Jest tylko jeden racjonalny argument, by mieć dzieci. Nie ma nic wspólnego z ekonomią
Dlaczego wszystkie państwa uprzemysłowione doświadczają spadku dzietności? Czemu, co gorsza, trend ten szczególnie dotkliwie dotyka te kraje, które najszybciej się modernizują – takie jak Polska czy Korea Południowa? Widzimy, że nie działają ani zachęty ekonomiczne, ani też straszenie młodych ludzi, że powinni mieć dzieci, bo „na starość nikt im nie poda szklanki wody”. Wszystko wskazuje na to, że dawne odpowiedzi na pytanie „Po co mieć dzieci?” przestały być satysfakcjonujące.
To kolejny artykuł z cyklu „Prorodzinne prowokacje”. W ramach kampanii #KiedyNieMaDzieci będziemy publikować odważne diagnozy i nieoczywiste pomysły dotyczące polityki rodzinnej i demografii. Zachęcamy do lektury tekstu wprowadzającego do naszego cyklu, nadsyłania własnych pomysłów i propozycji reform na adres [email protected] oraz wsparcia naszej kampanii 1,5% PIT dla Klubu Jagiellońskiego. Numer KRS: 0000128315 .
Jak to drzewiej bywało
Problem z dzietnością praktycznie nie istniał w społecznościach przednowoczesnych. Przede wszystkim dlatego, że posiadanie dzieci było wówczas materialną koniecznością. Warunki życia były trudne i nawet jeśli dana kobieta czy mężczyzna nie pragnęli mieć dzieci, to chcąc w miarę godnie dożyć starości, musieli się o nie postarać.
Potomstwo stanowiło nie tylko gwarancję utrzymania na przyszłość, ale też realną pomoc tu i teraz – w domu lub na roli, której uprawą zajmowała się znakomita większość ludzi. Zresztą jeszcze w początkach epoki przemysłowej powszechna była praca zarobkowa dzieci. Nikt nie potrzebował zewnętrznych zachęt, ponieważ każdy sam zdawał sobie sprawę, że o ile nie jest kapłanem czy zakonnikiem, to potomstwo jest mu niezbędne do przetrwania.
Presja na dzietność była więc połączeniem instynktu przetrwania i racjonalnej kalkulacji. Potrzebą tak silną, że nawet celowa, państwowa i bezpardonowa polityka ograniczania dzietności miała trudności z jej całkowitym stłumieniem.
Polityka jednego dziecka wprowadzona w komunistycznych Chinach wymagała dość radykalnych metod łamania społecznego oporu – tak drastycznych, jak choćby przymusowe aborcje czy sterylizacje. Jak na ironię dziś jest w Chinach odwrotnie, a partia staje na głowie, aby zachęcić obywateli do rodzenia dzieci.
Wynika to stąd, że w społeczeństwach rozwiniętych zmienia się otoczenie ekonomiczne. Postęp technologiczny sprawia, że dzieci przestają być niezbędne do przetrwania. Rozwinięte instytucje społeczne zapewniły emerytury i opiekę zdrowotną bez konieczności posiadania potomstwa.
Również na poziomie ogólnospołecznym nikt realnie nie obawia się wymarcia. Wysokowydajne rolnictwo i przemysł są w stanie zapewnić niezbędne dobra, angażując jedynie ułamek populacji. Mimo iż katastrofa demograficzna jest problemem, to w praktyce grozi nam raczej spowolnieniem gospodarczym, a nie masowym głodem.
Nowe reguły gry wymuszają nową strategię
Nowa rzeczywistość nie pojawiła się do razu. Minęło sporo czasu, zanim świadomość istnienia nowych okoliczności upowszechniła się. W nowoczesnych społeczeństwach ludzie wciąż byli nieufni wobec zmian i na wszelki wypadek trzymali się dawnych strategii przetrwania.
We wspomnianych Chinach, mimo obietnic państwowej emerytury, przez pewien czas ludzie nadal chcieli mieć dzieci, bo nie potrafili zaufać, że państwo rzeczywiście zapewni im godną starość. Gdy jednak instytucjonalne wsparcie okazało się trwałym rozwiązaniem, kolejne generacje zaczęły uwzględniać ów czynnik w swoich planach życiowych.
Rachunek ekonomiczny był nieubłagany: dzieci nie były już zyskiem, a stały się kosztowną i ryzykowną inwestycją, która niekoniecznie się zwróci. Pilniejsze, w celu zapewnienia sobie godnego bytu, było zdobycie wykształcenia i dobrej pracy, szczególnie w gospodarce opartej na wiedzy.
Wyraźnie było to widać również w Polsce, która w ostatnich dekadach bardzo szybko przechodziła modernizację na wzór zachodni. Pokolenie powojenne działało jeszcze według dawnych zasad, ale widziało już nadchodzącą zmianę. I przygotowywało na nią kolejną generację.
Dlatego nie powtarzało już swoim dzieciom, że też muszą mieć potomstwo, bo będzie im potrzebne do pomocy w gospodarstwie domowym. Zamiast tego mówiło im, że powinny przede wszystkim umieć odnaleźć się w nowej rzeczywistości gospodarczej.
Zarówno za słowami „Musisz znaleźć sobie męża/żonę i założyć rodzinę”, jak i za radą „Musisz iść na studia i zdobyć dobrą pracę” kryła się ta sama, odwieczna intencja – rodzicielska troska o zapewnienie potomkom przetrwania. Zmieniły się jednak warunki i sposoby realizacji tego celu.
Pokłosie rewolucji
W nowej rzeczywistości nie tylko nie trzeba było mieć dzieci, aby przetrwać, ale wręcz łatwiej było przeżyć bez nich. Na poziomie jednostkowym prościej znaleźć pracę i mieszkanie będąc bezdzietnym. Logiczne więc, że osoby w niepewnej sytuacji ekonomicznej – czyli większość społeczeństwa – będą wybierać tę ścieżkę.
A to, że obiektywnie ich sytuacja materialna jest stabilna, nie ma znaczenia w obliczu rosnących standardów życia, na co zwracałem już uwagę na tych łamach. Rady starszego pokolenia, dawane w dobrej wierze, przyniosły rezultat. Faktycznie zapewniły dzieciom relatywne bezpieczeństwo. Miały jednak skutek uboczny, którego ich autorzy się nie spodziewali, bo zakładali, że – tak jak dawniej – wszyscy będą chcieli mieć dzieci.
Teraz, gdy chcą mieć wnuki, nie wiedzą już, jak zmotywować swoje dzieci do ich urodzenia. Odruchowo powtarzają ostrzeżenia, jakie usłyszeli jeszcze od swoich rodziców, a które dziś już nie przystają do rzeczywistości. Powiedzenia w rodzaju „Na starość nikt nie poda ci szklanki wody” coraz słabiej działają, ponieważ w dobie automatyzacji coraz więcej ludzi wątpi, aby były prawdziwe.
Bodźce ekonomiczne, które przez wieki motywowały do posiadania dzieci, tracą dziś na znaczeniu. Aby znów zaczęły działać, należałoby sztucznie obniżyć poziom życia osób, które nie posiadają dzieci.
Choć jest to absurdem, to tego typu regresywne pomysły czasem pojawiają się w przestrzeni publicznej, np. w formie „podatku bykowego”. Mają jednak niewielkie poparcie i to prawie wyłącznie wśród starszej części populacji, która nie potrafi myśleć o demografii w innych kategoriach niż przymusu ekonomicznego.
Czy to oznacza, że nie potrzebujemy dzieci i jesteśmy skazani na stopniowe wymarcie? Absolutnie nie. Musimy jednak na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: po co właściwie chcemy je mieć?
Potrzeba bliskości
To, że nie potrzebujemy już dzieci do przetrwania na poziomie materialnym, nie oznacza, że nie potrzebujemy ich wcale.
Relacje z bliskimi są realną i bardzo ważną potrzebą, którą dzieci mogą zaspokoić w sposób, w jaki nie zrobi tego przyjaciel, partner czy zwierzę domowe. Aby jednak w ogóle spojrzeć na sprawę z tej perspektywy, trzeba – mówiąc metaforycznie – „wskoczyć” na wyższy poziom w hierarchii potrzeb Maslowa. Przejść z koncentracji na potrzebach fizjologicznych i bezpieczeństwa na poziom potrzeb relacyjnych.
Większości społeczeństw przednowoczesnych takie myślenie było obce. Głównym problemem, zajmującym ich uwagę, była bowiem kwestia zaspokojenia potrzeb materialnych. Więzi społeczne budowało się niejako przy okazji – jako dodatkowy „bonus” do posiadania rodziny, wspólnej pracy czy angażowania się w sprawy lokalnej społeczności.
Dziś jednak nadszedł moment, chyba pierwszy raz w historii, kiedy można samotnie, w pełni indywidualistycznie, dożyć starości. Co bynajmniej nie znaczy, że automatycznie będzie to życie udane.
Jakkolwiek górnolotnie by to nie zabrzmiało, potrzebujemy pewnego rodzaju przemiany duchowej: przejścia od patrzenia na życie jako na walkę o przetrwanie do postrzegania go jako okazji do rozwoju relacji z innymi.
W tym sensie zachęty finansowe do rodzenia dzieci to za mało. Owszem, ułatwiają życie ludziom, którzy chcą mieć dzieci, ale nie zmienią decyzji tych, którzy są skupieni na robieniu kariery zawodowej, aby nie wypaść z rynku pracy. Nie znaczy to bynajmniej, że programy socjalne nie są potrzebne.
Żeby móc pozwolić sobie na luksus nawiązywania kontaktów społecznych, trzeba mieć zaspokojone podstawowe potrzeby – mieszkanie, stabilną pracę czy opiekę zdrowotną. Samo to jednak nie wystarczy. Aby rozwijać się dalej, trzeba „przekroczyć” ten etap i wejść w sferę potrzeb wyższego rzędu.
I wydaje się, że na tym polu strona konserwatywna faktycznie ma coś do zaproponowania. Bowiem liberałom, stawiającym na indywidualizm, trudno jest promować wartości wspólnotowe. Z kolei lewica, ukształtowana przez nowoczesność, ma nieufny stosunek do duchowości i nastawiona jest na patrzenie na człowieka jako na homo oeconomicus.
Tymczasem choćby guru nowej prawicy – Jordan Peterson – już od dawna nie mówi o dzieciach jako „ gwarancji emerytury”. Stara się za to zwracać uwagę, że życie jest długie i dobrze by było je spędzić z bliskimi.
Nie z żądzy lub woli, lecz z miłości
Wydaje się, że jako cywilizacja nie jesteśmy skazani na wymarcie, ale znajdujemy się w pewnym okresie przejściowym. Nasze instytucje i mentalność społeczna wciąż są nastawione na przetrwanie na poziomie materialnym. Nie weszliśmy jeszcze na kolejny poziom rozwoju, na którym czujemy się na tyle bezpiecznie, by świadomie pragnąć tworzyć relacje rodzinne, dla nich samych.
Jesteśmy jak barbarzyńcy, którzy przypadkiem zbudowali cywilizację i nie potrafią się w niej odnaleźć. Myślimy kategoriami, które kiedyś się sprawdzały, ale obecnie coraz gorzej pasują do otoczenia. Jesteśmy jednak do nich przyzwyczajeni i nie bardzo umiemy myśleć inaczej.
A przynajmniej nie wszyscy, bo dzieci wciąż się rodzą. Część osób nadal rozumuje według dawnych schematów: „Chcę mieć dzieci, bo system może się załamać, a wtedy dzieci będą moją jedyną gwarancją na przyszłość”.
Są jednak i tacy, którzy znajdują się już na kolejnym poziomie potrzeb. Nie martwią się o przyszłość, ale chcę mieć dzieci, bo po prostu je lubią, a swoje własne – zdecydowali się kochać.
Niestety wiele osób znajduje się gdzieś pośrodku: zdają sobie sprawę, że dzieci nie są potrzebne do przeżycia, ale wciąż myślą kategoriami walki o byt, w której potomstwo jest raczej przeszkodą niż pomocą.
Podsumowując językiem biblijnym: nie powinniśmy już liczyć na narodziny dzieci z „żądzy ciała czy woli męża”, lecz z miłości.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

