Grasz w gry, chodzisz w dresach i kupujesz Lego. Czy jesteś niedojrzały?
Marcin Giełzak i Jakub Dymek w jednym z ostatnich odcinków Dwóch Lewych Rąk postanowili poruszyć temat powszechnie występującego zdziecinnienia osób teoretycznie dorosłych. I choć w zdecydowanej większości się z nimi zgadzam, to niestety clou odcinka zostało przykryte przez uwagi internautów na temat trampek, kupowania zabawek, a nawet posiadania hobby jako powszechnie występującej dziś oznaki niedojrzałości.
Kiedyś mój znajomy, który był już wówczas dorosłym mężczyzną, kupił sobie gigantyczny zestaw Lego Sokoła Millennium. Na pytanie, po co mu ta — jakby nie patrzeć —zabawka, odpowiedział, że jako dziecko marzył o markowych klockach, ale jego rodziny nie było wówczas na nie stać.
Dlatego teraz, gdy miał już dobrze płatną pracę, postanowił kupić sobie najdroższy zestaw, jaki był w sklepie. Jednakże po jego złożeniu nie bardzo miał co z nim zrobić (bo przecież nie będzie się nim bawił), a ponieważ zajmował dużo miejsca w mieszkaniu — to po jakimś czasie go odsprzedał.
Czy była to oznaka zdziecinnienia z jego strony? A może przeciwnie — rodzaj pożegnania się z tym okresem życia? Do dziś trudno mi to jednoznacznie określić, dlatego wolę zachować ostrożność w podobnych ocenach.
Wspominam o tym, bo temat Lego pojawił się w ostatnim odcinku podcastu Dwie Lewe Ręce, w którym omawiano fenomen tak zwanych „wiecznych dzieci”. Jest to dość poważny i aktualny problem, który poruszaliśmy również na łamach naszego portalu. Niestety wiele trafnych uwag Marcina Giełzaka i Jakuba Dymka zostało przykrytych kilkoma niefortunnymi cytatami, które zaczęły być szeroko i krytycznie komentowane między innymi na portalu X.
Choć panowie zostali źle zrozumiani, a ich wypowiedzi zostały wyrwane z kontekstu, to niestety w pewnym stopniu sami sprowokowali krytykę. Bo oprócz próby uchwycenia istoty problemu zaczęli odnosić się do zewnętrznych pozorów, które – jak wiadomo — mylą.
Chyba najbardziej komentowany był poruszony przez autorów podcastu temat noszenia trampek, który został przez Giełzaka i Dymka podany jako przykład oznaki niedojrzałości. Ubiór faktycznie jest sposobem komunikacji ze światem. Nie jest neutralny i nawet jeżeli jest niedbały lub przypadkowy, to coś przekazuje ludziom w naszym otoczeniu. Opierając jednak ocenę stopnia dojrzałości człowieka jedynie na stroju, można się bardzo łatwo pomylić.
Czy mężczyzna ubrany w garnitur, któremu matka kazała założyć ów elegancki strój do kościoła, jest bardziej dojrzały od swojego kolegi w bluzie z kapturem, którą ów kolega sam sobie kupił, samemu ją wyprał oraz wyprasował? No raczej nie.
Albo czy matka trójki dzieci jest mniej dojrzała, jeżeli idąc do urzędu zamiast eleganckich butów, założy trampki, bo od biegania wokół dzieci i codziennej krzątaniny najzwyczajniej w świecie bolą ją stopy?
Rozumiem, co twórcy DLR mieli na myśli. W środowisku dziennikarzy, ludzi biznesu i ekspertów obowiązuje pewna konwencja, której celowe łamanie może być oznaką dziecięcego testowania granic.
Jednak używając tego typu skrótu myślowego, mogli urazić wiele osób, których styl życia i względy czysto praktyczne niejednokrotnie priorytetyzują noszenie wygodnego stroju. I nie ma to nic wspólnego z intencjonalnym manifestem nieprzeżytego okresu nastoletniego buntu.
Czy dorosły człowiek kolekcjonujący klocki Lego jest niedojrzały? Niekoniecznie
Kolejnym poruszonym przez Giełzaka i Dymka wątkiem był problem kupowania zabawek przez przez milenialsów i osoby z pokolenia Z. Faktycznie może to być oznaką zdziecinnienia – ale znów, nie zawsze jest to jednoznaczne.
Tego typu zakupy mogą być próbą rekompensaty za to, czego nie miało się w dzieciństwie – czego przykładem może być wspomniany przeze mnie na początku kolega.
Oczywiście, w pewnych sytuacjach kupowanie zabawek jest oznaką ucieczki od rzeczywistości, cofania się w bezpieczną strefę marzeń. Jednak jak w wielu innych przypadkach to „skala czyni truciznę”. Krótkie epizody nostalgii za dzieciństwem są czymś naturalnym. Co innego notoryczne fantazjowanie o utraconej młodości — wtedy faktycznie mamy do czynienia z problemem Puera Aeternusa.
Dorosłe osoby, które posiadają zestawy Lego, najczęściej je po prostu kolekcjonują. Nie bawią się nimi tak, jak robiłoby to dziecko. Może się to czasem wydawać dziwne, ale nie oznacza z automatu tego, że dana osoba ucieka od dorosłych obowiązków.
Osobiście znam co najmniej kilka osób, pracujących na poważnych stanowiskach i będących ojcami dzieci, które zajmują się malowaniem plastikowych figurek. Nie dlatego, że jest to dla nich sposób na cofnięcie się do „utraconego” dzieciństwa, ale dlatego, że po prostu lubią w ten sposób spędzać wolne chwile, traktując to jako hobby, sposób na „wyczyszczenie głowy” po męczącym i stresującym dniu pracy.
No właśnie — hobby, według wspomnianego podcastu również może być uznawane za oznakę niedojrzałości. I to jest teza naprawdę trudna do obrony.
Hobby jest czymś dobrym i potrzebnym
Hobby jest zajęciem, które nie przynosi wymiernych korzyści materialnych. Patrząc z zewnątrz wydaje się być próżnym marnowaniem czasu. Ale właśnie w tym tkwi jego sens. Hobby pełni ważną funkcję pozwalającą zachować higienę psychiczną — daje możliwość skupienia się na czynności, którą lubimy, a która nie jest obciążona jarzmem utylitarnej efektywności.
W pewnym sensie posiadanie stałego hobby, któremu jesteśmy oddani od lat i które nie jest realizowane kosztem innych obowiązków, może być wręcz oznaką dojrzałości. I tak jak w przypadku zabawek – problemem jest tutaj kwestia proporcji. Jeżeli bowiem dla naszego hobby poświęcamy relacje rodzinne, pracę zawodową czy obowiązki domowe, traktując je jako rodzaj ucieczki od rzeczywistości, to wtedy faktycznie jest to niepokojący sygnał.
Krytyczny stosunek do hobby może wynikać z tego, że w niektórych zawodach praca bywa jednocześnie hobby. Jeśli ktoś jest publicystą, jego praca często pokrywa się z zainteresowaniami. Recenzent gier, grając w nie, w pewnym sensie jednocześnie pracuje, bo poszerza swoją wiedzę i doświadczenie zawodowe.
Ale jeśli ktoś wykonuje nudną, powtarzalną pracę, której nie lubi, a robi ją tylko po to, żeby się utrzymać, to dlaczego po wywiązaniu się ze swoich obowiązków — miałby sobie odmawiać takich zajęć jak robienie na drutach, uprawianie ogródka działkowego czy granie w piłkę nożną?
Oczywiście można twierdzić, że czas wolny dałoby się wykorzystać inaczej: na rozwijanie dodatkowego biznesu (tak zwany „side hustle”), na działalność społeczną w ramach wolontariatu albo na zaangażowanie się w życie parafii. Problem polega jednak na tym, że jeśli dla kogoś takie aktywności wiążą się z dodatkowym stresem, którego mają już w życiu dość, to przestają one pełnić funkcję, jaką ma hobby.
Możemy dyskutować o tym, jakie alternatywy warto proponować ludziom w czasie wolnym. Jednak utożsamianie hobby ze zdziecinnieniem wydaje się raczej odwracać uwagę od istoty problemu.
Zabawa jako rodzaj nauki
Podobnie wygląda kwestia narzekania na politykę studencką, która — zdaniem Dymka i Giełzaka — esencjalnie wiąże się z udawaniem.
Tymczasem studia z natury rzeczy polegają w dużej mierze na działaniach o charakterze umownym. Można by powiedzieć, że spora część z nich jest „zabawą” w prawdziwą pracę. Studenci medycyny nie operują przecież prawdziwych pacjentów — „bawią się” jedynie na plastikowych modelach.
Zabawa polega na udawaniu wykonywania jakiejś czynności, ale bez pełnej odpowiedzialności i konsekwencji, jakie wiążą się z nią w rzeczywistości. Dzięki temu można się w bezpiecznym środowisku przygotować do przyszłych ról, dopóki nie nabierze się odpowiednich umiejętności do ich pełnienia.
Student politologii nie ma ani narzędzi, ani zasobów, by prowadzić prawdziwą politykę – i nikt tego od niego nie oczekuje. Wręcz przeciwnie: bywa to irytujące, gdy zaczyna z absolutną pewnością wypowiadać się o problemach, których jeszcze do końca nie zgłębił. Chociażby gdy narzeka na wysokie podatki dochodowe, mimo że nigdy nie podjął pracy zarobkowej i nie zapłacił ani złotówki na ich poczet.
Problem pojawia się dopiero wówczas, gdy taki stan przeciąga się zbyt długo. Po studiach wypada już przestać się „bawić” w zawód i zająć się nim na serio lub z niego zrezygnować i znaleźć coś innego.
Po samych pozorach ciężko jednak ocenić poziom dojrzałości danej osoby. Część ludzi bowiem dość dobrze „bawi się” w dorosłe życie. Z zewnątrz wyglądają poważnie: mogą ubierać się jak dorośli, mieć pracę, a nawet dzieci.
W środku jednak okazują się być zagubionym dzieckiem, które szuka akceptacji rodziców i zastanawia się, co właściwie robi ze swoim życiem. Można spełniać wszystkie zewnętrzne kryteria poważnego, dorosłego człowieka i wciąż tęsknić za dzieciństwem lub fantazjować o swoim niewykorzystanym potencjale. Czego emanacją mogą być rodzice, porzucający swoje dzieci, aby „odnaleźć siebie”.
Psychologia zna też zjawisko regresji, czyli sytuacji gdy ktoś, kto funkcjonuje jako osoba dojrzała, zaczyna nagle przejawiać bardziej dziecięce zachowania. Taka sytuacja nie jest jednak świadomym wyborem wolnej jednostki, lecz stanowi najczęściej reakcję na spory stres, lęk czy przeciążenie psychiczne. Gdy rzeczywistość staje się zbyt trudna, dana osoba — nie mogąc sobie z nią poradzić mentalnie — na chwilę cofa się do wcześniejszych etapów rozwoju, kiedy czuła się bezpieczniej.
Naprawdę trudno jest więc ocenić, co tak naprawdę dzieje się w duszy danej osoby. I to nawet jeżeli pozna się ją całkiem dobrze. Nie mówiąc już o tym, żeby oceniać ją po jej zewnętrznych atrybutach.
Nic więc dziwnego, że krążące po sieci, urywki z wypowiedzi Marcina Giełzaka i Jakuba Dymka, wywołały oburzenie w sieci, nawet jeżeli nie mieli do końca na myśli tego, jak zostali zrozumiani.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

