.

Wnioski dla Polski i Europy
Wniosków z tego można wyciągnąć co najmniej kilka. Po pierwsze, kurs Komisji Europejskiej na stopniową degradację istotności Wspólnej Polityki Rolnej będzie kursem trwałym, gdyż nie ma strukturalnych podstaw do jego odwrócenia. Skutkować to będzie nasilającą się presją na rodzinny model rolnictwa, co dla Polski – jako kraju przyfrontowego i jednocześnie charakteryzującego się niewielkimi na tle Europy gospodarstwami – jest wyjątkowo niekorzystne.
Po drugie, polityka zarówno Komisji Europejskiej, jak i rządów większości krajów członkowskich UE będzie koncentrować się na utrzymywaniu globalnej konkurencyjności Europy metropolitalnej względem USA i Azji, co będzie się odbywać głównie kosztem wsi i prowincji (czego umowa z Mercosur jest świetnym przykładem).
Kapitał, w poszukiwaniu wyższej rentowności, będzie potrzebował otwierania kolejnych rynków w krajach peryferyjnych, co długofalowo może skutkować pogorszeniem się bezpieczeństwa żywnościowego Europy i zwiększaniem zależności od zewnętrznych dostawców.
Po trzecie, wskutek rosnącej politycznej polaryzacji i dysproporcji w rozwoju regionalnym, kurs ten na dłuższą metę grozi poważną destabilizacją polityczną Starego Kontynentu, której skutki dzisiaj trudno przewidzieć. W Polsce zjawisko to również jest bardzo widoczne w związku z postępującym, eurosceptycznym zwrotem ugrupowań prawicowych.
Po czwarte, środowiska rolnicze oraz szeroko pojęta wieś w Polsce nadal stanowią, i przez dłuższy czas będą stanowić istotną siłę polityczną, zdolną do kreowania kursu zarówno polityki wewnętrznej, jak i zagranicznej w wielu obszarach.
Przykładem tego – ponownie – było zarówno stanowisko naszego rządu w przypadku umowy z Mercosur, jak i wprowadzenie embarga na ukraińskie produkty rolne jesienią 2023 roku. Mamy zatem nad Wisłą przestrzeń polityczną do tego, by prowadzić zrównoważoną, wspierającą wieś i rolnictwo politykę regionalną, równoważącą procesy metropolizacyjne.
Po piąte, Polsce coraz trudniej będzie znaleźć wśród innych państw członkowskich sojuszników w zakresie inicjatyw wzmacniających pozycje rodzinnych gospodarstw rolnych.
Z biegiem czasu znacznie lepsze efekty mogą zacząć przynosić próby umiędzynarodowienia naszych inicjatyw za pośrednictwem europejskich środowisk rolniczych i wywierania za ich pośrednictwem bezpośredniej presji na Komisję Europejską lub poszczególne kraje członkowskie, w czym istotny udział mogłyby mieć polskie instytucje publiczne, w tym wywiadowcze.
W sytuacji stopniowej degradacji politycznej wagi rolnictwa zarówno Polska, jak i Francja mają potencjał ku temu, by stać się liderami swoistej „rolniczej międzynarodówki” na Starym Kontynencie, co w przypadku Warszawy powinno być jednym z kluczowych celów w naszej polityce europejskiej – tak, by organizacje rolnicze poszczególnych krajów mogły liczyć na nasze wsparcie i orientowały się na nas.
Wymagałoby to oczywiście ogromnej pracy instytucjonalnej, koordynacji działań ze związkami zawodowymi, izbami i organizacjami branżowymi oraz wygaszenia przynajmniej części politycznych sporów w sektorze. Powiedzieć, że jesteśmy dziś daleko od tego stanu, to jak nie powiedzieć nic. Próbę taką należy jednak podjąć.
Po szóste i najważniejsze, oczywistym staje się, że Polska potrzebuje autonomicznej, krajowej polityki rolnej, rozwijanej w duchu rolniczego merkantylizmu, radykalnego wzmocnienia krajowych producentów na rynku wewnętrznym oraz interwencji publicznej mającej na celu wsparcie integracji i wartości dodanej w sektorze.
Polityka ta, roboczo nazywana w raporcie CAKJ „Nowym Protekcjonizmem”, mogłaby stanowić game changer w rozwoju polskiej wsi i rolnictwa, porównywalny tylko z akcesją do Unii Europejskiej.
Przede wszystkim jednak mogłaby położyć podwaliny pod stworzenie nad Wisłą polityki przemysłowej z prawdziwego zdarzenia. Tej zaś, w dobie zaostrzającej się rywalizacji bloków ekonomicznych, Polska potrzebuje na wczoraj.
