Jej twórczość porusza serca konserwatywnych facetów. Kim jest Lana Del Rey?
ss: Lana Del Rey, „Born to Die” https://www.youtube.com/watch?v=E_jWcIDqXq0&list=RDE_jWcIDqXq0&start_radio=1; Ed. Bruno Dziadkiewicz
Lana del Rey jest wirującym kalejdoskopem dwóch wielkich, współczesnych mitologii: relacyjno-romantycznej i narodowo-amerykańskiej. Przyjrzyjmy się fenomenowi jednej z najpopularniejszych piosenkarek w historii USA.
Hymn estetyki old money
Utwory Lany del Rey same w sobie są estetycznymi kliszami z fotografiami pięknego życia. Dlatego z takim powodzeniem stały się muzycznym tłem dla instagramowych rolek utrzymanych w cieszącej się ogromną popularnością stylistyce „old money”.
Są wakacje. Tempo życia przyjemnie zwalnia w rytm refrenu West Coast. Prawdziwe problemy nie istnieją; martwić mogą co najwyżej chemtrails nad naszym polem golfowym.
Nie bez powodu hit Young and Beautiful został perełką ścieżki dźwiękowej ekranizacji powieści Wielki Gatsby. Sukces, blask reflektorów i młodość to ucieleśnienie amerykańskiego snu, zarówno w 1922 r., jak i w 2013 r.
Filmowy nuworysz, Jay Gatsby wierzy, że pieniądz kupi miłość; wyprawia spektakle, aby kreować sztuczną rzeczywistość. Jest przekonany, że w ten sposób zmieni przeszłość; tym gorzej dla niego.
Podstawą tego snu jest emocjonalny roller coaster. Kapitalizm jest tak intensywny i wszechogarniający, że życie zaczyna przybierać coraz bardziej neurotyczny charakter. W świecie opisanym w Born to Die czy Paradise chcemy wszystkiego coraz więcej: pieniędzy, narkotyków, ryzyka. Potrzebujemy czuć mocniej, aż do bólu, aż do śmierci; aż zatrze się granica między rzeczywistością a snem.
W roku 2012 w zenicie popkultury znajdował się recession pop. W tej głośnej, kolorowej muzyce tanecznej wszystko kręciło się wokół maksymalnej, nieskrępowanej przyjemności. Marzenie o hedonistycznej konsumpcji było naturalnym kierunkiem ucieczki przed niepewnością dnia codziennego.
Wtedy też zaczęło się mnożenie w tekstach nazw marek i miejsc, które brzmią glamour. Pierwsze albumy Lany czasem zalicza się do tego nurtu pod względem treści, ale forma podszyta jest specyficznym niepokojem.
Jak spadać, to z wysokiego konia. Dziś, podobnie jak sto lat temu, amerykańska elita zjadła wszystko, co było do zjedzenia. A gdy ktoś ma już wszystko i był wszędzie, nie ma innej opcji – musi ześlizgnąć się w dekadencję.
Bogactwo samo w sobie, o ile z początku jest wręcz w quasi-erotyczny sposób pociągające, z czasem staje się przytłaczające, a w końcu tragiczne lub zwyczajnie żałosne. Ten właśnie schemat funkcjonuje w całej swej rozpiętości w twórczości Lany.
Impreza, o ile w ogóle cokolwiek się z niej pamięta, była wspaniała, ale już się skończyła. Lana, tak jak Gatsby, jak i ich ojczyzna, budzą się skacowani pośród pobojowiska.
Być smutnym bezwysiłkowo, za to efektownie
W połowie ubiegłej dekady znaleźliśmy się w niezwykle płodnym dla muzyki okresie artystycznego performowania bycia nieszczęśliwym. Ten trend najmocniej odcisnął się w rapie z kategorii emo czy cloud, ale mnie do głowy przychodzi przede wszystkim album Ultraviolence Lany i jego kontynuacje.
W twórczości Del Rey zawsze jest jakiś „on”, mężczyzna, najczęściej już nieobecny, niewierny lub nieosiągalny. Uniwersalne, optymistyczne przesłanie mogło się jej przypadkiem wymknąć na samym początku kariery, w utworze Video Games.
W następnych piosenkach miłość jest zawsze niezdrowa, bo tak samo, jak wszystko inne, jest podporządkowana konsumpcji. Gdy tylko wsiąkniemy w toksyczność relacji tego uniwersum, orientujemy się znów, że osobisty sukces i prywatne szczęście nie idą w parze, ale to żaden powód, żeby z któregoś z nich rezygnować.
Wykreowany w kolejnych albumach podmiot przyjmuje ambiwalentną pozę. Bohaterka rozpoznaje destrukcyjny wpływ jej relacji, ale zamiast po prostu odejść, tym bardziej świadomie w nie wchodzi. Gdy droga staje się długa i mroczna, to chociaż w międzyczasie bawmy się dobrze.
Właśnie ten główny motyw utworów był krytykowany za estetyzację, gloryfikację czy bierność wobec przemocy: wykreowana bohaterka jest w tym wszystkim jednocześnie uwodzicielska, marzycielska, fascynująca.
Nawet w takim świecie nie da się jednak uciec przed mitem romantycznej miłości; to jeszcze był świat, który w istnienie takiej miłości wierzył. Jak złe by nie były wszystkie poprzednie związki, to człowiek nigdy nie przestanie choć odrobinę ufać, że ten następny się uda.
Wszystko jest na sprzedaż, nawet miłość, zwłaszcza miłość, ale w głębi duszy każdy chce być kochany bezwarunkowo. W Honeymoon Lana czuje się kochana coraz mniej.
Album Lust For Life otwiera ballada Love, w której „I’m young and in love” to już nie wyznanie, a retrospekcja albo marzenie. Bo Lana fantazjuje i chce spełniać fantazje. Palimy blanty na plaży w Los Angeles i tańczymy na literze „H” z napisu Hollywood. Wewnętrznej beznadziei towarzyszą ładne obrazki, sceneria amerykańskiego snu zmienia się bardzo powoli.
A to przecież epoka portalu społecznościowego Tumblr – Instagram dopiero zaczynał zyskiwać na popularności. Wtedy estetyczne mogło być dosłownie wszystko: papierosy, zdarte kolana, posiniaczone obojczyki. Wszystko to, z niespełnioną miłością na czele, dostało swój własny soundtrack. Słuchając go w sypialni, przeglądając tumblra, pół pokolenia ćwiczyło wyobraźnię.
Departament mitologii w służbie narodu
Ponad bycie tylko tumblrowym moodboardem, Lana jest wirującym kalejdoskopem dwóch wielkich, współczesnych mitologii: relacyjno-romantycznej i narodowo-amerykańskiej, które w pewnym punkcie się przecinają.
Popularna linia interpretacyjna brzmi: nieszczęśliwa miłość do mężczyzny to metafora relacji ze swoją ojczyzną. Jeśli faktycznie stosunki damsko-męskie są mikroobrazem tej samej dynamiki, to Ameryką Lany del Rey jest kraj zbudowany na wojnie, nierównościach i obsesji dominacji. Obiecuje wielkość, domaga się posłuszeństwa i podziwu.
Mniejsze lub większe prztyczki w stronę USA pojawiają się tu i ówdzie, wpierw bardziej jako dekoracja, w albumach ze środkowego etapu jej kariery pobrzmiewają coraz mocniej. Dotychczasowa charakterystyka postaci pozwoliła przyjąć ciekawy punkt widzenia na cały kraj. Album Lust For Life z 2017 r. zawiera sporą dawkę, nazwijmy go, patriotyzmu eksperymentalnego. Cokolwiek związane jest z ojczyzną, ma słodko-gorzki smak.
Lana wprost powtarza, że przyjęcie pod tytułem „Stany Zjednoczone Ameryki” było piękne, ale dobiega końca. I nie wiadomo, co (oprócz ubolewania) z tym faktem zrobić. Ostatnim razem, gdy była wojna, ludzie tańczyli, więc może zróbmy tak samo. Ale poczucie końca staje się nieznośne. Bo skoro pod hasłem „God Bless America” nie powinno się czuć samotności ani bać, to dlaczego trzeba się o tym stale upewniać?
W końcu przychodzi rozczarowanie. Płyta z 2019 r., Norman Fucking Rockwell! jest przygnębiająca jak kokainowy kac. Tytuł nawiązuje do postaci malarza i ilustratora, którego wieloletnia twórczość jest odzwierciedleniem amerykańskiego ideału i sielanki pierwszej połowy XX wieku.
Wszystko, co malował Rockwell, teraz wygląda zupełnie inaczej. Zamiast krzepkich self-made manów są niedojrzali emocjonalnie narcyzi. Zniknęły schludne miasteczka, cadillaki, uśmiechnięte rodziny. Nawet Kalifornia wydaje się cieniem samej siebie i można za nią tylko tęsknić. Czym jest patriotyzm albo przyzwoitość, czyżby tak naprawdę nigdy ich nie było?
Lana nie próbuje tego obrazu drzeć ani wyśmiewać, pomimo że ukochana Ameryka stała się dla niej zwyczajnie męcząca. W swoisty sposób opłakuje stare laurki, a może zastanawia się, co Rockwell, który pokazywał kraj wyidealizowany, namalowałby dzisiaj.
Szuflada z etykietą „nostalgia” była szeroko otwarta. A nostalgia to tani, ale skuteczny i silnie uzależniający narkotyk, toteż nic dziwnego, kto z amerykańskiej sceny politycznej zechciał po niego sięgnąć.
Jedyne, co nostalgioholiczka Lana robi, to odbija w swojej twórczości coraz bardziej napięty, wręcz paranoiczny klimat społeczny. Pod koniec dekady przyszła pandemia i mit najlepszego na świecie państwa rozmontował się sam.
C.S.S. Lana Del Rey bombarduje resztki Ameryki
Ile tak naprawdę da się wycisnąć z nostalgii? Zamykając ten wątek, chciałbym również zakopać doszczętnie wyświechtane porównanie Lany do „gangsterskiej Nancy Sinatry” i zająć się czymś odrobinę ciekawszym.
Otóż ze względu na szczególne umiłowanie motywów amerykańskich, do Lany przykleił się sztandar prawicy. Zresztą, umawiała się kiedyś z policjantem, a to dla połowy wielkomiejskich demokratów skandal. Dużo internetowego atramentu wylano debatując, czy mamy do czynienia z pupilką alt-rightu, czy to z jej strony jakiś wyrafinowany trolling.
Nie jest Lana specjalnie wielką szyderczynią, ale każda jej elegia zawiera co najmniej szczyptę ironii. Kiedy brzmi najbardziej serio, to najprawdopodobniej wyolbrzymia i żartuje. Dzięki temu wiele tez da się odwrócić, a utwory obserwacyjno-komentatorskie zyskują tzw. drugie dno.
Album Paradise to czysty haj, narkotyczny sen. Kręcimy się wokół „fame, liquor, love”, przemyka gdzieś cień Jima Morrisona. Zaraz po „be young, be dope, be proud like an American” pojawia się częsty u Lany motyw owinięcia w amerykańską flagę. Trochę na podobieństwo ubrania, a trochę dekoracji trumny.
Nie ma żadnej tajemnicy w tym, że Lana wojuje hiperbolą i przesadą na każdym froncie. Trafiają się też karykatury: ambicji, plotek, showbiznesu, sacrum. Money, Power, Glory to parodia figury femme fatale. Jej mechanizm polega na sprytnej, ironicznej autodenuncjacji; podobny chwyt znamy z refrenu Mamony: „ta piosenka jest pisana dla pieniędzy”.
Warto przy tym wiedzieć, że autorka od samego początku była krytykowana za brak autentyczności, fałsz czy przeestetyzowanie. Właśnie stąd polubiła co jakiś czas rzucić w eter przerysowaną pseudo-deklarację cynizmu, jedną z najjaskrawszych jest utwór Fucked My Way Up To The Top.
Gdy polityczny kompas w USA przesuwał się w autorytarne prawo, Lana zainscenizowała w Ride esencję amerykańskiej ikonografii: jest flaga, motocykle na pustej autostradzie, whiskey, indiański pióropusz i rewolwer przy skroni. Sposób eksponowania tych symboli to właściwie zabawa estetyką americana i soft grunge. Gdyby w teledysku pojawiła się Statua Wolności, też miałaby szluga w dłoni.
Amerykanie uwielbiają też odwołania do konkretnych miejsc: stanów, miast, ulic; całe dyskografie niektórych zespołów polegają na opisywaniu swoich rewirów. Nawet taki drobiazg, jak marka jakiegoś napoju gazowanego, pojawia się w piosenkach Lany aż sześciokrotnie.
Opisy są pedantyczne i zmysłowe, niemalże synestetyczne, dają amerykańskiemu odbiorcy mnogość pól odniesienia. Motywy są powtarzalne, aranżacje muzyczne robią im za tło. Wszędzie są kolory, zapachy, dotyk, widok.
Jedną z najpotężniejszych armat w arsenale Lany jest półautomatyczna sloganizacja jej tekstów. Większość piosenek jest napisanych w pierwszej osobie i choć składają się głównie z osobistych wyznań, to trafiają się frazy szalenie uniwersalne, odwołujące się do powszechnych skojarzeń: z daną sytuacją życiową, porą roku, wakacjami.
Wyrazistej reinterpretacji własnej seksualności wymaga się od piosenkarek co najmniej od czasów Madonny. Lana eksplorowała tę przestrzeń w niejednoznaczny sposób, próbując ukroić kawałek tego tortu dla siebie, bo przyszło jej rywalizować z takimi tuzami w tej dyscyplinie jak Lady Gaga czy Katy Perry.
Pamiętajmy, że startujemy w roku 2012, a jeśli chodzi o porównanie pruderyjności w USA między wtedy a dziś, to jest to odległość wręcz marsjańska. Przypominam, że wtedy jeszcze Miley Cyrus śpiewała w Disney Channel, a nie fruwała nago na betonowej kuli; modelki nie pląsały topless wokół Robina Thicke śpiewającego o molestowaniu; granicę przyzwoitości stopniowo przesuwała telewizja. W tych okolicznościach Lana rzuciła tekst „my pussy tastes like Pepsi cola” ku zgorszeniu komentatorów z muzycznych portali.
Raz, że piosenkarka komentuje komercjalizację pragnień używając turboamerykańskiego napoju; dwa, odnosi się do zarzutów o bycie marketingową wydmuszką przemysłu muzycznego, popychając je w stronę groteski.
Oto ja, produkt, który smakuje jak globalna marka. Podobnie prowokacyjny wers trafia się co najmniej raz na płytę, więc humorystyczno-prowokacyjne wulgaryzowanie najwyraźniej sprawdza się świetnie.
Dlaczego Lana to niezła „psiapsióła”
Z taką postacią jak Lana del Rey niekoniecznie łatwo jest się utożsamiać zupełnie wprost, jednakże dla całej rzeszy młodych kobiet wciąż jest istotnym punktem odniesienia. Dużo bardziej przystępną piosenkarką podobnego kalibru wydaje się Taylor Swift, z którą prawdopodobnie można by usiąść na kanapie z pluszakami i wyżalić się o podłym byłym.
Lana jest na tej samej imprezie, ale siedzi w kuchni na plastikowym krześle i jara szluga za szlugiem. A ubrana jest w suknię i wygląda pięknie.
Jej muzyka, a szczególnie projektowana przez nią tożsamość, to w pewnym sensie przykład twórczości aspiracyjnej. Jest to przede wszystkim bardzo kusząca, zachęcająca do naśladownictwa wizja kobiecości.
Lana stworzyła pociągającą figurę, czy może raczej posąg, kobiety tragicznej, ale przy tym ironicznej i zdystansowanej. Ta postać jest tak wyrazista, że zaczęła działać jak kulturowy filtr stylu, tonu i aury.
W świecie, w którym wszystko trzeba przepracowywać na kozetce, postępuje inaczej. Bohaterka cierpi estetycznie, zachowuje kontrolę, mimo uległości jest dumna. Po swojemu uczy dziewczyny, jak będąc zranioną zachować godność; żeby nie prosić o miłość.
Ta poza, choć emancypująca, jest również pułapką. Można powiedzieć, że idealizacja jest wtórnie idealizowana. Część kobiet prawdopodobnie zamieszka w tym świecie już na zawsze.
Każdy prawdziwy facet włączy czasem Born To Die
Piosenki Lany del Rey trafiają do zaskakująco wielu mężczyzn, i to nie w ramach ambitnego ćwiczenia z performatywności, ale widocznie mają do ich serc specjalny klucz. W pewnym stopniu Lana to połączenie rajskiej Ewy z femme fatale.
Oczywiście, znając choć zarys jej życia osobistego wiemy, że nie jest to „konserwatywka” (która, jak dobrze wiemy, nie istnieje), ale jednocześnie zbyt często powtarza, że oczekuje wybawcy. Niekoniecznie przyjedzie on na białym mustangu, tylko raczej białym Mustangiem.
Nowsze albumy Lany są zdecydowanie bardziej introspektywne, refleksyjne, podejmują próbę oceny własnej przeszłości. Z jednej strony, dość klasycznym tekstem gwiazdy na tym etapie jest „chcę zrezygnować ze sławy i żyć w spokoju”. Ale transformacja jej postaci tym razem wydaje się głębsza niż adaptacja do trendów. W 2024 roku Lana del Rey wyszła za mąż za Jeremiego Dufrene urzeczywistniając tym samym fantazję o domowym ognisku i zwyczajnym życiu u boku dobrego męża.
W jakimś stopniu to też kwestia walki o utrzymanie autentyczności, bo w ciągu ostatnich kilkunastu lat kod kulturowy zdążył się zmienić. Nostalgia, bezpieczna przystań, stała się osią stylu życia. Ironia, hołubiona niegdyś jako najwyższa forma inteligencji, dziś wygląda na nieszczerą czy wręcz złośliwą. Dom, bliscy i spokój to prawdziwy, niedoceniany dotąd luksus.
Lana aktualizuje tę postawę, pytając „co, jeśli ja naprawdę jestem właśnie taka?”, ale nie jesteśmy w stanie rozszyfrować, czy ten najnowszy mit okazał się silniejszy od twórczyni i rzeczywiście tak uważa, czy to kolejny akt spektaklu.
W ten sposób wpisuje się bowiem w męską fantazję pod tytułem „I can fix her”, którą autorka karmi od początku bardzo konsekwentnie swoich słuchaczy.
Ona jest krucha i impulsywna, on starszy i powinien wiedzieć lepiej. Słuchacz dochodzi do wniosku „ja bym jej nie zdradził, postąpiłbym szlachetniej, uratowałbym ją i naprawił”. Nie byle kogo: ikonę. Ale jeśli ona da się naprawić, fantazja pryśnie.
Ostatecznie, poczucie bycia outsiderem, rozczarowanie światem, ale i docenienie jego przemijania, chęć przypudrowania niespełnienia dreszczykiem emocji to motywy stare jak świat i znane pod każdą jego szerokością.
Dlatego zajmujemy się jedną z najpopularniejszych piosenkarek w historii USA daleko poza tym odległym i dość zwariowanym krajem. Chcę wierzyć, że też w jakiś sposób przynależę do tej mitologii, prowadząc mały, poobijany kabriolet z brakującym kołpakiem nad, dajmy na to, Zalewem Sulejowskim. Znów są wakacje. We are born to die.
Publikacja nie została sfinansowana ze środków grantu któregokolwiek ministerstwa w ramach jakiegokolwiek konkursu. Powstała dzięki Darczyńcom Klubu Jagiellońskiego, którym jesteśmy wdzięczni za możliwość działania.
Dlatego dzielimy się tym dziełem otwarcie. Ten utwór (z wyłączeniem grafik) jest udostępniony na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Zachęcamy do jego przedruku i wykorzystania. Prosimy jednak o podanie linku do naszej strony.

